czwartek, 12 stycznia 2017

Resurrection. - 24.

Hallo! :D Oto kolejny. Coś słabo mi to chyba idzie ostatnio. Ale to nic. Za błędy z góry przepraszam, ale najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się już sprawdzać tego rozdziału. Ale mam nadzieję, że mimo to się spodoba, jak wszystkie inne. Troche bajzlu jeszcze będzie, ale potem zacznie się to powoli klarować. I tak sobie myślałam ostatnio właśnie, że ta część będzie raczej o wiele krótsza od poprzedniej. Zagłębiłam się w pierwszą i już wiem dlaczego. Bo tutaj jeden rozdział to jak tam na początku trzy. :D No nic, nie ględzę tylko zapraszam do czytania i komentowania oczywiście. :)
***


Nigdy nie wiadomo co się stanie. Każdy dzień może przynieść niespodziewane wydarzenia które nawet przez myśl nie przeszłyby człowiekowi. Bo nic ich nie zapowiada. Nie występują żadne, nawet najmniejsze przesłanki, że to co właśnie trwa, jest szczęściem, ma za chwilę się skończyć. Tak jak wtedy. Dwadzieścia lat temu nie przyszłoby mi na myśl, że coś takiego może się stać. Tak samo teraz, po tylu latach, nie było niczego, nawet jednego najdrobniejszego znaku, że znów coś ma się zmienić. Tym razem znów o całe 360 stopni. Wtedy moje życie wywróciło się do góry nogami, teraz też. On znów się w nim pojawił.
W tej chwili czułam się jakby odcięta od całej reszty świata, od tego wszystkiego co czułam jeszcze tak niedawno, całej złości, tego chaosu, który się we mnie kotłował. To wszystko wciąż we mnie żyło, ale teraz było jakby zamknięte w żelaznym kokonie, który nie pozwalał się temu rozprzestrzenić i pozostawiał dużo miejsca na coś zupełnie nowego. Zupełnie nowe odczucie, którego dawno nie miałam okazji przeżywać. Czułam się spełniona. W końcu szczęśliwa i chociaż miałoby to trwać tylko te kilka chwil, to oddałabym za to dosłownie wszystko co mam. Z wyjątkiem syna, oczywiście. Wszystko inne była bym zdolna poświęcić, byleby tych dwoje zawsze było ze mną. Tak zawsze powinno być. Mój syn i on. Dlaczego dopiero teraz się to dzieje?
Wolna od burzy emocjonalnej wszystko odczuwałam dwa razy silniej. Każdy jego spokojny oddech, który muskał moją twarz. Spał spokojnie. Ja nie spałam. Patrzyłam na niego, chłonęłam go wzrokiem, starałam się nim nacieszyć na zapas. Było mi tak ciepło... Ale nie chodziło tu wcale o temperaturę panującą w sypialni. Tylko o jego ręce, którymi mnie oplatał i przytulał do siebie. O jego ciało, jego bliskość i zapach jego skóry. O to wszystko, czego tak bardzo mi brakowało do tej pory. Teraz to wszystko wróciło. Odurzało mnie jak narkotyk. Wolałabym umrzeć, niż gdyby miał teraz znów zniknąć. Jeszcze parę godzin wcześniej tego właśnie chciałam, żeby się wynosił i nigdy nie wracał. Ale wiedziałam, że to tylko emocje, które nieraz pewnie jeszcze wrócą. Chciałam by był ze mną, potrzebowałam go. Kiedy leżałam obok niego w pościeli, zrozumiałam jak bardzo.
Nie miałam wątpliwości, kiedy przyprowadziłam go do swojej sypialni. Wiedziałam czego chcę i wiedziałam, że on też tego chce. Był taki zdenerwowany na początku, nie wiedział co najpierw zrobić... A ja chciałam tylko jednego. Żeby był i żeby mnie przytulił. Kiedy to zrobił, reszta już sama poszła instynktownie... Tak samo jak kiedyś. Kochał mnie z pasją, mocno i tak dogłębnie, że tak powiem. To było niesamowite. Oddawał mi się cały, każdy jego gest po prostu wyrażał wszystko co czuje. Wyczuwałam jego emocje, nie musiał nic mówić. Żałował tego wszystkiego co się stało i przepraszał mnie za to w każdym cichym słowie i geście.
Sprawił, że trochę odżyłam. Że ból stał się trochę mniejszy, że zaczęłam wierzyć, że sobie z nim poradzę. I może to było tylko chwilowe, ale wystarczyło. Chciałam z nim być. Znów, tak jak kiedyś. Nic się nie liczyło w tej chwili, kiedy tak na niego patrzyłam. Co będzie później było mało ważne.
Czułam się przyjemnie zmęczona, oczy mi się kleiły, ale nie chciałam spać. Chciałam na niego patrzeć, jakby miał zniknąć gdy tylko zamknę oczy. Ale był tu, nie ruszał się nigdzie. Objęłam go mocniej cisnąć się jeszcze mocniej i całując jego mostek. Raz za razem. Włosy miałam rozpuszczone, przypominałam sobie jak wplatał w nie palce i chował w nich twarz. Przypominałam sobie jego czuły dotyk. Nic się nie zmienił. Był taki sam jak wtedy. Tak samo kochany, tak samo ciepły. Mój, po prostu.
Ale moje wiercenie chyba musiało go obudzić, bo wciągnął powietrze głęboko do płuc i mruknął coś cicho zmieniając nieznacznie pozycję i spojrzał na mnie ledwo rozchylonymi oczami. Moja dłoń natychmiast podążyła do jego policzka. Westchnął przeciągle przymykając oczy jakby czymś się zaciągał. Po chwili chwycił moją dłoń w swoją delikatnie i powoli, palec za palcem, zaczął mi je całować. Uśmiechnęłam się. Kiedy skończył przycisnął znów moją dłoń sobie do policzka i ucałował jej wnętrze. Zaczął ją muskać ustami i przesuwać się wzdłuż całej ręki aż znalazł się na mojej szyi. Zamknął mnie szczelnie w swoim uścisku. Tego właśnie chciałam.
Sama zamruczałam, kiedy zaczął przesuwać opuszkami palców wzdłuż mojego kręgosłupa. Wywołało to mile dreszcze i łaskotki. Uśmiechnął się i znów tak jak wcześniej wtulił twarz w moje włosy.
- Dzień dobry, kochanie. - szepnął mi do ucha, na co aż zadrżałam. Poczułam jego ciepły oddech. Musnął je lekko wargami... Chyba wciąz pamiętał, gdzie mam łaskotki, bo zaśmiał się cicho, kiedy mu uciekłam, odsuwając się zaledwie na milimetr.
- Dzień dobry. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko zagryzając wargę.
- Która godzinka? Wyspałaś się? - wymruczał przeczesując mi palcami pasmo włosów.
- W ogóle nie spałam. - trochę się zdziwił.
- Jak to, dlaczego?
- Patrzyłam na ciebie. - odpowiedziałam, po czym usmiechnęłam się ładnie. Sam się uśmiechnął, kiedy dotarło do niego o czym mówię.
- Mogłaś mnie obudzić. Też chętnie bym na ciebie popatrzył.
- Patrzyłeś już dość chyba, co? - pokręcił stanowczo głową na nie.
- Nigdy nie będę miał dość.
- Naprawdę?
- Ciebie nigdy. Przecież wiesz... - pogładził kciukiem moją dolną wargę.
- Nie wiem... - postanowiłam się z nim trochę podroczyć.
- Nie wiesz jak bardzo cię kocham? - zagryzłam wargę znów, by się nie uśmiechnąć. - Mam ci pokazać? - zapytał nagle i pocałował mnie krótko.
- Czemu nie. - zaśmiałam się cicho pod nosem. - Jestem bardzo ciekawa... Produkuj się, mistrzu. - uśmiechnął się lekko patrząc na mnie.
Spodziewałam się jakiegoś monologu z jego strony, jakichś wyznań... Ale to nie byłoby do końca w jego stylu. On mówił o uczuciach, owszem, okraszał te czułe słówka czułymi gestami i tak dalej, pamiętałam to. Albo po prostu przytulał i nie puszczał przez długie minuty. Wspomnienia wracały, ale te dobre. Przyjemne. Ale czasami wybierał bardziej dosadne i bezpośrednie sposoby 'udowadniania' uczuć, że tak to nazwę i chyba teraz też właśnie na taki sposób się zdecydował...
Zanurkował pod kołdrę nie krępując się z niczym wcale, zezując tylko na mnie aż całkiem nie zniknął pod pościelą. Obserwowałam to lekko zaskoczona, a potem tylko przymknęłam oczy. Ułożyłam się wygodnie otwierając bardziej na niego i poddawałam się jego pieszczocie. Sięgnęłam rękami ponad głowę i zacisnęłam je na poduszce. Całkowicie zapomniałam o czymkolwiek co się działo dookoła. Liczyło się tylko to co działo się ze mną w tej chwili. Liczył się on i przyjemność. Moje urywane westchnięcia powoli zaczynały znów wypełniać sypialnię. To było wspaniałe, poruszałam powoli biodrami nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a on dopasowywał się do tego. Po jakiejś chwili zrzucił z siebie i ze mnie też kołdrę i w końcu mogłam zobaczyć dokładnie jak sobie ze mną śmiało poczyna. Nie musiałam w gruncie rzeczy patrzeć. Mogłam zamknąć oczy i do szaleństwa doprowadzała mnie sama świadomość tego co ze mną robi. Dodatkowo kiedy zamykałam oczy czułam to jeszcze wyraźniej. Jego język, gorący i szorstki, usta... Czułe muśnięcia palców.
Nie zachowywał się jakoś brawurowo, był spokojny i powoli mnie dopieszczał. Czułam jak serce zaczyna obijać mi się o żebra, słyszałam dudnienie w uszach. Spoglądał na mnie raz po raz bezwstydnie, chyba spodobał mu się wyraz mojej twarzy. Wplotłam dłoń w jego włosy i chwyciłam za nie mocno pociągając. Zaskoczyłam go chyba, bo aż mruknął. Uśmiechnęłam się zagryzając znów wargę. Nie wiedziałam czy to jeszcze możliwe, ale w moim odczuciu stał się jeszcze bardziej namiętny i gorący. Po tym jak potraktowałam jego włosy. Pociągałam za nie co chwila, ale już nie tak mocno. I byłam już na granicy. I wyczuł to, bo skupił się na jednym konkretnym miejscu błyskawicznie doprowadzając mnie na szczyt...
- Twój krzyk to najpiękniejsza melodia w takich momentach, naprawdę. - wymruczał mi w usta chwilę później, po czym pocałował mnie zapalczywie. Czułam swój smak na nim co jeszcze bardziej mnie nakręciło. Żeby było ciekawiej, wyraźnie wyczułam, że po tej całej zabawie on sam też jest teraz w potrzebie. Więc z uśmiechem pomyślałam, że teraz będę miała zajęcie na jakiś czas. Całkiem przyjemne zajęcie...
Powiedział, że nie muszę tego robić, ale ja chciałam. Naprawdę bardzo się starałam. Tak jak on wcześniej, tak jak teraz chciałam, żeby było mu ze mną dobrze. Pomyślałam, że chcę być po prostu lepsza od tych wszystkich i poczułam lekkie ukłucie w piersi. Nie chciałam teraz o tym myśleć. Chciałam po prostu dać mu wszystko czego pragnął w tej chwili.
Kiedy skończyłam, podniósł się do siadu i przytulił mnie mocno, tak mocno jak chyba nigdy. Trzymał mnie tak w ramionach kołysząc lekko i zaczął mi śpiewać... Po chwili rozpoznałam tą piosenkę. To było 'Liberian girl', które jak sam powiedział napisał dla mnie na 'Bad'. To było tak dawno, a wzbudziło we mnie tyle emocji. Spojrzał na mnie i chyba lekko się przestraszył, kiedy zobaczył pojedynczą łzę na moim policzku.
- Dona, skarbie... - szepnął ocierając mi ją. - Przecież nie musiałaś... - chyba coś źle zrozumiał.
- Chciałam i nie o to chodzi. - odpowiedziałam obejmując go lekko za szyję i spoglądając na niego.
- A o co? Powiedz mi. - spuściłam nieco głowę.
- Po prostu chcę być lepsza od tych wszystkich panien, które miałeś przez ten czas. - wymruczałam cicho wciąż ze spuszczoną głową. Otworzył szeroko oczy.
- Dona... - Chwycił moją twarz w swoje dłonie. Musiałam na niego spojrzeć. - Lepsza? Ty jesteś jedyna. Poza tobą nie ma nic. Bez ciebie nie ma nic. Rozumiesz co to znaczy? - patrzył mi w oczy z napięciem. Chyba naprawdę chciał, żebym to zrozumiała. - Nie zasługuję na to, żeby być teraz z tobą. - wyszeptał ledwo słyszalnie. - Ale dziękuję Bogu z całego serca za tą niesprawiedliwość. - musiałam się teraz uśmiechnąć. Przetarłam twarz dłońmi biorąc głęboki uspokajający oddech.
- Przysięgnij mi... że nigdy więcej mnie nie zostawisz. Przysięgnij mi. - w jego oczach widziałam namacalne napięcie. - Kocham cię po prostu miłością niezmierzoną i wybaczam ci to wszystko, chociaż jeszcze nie raz pewnie ci powiem, żebyś wypierdalał z mojego życia. Ale kocham cię. I chcę, żebyś zawsze przy mnie był, bez względu na wszystko. - mówiąc to rozkleiłam się trochę, ale pocałowałam go gorąco, najczulej jak potrafiłam.
Porwał mnie w ramiona jakby coś go poraziło. Przycisnął mnie mocno, nie chciał wypuścić. O mało a by mnie chyba udusił. Zaśmiałam się cicho pod nosem na co odsunął się lekko, popatrzył na mnie, a potem zaczał całować moje dłonie. Tak chaotycznie, ale z zapałem. Jakby się bał, że nie zdązy.
- Spokojnie... - mruknęłam, a on wtedy znów przycisnął mnie mono do siebie i aż wstał z tego łóżka, zaczął kręcić się dookoła ze mną w ramionach. Stopy fruwały mi w powietrzu. Zaśmiałam się znów, na co postawił mnie na nogi dywanie i wtulił się we mnie tak jak mógł. Przyciągnęłam go sama wzdychając cicho.
- Bałem się, że mnie znienawidzisz, że nie będziesz chciała nawet pamiętać tego co było kiedyś. A ja to wszystko zrobiłem, bo panicznie bałem się cię stracić... - szeptał mi na ucho łamiącym się głosem. - Niektórzy chcieli mi za to urwać łeb. Ojciec o mało mi znowu nie wlał. Mama zapłakiwała się tygodniami... A Janet zaklinała się nawet na Boga, że o wszystkim ci powie. Nawet LaToya wtedy obrałą takie samo stanowisko jak ona i założyły koalicję po prostu... Ale w końcu je przekonałem. - spojrzał na mnie. - Janet bardzo przeżywała, że musi okłamywać cię w tak paskudny sposób. - nic na to nie powiedziałam tylko patrzyłam na niego. Co miała bym mu na to powiedzieć?
- Wiesz, że trzymam po tobie wszystko co tylko miałam wtedy aż do teraz? Nigdy się nie rozstałam z tymi drobiazgami, choć Darka bardzo to drażni od momentu kiedy... wiesz. - mruknęłam znów i przytuliłam się do jego klatki piersiowej.
- Wiem. A co takiego trzymasz?
- Mam twoją flanelową koszulę. - zaczęłam wymieniać. - Bardzo długo pachniała tobą, nigdy jej nie wyprałam. Może to dziwne... Ale zakładałam ją do snu i wtedy czułam, że jesteś. Było mi lżej. Ale nie działało to zbyt długo. - usłyszałam jak wzdycha. Ale nie było to lekkie westchnięcie. - Pełno zdjęć... Mam cały karton. I list od ciebie, który dali mi już po wszystkim.
- Masz go jeszcze? - szepnął zaskoczony. Spojrzałam mu w oczy.
- Ty go napisałeś. Nieważne co, ważne że pisała to twoja ręka i że to twój charakter pisma. Bardzo często do niego wracałam. - wcisnęłam się w niego mocniej.
- Wybacz mi... - jęknął. Chyba było tego dla niego za dużo. Ale co ja miałam powiedzieć?
- Nie mówię ci tego po to, żeby zadawać ci ból. Chcę, żebyś pomógł mi pozbyć się bólu, który ja czuję.
- Pomogę ci. Postaram się. - zarzekł się trzymając mnie mocno. - Zrobię wszystko, obiecuję.
- Po prostu ze mną bądź. - szepnęłam.
Była siódma rano, a my staliśmy w tej sypialni wtuleni w siebie  mocno. Naprawdę... Dawno nie czułam się tak dobrze, jak w tamtej chwili.

To było jak nagłe wybudzenie z koszmaru, o którym człowiek marzy przez cały czas, odkąd jego mózg zacznie wytwarzać sobie różne przerażające majaki. Jedni podobno potrafią kontrolować swój sen, zmieniać go i dowolnie modyfikować tak, by straszne ich zdaniem elementy zastąpić czymś dla nich przyjemnym. Życie jednak nie jest niestety takim snem, który można łatwo zmienić, podporządkować sobie by wszystko działo się w nim po naszej myśli. Mimo, że coś planujemy, czasami skrzętnie i bardzo długo, ślęczymy nocami nad najmniejszymi detalami, to ostatecznie i tak najczęściej nic nam z tego nie wychodzi. Bo głupi ma zawsze szczęście. Wszystko tak naprawdę zależy zawsze od przypadku, który może okazać się być naprawdę bardzo pozytywny i być nam na rękę pod każdym względem, a może też wszystko zepsuć. Zniszczyć, skomplikować wszystko tak, że człowiekowi wydaje się, że to już nie jest do odkręcenia. 
Opuszcza go nadzieja, a myśli przepełnia strach i głupie przeświadczenie, że nie warto już niczego ruszać, bo to i tak nic nie zmieni. A to jest tylko reakcją obronną tak naprawdę. Kiedy człowiek doświadczy w swoim życiu więcej cierpienia niż ten drugi, chce unikać za wszelką cenę sytuacji, w których mógłby sobie o tym cierpieniu przypomnieć. A kiedy jednak się to stanie, robi kolejny błąd nie starając się już tego jakoś rozwiązać i pozostawiając całą sprawę biegowi czasu, zapomina o tym na siłę, pewnie mając nadzieję, że z czasem wszystko samo się wyjaśni. A tak nie jest. Cała sprawa pozostaje nie zmieniona, przysycha pod wpływem czasu, obrasta w kolejne wątpliwości i pielęgnuje te niedomówienia, które już są. Ale to wszystko jest ludzkie. Mówi się czasami, że 'jestem tylko człowiekiem' i to jest prawda. Czasami po prostu nie można zrobić nic więcej, chociaż się chce i się próbuje. A czasami, kiedy moglibyśmy coś zmienić, tchórzymy i uciekamy. W najgorszym wypadku nie ma już wtedy powrotu.
Dla mnie chyba jednak był, skoro powiedziała, że mi wybacza. To podziałało na mnie jak antidotum. Czułem się jakby jakaś straszna śmiertelna trucizna ze mnie uchodziła, a ja w środku zdrowiałem. Wiedziałem, że będzie dobrze. Wiedziałem, że co by się nie stało to ja już się nie wycofam, nie poddam się, choćby tak jak sama powiedziała, kazała mi się wynosić. Nie zrobię tego. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu, nie zostawię ani jej ani naszego syna. Jemu najwyżej będę musiał utrzeć nosek, jeśli się sam nie utemperuje. Ale byłem tak szczęśliwy, że o niczym innym już nie myślałem. Wszystko przestało istnieć, nie było już żadnych Illuminati, żadnych innych psycholi, nie było strachu, nie było nic. Była tylko radość, która rozpierała mnie do tego stopnia, że byłem pewny, że za chwilę mnie rozsadzi.
To co mi powiedziała, o tych kilku rzeczach, które po mnie trzyma, trochę mną wstrząsnęło, ale obiecałem sobie, że teraz nie będzie musiała zadowalać się tylko kawałkiem szmaty i papieru. Będzie miała mnie całego przy sobie, zawsze. Choćby mnie chciała wywalić oknem. Nie interesowało mnie już nic poza nią i Matem. Może powinienem zainteresować się jedną jedyną rzeczą. Mianowicie jej mężulkiem, który był nim tylko wirtualnie. Lada moment pewnie wróci z tej całej delegacji, a ja nie miałem zamiaru się z nim bić. Trzeba było coś z tym zrobić. Nie chciałem bawić się w romanse pozamałżeńskie. Chciałem ją mieć przy sobie. I wiedziałem, że ona też tego chce. Tylko znając Done, nie będzie chciała tak po prostu mu tego powiedzieć, będzie chciała jak najbardziej oszczędzić mu tego wszystkiego. Znałem ją, zawsze taka była. Tylko w tym przypadku nie miało to w moim odczuciu sensu. Zdradzał ją dwadzieścia lat temu, teraz tego nie robi? Sam podzielałem zdanie syna, że on na żadnej delegacji nie jest tylko z jakąś pindą w hotelu...
I kto to mówi?
- Trzeba się jakoś ogarnąć, młody pewnie zaraz wróci do domu. - usłyszałem w pewnej chwili i Dona się ode mnie odkleiła. Sam nie miałem ochoty się od niej odsuwać, więc bez słowa z zadziornym uśmiechem przyciągnąłem ją znów do siebie. Zaśmiała się cicho. Cudownie było tego słuchać. - Przestań. - mruknęła spoglądając na mnie.
- Źle ci ze mną? - wymruczałem muskając przy tym wargami jej usta.
- Nie, jest mi bardzo dobrze, aż za dobrze, proszę pana... - wyszczerzyła się lekko spoglądając teraz na moje usta. - Ale będzie nieciekawie, kiedy nasz syn tu wleci a my będziemy stać z gołymi tyłkami. - nasz syn... Serce zabiło mi mocno na te słowa.
- Jest dorosły, chyba już wie czym to smakuje. - parsknąłem śmiechem.
- Pewnie wie, choć chyba mu się wydaje, że ja nic nie widzę. - odsunęła się w końcu ode mnie. - Chyba myśli, że ja za każdym razem łykam te jego nocowanie u kumpla. Wcześniej to wcześniej, ale akurat teraz mógłby sobie trochę podarować panienkę. - westchnęła. Wiedziałem o co jej chodzi.
- Faceci go pilnują. Nic mu się nie stanie. Nawet nie domyśla się, że ma cień. I to bardzo długi. Jest bezpieczny. - pogładziłem ją po policzkach choć sam się niepokoiłem. Ale chyba lepiej będzie jeśli nie będę tego pokazywał. Uśmiechnęła się. - Tak swoją drogą to widziałem go kiedyś z jedną pod szkołą. Konkursu miss pewnie by nie wygrała, ale jest całkiem przyzwoita. - popatrzyła na z wysoko uniesionymi brwiami.
- CO proszę?? - parsknęła śmiechem.
- No kontrast jest bardzo wyraźny. Miałem nadzieję, że nasz młody obejdzie się bez tego, ale widać się myliłem. - zacząłem mruczeć zakładając na siebie portki Dona uważnie mi się przyglądała przez cały czas. - Kawałek dalej od nich stała grupka piękniś, które chyba każde kieszonkowe wydawały na tynki do twarzy. Wiesz o co mi chodzi...
- Tak, domyślam się.  nadal wbijała we mnie oczy, kiedy zakładałem koszulę. - Sam mi kiedyś o tym mówił. Że wszystkie do niego podbijają, ale żadna niczego sobą nie reprezentuje. Jedna wpadła mu w oko, całkowicie przeciętna. Ale widać coś musi mieć w sobie, skoro wyłuskał tą mróweczkę spośró tych wszystkich plastików. - stwierdziła. Zaśmiałem się.
- No właśnie. A czemu mi się tak przyglądasz? - zapytałem w końcu, na co uniosła jedną brew.
- Portki na gołą dupę? - powiedziała tylko. Roześmiałem się. No tak. Podszedłem do niej i przyciągnąłem do siebie za rękę. Wstrzymała oddech patrząc mi w oczy, a pasmo włosów opadło jej na policzek. Była piękna.
- Mniej do ściągania na później. - wyszeptałem i przywarłem do jej ust swoimi. Mruknęła cicho po czym wplotła palce obu rąk w moje włosy.
- Kocham cię. - szepnęła, po czym uśmiechnęła się. Ja sam również. Nie mogłem się nie uśmiechać. Ale było coś co trzeba było zrobić...
- Wiesz, że musimy w końcu porozmawiać i powiedzieć o wszystkim? Jeśli chcemy być znów naprawdę razem. - przeczesałem jej włosy delikatnie, kiedy spuściła głowę.
- Wiem. - mruknęła, po czym znów na mnie spojrzała. - Ale nie dzisiaj, proszę. Jest dobrze, czuję się szczęśliwa, a to...
- Dobrze. - szepnąłem chwytając jej twarz delikatnie oburącz. - Porozmawiamy innego dnia. A teraz się ubieraj. - klepnąłem ją lekko w tyłek, na co spojrzała na mnie oburzona. - No co? - zaśmiałem się.
- Nie pozwalaj sobie! Nie mam już dwudziestu lat!
- Osiemdziesięciu też nie masz. - zmrużyła oczy, wyglądała zabawnie. - Jesteś wciąz tak samo piękna jak kiedyś. Wiek niczego tu nie zmienia. - powiedziałem i cmoknąłem ją lekko. - Zrobię śniadanie. - uśmiechnęła się w końcu.
Chwilę później latałem już pod kuchni starając się wszystko znaleźć. Nawet nie zauważyłem jak stoi kawałek dalej kompletnie ubrana i patrzy na mnie rozbawiona.
- Szukasz czegoś? - usłyszałem, kiedy nurkowałem trzeci raz do tej samej szafki. Kiedy na nią spojrzałem podeszła do mnie bliżej.
- Em... Patelni? - stwierdziłem w formie pytającej. Skinęło lekko głową w bok.
- W wyspie kuchennej. - mruknęła.
- Przecież ona nie ma drzwi...
- Ja rozumiem, że dwadzieścia lat na wygnaniu to długo i możesz nie nadążać za współczesnymi wynalazkami, ale proszę cię. - mruknęła wyraźnie się ze mnie nabijając. - Są maskowane. - dodała wysuwając sprytnie jedną skrytkę. - Proszę. - podała mi to o co prosiłem.
- Dziękuję. I nie rób już ze mnie takiego neandertalczyka, dobrze? - mruknąłem lekko nadąsanym tonem i odwróciłem się do gazówki.
- Gdzież bym śmiała. Co ty. - usłyszałem jak mruczy, ale wyczuwałem wyraźnie, że się ze mnie śmieje. Postanowiłem więc udawać głuchego. A ona chichotała coraz głośniej.
- Wiesz co, ja się tak staram, a ty się ze mnie bezczelnie śmiejesz. - powiedziałem w końcu śmiertelnie poważnym tonem odwracając się do niej i wspierając ręce na biodrach. Mój wyraz twarzy musiał zbić ją z tropu bo spojrzała na mnie wielkimi oczami już się nie uśmiechając. Chyba nawet nie wiedziała co powiedzieć. Dopiero kiedy sam zacząłem się cicho śmiać, załapała o co chodzi i cisnęła we mnie ręcznikiem do naczyń.
- Jesteś nieznośny!
- Ja? To ty się nabijasz. - zaśmiałem się znów.
- Ja mogę. - powiedziała z uśmiechem siadając na stołku przy wyspie. Otworzyłem szerzej oczy spoglądając na nią.
- Tak? A to niby dlaczego?
- Bo jestem u siebie. - wyszczerzyła się. A ja zmrużyłem oczy. - Ojej...! - mruknęła, gdy zrobiłem krok w jej stronę. Chwilę później wstała z tego stołka z zamiarem czmychnięcia ci, ale złapałem ją za ramię i lekko pchnąłem na ścianę, która znajdowała się akurat bardzo blisko nas. Stanęła prosto jak struna przylegając do niej cała plecami. A ja nie czekając na nic przyparłem ją do niej swoim ciałem.
- I o teraz? Nadal jesteś taka pewna siebie?
- Owszem. Wciąż jestem u siebie. - powiedziała hardo z błyskami  w oczach. Zagryzłem wargę. Wciągnęła powietrze głęboko do płuc. Musiała lubić te widok, zresztą... ja też go lubiłem. Kiedy zagryzała wargę. Wychyliła się nieco, żeby mnie pocałował, że odsunąłem się. Uśmiechnąłem się zadowolony.
- Ja mogę mieć cię całą, ale ty nie dostaniesz teraz nic. - mruknąłem patrząc jej w oczy znów z odległośi kilku milimetrów.
- Ciekawe... - mruknęła.
- Bardzo. Chcesz się przekonać? - zmrużyła oczy.
- Nie poddam się tak łatwo. - ostrzegła.
- Zobaczymy kto jest silniejszy, zwinniejszy i bardziej wytrzymały. - powiedziałem zadowolony.
- No. Zobaczymy. - przytaknęła mi i błyskawicznie czmychnęła mi pod ramieniem. Zdążyłem ją jednak złapać. Kiedy przycisnąłem ją do siebie i wsunąłem rękę pod bluskę zapiszczała aż, ale buzia cała jej się śmiała.
- Nie dam! - sapnęła siłując się ze mną. Skubana miała w sobie jednak trochę siły.
- Nie musisz. Sam sobie wezmę. - powiedziałem, na co aż wydała z siebie krótki wysoki dźwięk oburzenia.
Miałem jednak pecha, bo widać pamiętała gdzie mam łaskotki. Kiedy tylko zaatakowała jedno takie miejsce odruchowo od razu ją puściłem.
- To było nie fair! - zakrzyknąłem z uśmiechem idąc za nią szybko, kiedy leciała na palcach do salonu. Tam znów ją porwałem i oboje szamocząc się runęliśmy na wielką kanapę, która stała  tuż obok nas. Szarpała się ze mną wciąż nie pozwalając mi dotrzeć w interesujące mnie miejsca, ale po jakimś czasie skapitulowała.
- No dobra, wygrałeś. - powiedziała lekko dysząc. Wyszczerzyłem się szeroko zadowolony z siebie. Pocałowałem ją pojedynczo, a potem od razu zaatakowałem jej szyję. Objęła mnie kurczowo i mocno do siebie przytuliła. Naprawdę mocno.
- Hej, bo mnie udusisz! - zaśmiałem się znów. Zwolniła nieco uścisk. Mogłem nieco się podnieść i popatrzeć na nią. Uśmiechała się wciąż. - Pięknie się uśmiechasz. - mruknąłem.
- Akurat mam powód. - stwierdziła wesoło.
- Tak? Rozumiem, że mówisz o mnie. - parskneła śmiechem. Odepchnęła na co podniosłem się.
- Nie jesteś pępkiem świata.
- Grabisz sobie znowu... - zacząłem mając zamiar znów przybrać na nią atak, ale wtedy zadźwięczał dzwonek i drzwi się otworzyły. Nie przeraziłem się zbytnio. Domyślałem się że to Mat wrócił od kolegi. Wstałem z zamiarem przywitania się i wtedy zatrzymałem się w miejscu jakbym trafił na ścianę. Przyszedł Mat, owszem, ale w towarzystwie swojego dziadka, ojca Dony. Facet patrzył na mnie jak na kosmitę. Tym bardziej, że miałem bose stopy i rozpiętą koszulę. To wyglądało po prostu jednoznacznie. I jak się tu teraz wytłumaczyć? Przecież jemu nie mogłem nic powiedzieć.
- O... Cześć, tato... - usłyszałem za sobą nieco zestresowany głos Dony. Ona raczej też nie spodziewała się swojego ojca.
- Cześć, córeczko... Przyszedłem zobaczyć co u was, spotkałem Mateusza na schodach. Windy u was nie działają... A kto to? - zapytał mierząc mnie wzrokiem. Kurwa... Większej wtopy być nie może. Spojrzałem na Donę. Ona chyba też nie wiedziała co powiedzieć.
Jej ojciec nie mógł się niczego dowiedzieć, bo to mogłoby sprawić mu i nam kłopoty. Zresztą, nie zrozumiał by tego raczej. Ale nie o to chodziło. Ani o jego poglądy ani o jego nastawienie do mnie kiedyś czy teraz. To było nieważne. Ważne było to, że taka wiedza mogłaby mu zaszkodzić. Dona i młody to co innego, bo oni byli chronieni. Nad ojcem Dony nikt by się nie rozczulał, bo urzędowo, że tak to nazwę nie był z tym wszystkim związany. Gdyby ochroną miało się otaczać każdego znajomego czy krewnego... Musielibyśmy chyba ochraniać ze sto osób. A to było nie wykonalne.
- To jest... - Dona zaczęła dukać.
- No?
- Przyjaciel mamy. - młody załatwił sprawę, ale chyba w nie najlepszy sposób. W tym kontekscie całej sytuacji ten przyjaciel chyba nie zabrzmiał najlepiej.
- Przyjaciel. - i chyba miałem rację. - Nie każdy twój przyjaciel biega sobie po twoim domu boso i rozbebłany cały. - to już było po prostu jednoznaczne stwierdzenie, dawał mi coś wyraźnie do zrozumienia. Mat dusił w sobie śmiech. Pewnie dobrze się bawił. Ale nam nie było do śmiechu.
- Po prostu się odświeżał, tato, nic więcej. - Dona chyba w końcu znalazła jakieś wyjaśnienie choć nie wierzyłem, że jej ojciec je łyknie. Nic więcej nie powiedział, ale to jak na mnie patrzył mówiło mi wyraźnie, że nie dał się nabrać.
- Dona, córka, ty wiesz co robisz? - powiedział do niej po polsku, za pewne, żebym ja niczego nie zrozumiał. I udało mu się. Nie rozumiałem ani słowa. Dona zacisnęła usta.
- Wiem, tato, mówię ci, że tylko brał prysznic. Nic się nie dzieje. - patrzyłem na jednego to na drugiego nic nie rozumiejąc.
- No dobrze. Wpadłem na chwilę... A skoro masz już gościa - spojrzał na mnie krytycznie. - To ja nie będę wam przeszkadzał...
- Ale nie przeszkadzasz, zaraz zrobię kawę! - Dona już w podskokach chciała lecieć do kuchni.
- Nie, dziękuję. Wiesz, że za dużo nie mogę, jedną już wypiłem. Mama będzie znowu się denerwować. - spojrzał znów na mnie podejrzliwie. - To na razie. Trzymaj się, młody. Pa córeczko. - przytulił ją mocno. - Do widzenia. - rzucił do mnie jakimś takim ostrym tonem i poszedł.
Matko Boska.
Młody stał przez chwilę w miejscu spoglądając na nas, raz na jednego, raz na drugiego, aż w końcu uśmiechnął się lekko pod nosem i przeszedł obok mnie w kierunku kuchni.
- Dobrze się bawiłeś? - zapytałem uśmiechając się lekko. Chciałem jakoś łagodnie zacząć rozmowę, żeby nie doszło znowu do kłótni.
- Nie gorzej niż ty, tak podejrzewam. - stwierdził nie odwracając się nawet do mnie. Zanurkował w lodówkę i wygrzebał sobie coś z niej. W jego głosie nadal łatwo było wychwycić drwinę. Westchnąłem cicho. Dona spojrzała na niego lekko karcącym wzrokiem, a potem na mnie lekko zrezygnowana.
- Śniadanie zaraz będzie. - powiedziałem znów, ale jakby w ogóle go to nie obchodziło co mówię.
- Jak na razie widzę tylko gołą patelnię. - mruknął  i otworzył sobie zapiekankę po czym wsadził ją do mikrofali.
- U kumpla nie jadłeś, że jesteś taki głodny?! - Dona chyba znów straciła cierpliwość.
- Spokojnie... - mruknąłem.
- Jadłem, ale znowu mi się chce. - odpowiedział całkiem spokojnie stojąc i patrząc na urządzenie, które cicho brzęczało. Po kilku minutach wyciągnął swoje jedzenie i usiadł z nim w salonie zabierając się do niego ze smakiem. Nie bardzo wiedziałem co zrobić. Patrzyłem tylko na niego i na Donę. Ona chyba też nie do końca miała pomysł co robić.
Nastała chwila ciszy, po której zakomunikował nam pewną rzecz jakby nigdy nic.
- Jutro lecę do Stanów.
Oboje, i ja i Dona wytrzeszczyliśmy na niego oczy, a potem przenieśliśmy nasze spojrzenia na siebie nawzajem.
- Co? - tylko tyle chyba Dona była w stanie w tym momencie z siebie wydusić. Ja nie czułem się wcale mnie zszokowany.
- Dlaczego? - zapytałem podchodząc do niego. Wzruszył tylko ramionami.
- Po prostu. - odpowiedział tylko. Patrzyłem na niego i myślałem sobie... czy on to robi specjalnie czy naprawdę jest taki nieodpowiedzialny w tym momencie.
- Chyba żartujesz. - powiedziałem znów w końcu.
- Ani trochę. - zaprzeczył. Wgryzł się znów w swoją zapiekankę. Dona wciąż wbijała w niego swoje wielkie oczy.
- Po co chcesz lecieć do Stanów?
- A co cię to obchodzi?
- Przestań...! - Dona w końcu dała sobie upust. Podeszła do niego prawie potykając się o stolik. - Czy ty chcesz wpędzić mnie do grobu?! CO się z tobą dzieje!! Ja się martwię, odchodzę od zmysłów, nie śpię po nocach,, myślę wciąż kto mi cię chce zabić może nawet, a ty co?! - rozkręciła się. Wpadła w panikę. Mat spojrzał na nią wielkimi oczami. Chyba nie spodziewał się takiego wybuchu z jej strony. Mnie też podniósł ciśnienie, więc się nie dziwiłem.
- Ale co ma jedno z drugim wspólnego? - zapytał. Prychnąłem, ale jeszcze nic nie powiedziałem zakładając ręce na biodra i kręcąc głową z niedowierzaniem. Nie dowierzałem, że on tak lekceważy to wszystko.
- Jak to co?!! - wrzasneła. - Nie możesz wyjść spokojnie z domu, żeby nic się nie stało! A chcesz leciec na drugi koniec świata?! Żebym ja tu na łeb dostała, co?!
- Mamuś, przecież nic mi się takiego nie stało... - próbował ją trochę urobić. Wciągnąłem powietrze głęboko do płuc.
- Jeszcze!!!! Chcesz im sam stwarzać okazje do tego?! Nigdzie nie polecisz! - i sprawa załatwiona.
- Ale...! - sam się zdenerwował. Chyba musiało mu na tym z jakiegoś powodu zależeć. - Przestań wpadać w panikę! Przecież nikt nie będzie mnie gonił z kontynentu na kontynent! Nic mi się nie stanie! A poza tym, twój kumpel jakoś nie wyraża żadnego sprzeciwu. - powiedział znów drwiąco jakby to miało coś załatwić. I wgryzł się znowu w zapiekankę.
- Powstrzymaj język! - teraz ja podniosłem głos. Oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni. Nigdy nie podniosłem na niego głosu jak go widzę na własne oczy. Podszedłem do niego na trzy kroki. Wskazałem na niego paluchem tak by wiedział, że mówię do niego. - Po pierwsze, mówisz do matki, po drugie, jak na razie siedzisz na jej utrzymaniu i będziesz robić to co ona ci każe.
- Jestem pełnoletni...! - zaczął, ale na pewno nie zamierzałem pozwolić mu tego dokończyć.
- Jesteś pełnoletni! - podniosłem znów głos, aż go zatkało. - Ale na pewno nie dojrzały i odpowiedzialny. - powiedziałem nieco ciszej.
- I kto to mówi? - odpalił patrząc na mnie ze złością. Zacisnął zęby i po chwili znów powiedział. - Chcę pojechać do ciotki Janet. Chyba mogę?
- Nie teraz. - powiedziałem znów.
- Słuchaj, kurwa... - wstał odstawiając talerz z żarciem. Stanął naprzeciw mnie. - Nie masz najmniejszego prawa, człowieku, mówić mi co mam robić. Nie masz prawa wpływać na mnie w jakikolwiek sposób. I powiem ci jeszcze że mam głęboko w dupie twoje zdanie na mój temat. Nawet jeśli jestem nieodpowiedzialny, to na pewno nie bardziej od ciebie. Nie pytam nikogo o zdanie. - spojrzał przez ramię na matkę, która patrzyła na niego ze łzami w oczach. - Powiedziałem tylko co zrobię i koniec. I możecie się oboje awanturować przez całą noc. Jestem pełnoletni. - powtórzył z naciskiem. - I mogę wyjechać jeśli mam na to ochotę. I tak zrobię. A teraz przepraszam, idę do siebie, muszę się przygotować na spotkanie. - i poszedł.
Nie powiedziałem juz ani słowa. Zresztą... Miał rację. W tym domu nie było bardziej nieodpowiedzialnej osoby niż ja. Ale to się narazie wytnie... Zabolało mnie to jak się do mnie odniósł, a Dona stała ze łzami w oczach i patrzyła na mnie. Może nie znałem tego dzieciaka zbyt długo... ale byłem pewny, że zrobi to co będzie chciał, a więc poleci jutro do tych zasranych Stanów. Sam wyjazd nie stanowił problemu. Problem był w tym, że faceci nie będą mogli poleciec za nim. Nie mogli działam na terenie USA, takie było prawo i nie można było tego zmienić. Właśnie dlatego od dwudziestu lat nie było mnie w Stanach... No, poza tym jednym krótkim momentem, kiedy musiałem nagrać te teledyski. Ale to było co innego. Nie puszczę tam mojego syna samego, na pewno nie. Będzie trzeba coś wymyślić.
- Nie płacz. - podszedłem do kobiety i przytuliłem ją na co wczepiła się we mnie i zaszlochała cicho.
- Przecież ja oszaleję ze strachu, jak on tam poleci sam!
- Cii, porozmawiam z nim. Wszystko będzie dobrze. Nie płacz. - tuliłem ją głądząc po plecach. Starałem się jakoś uspokoić ją, ale  to nie wiele dawało. Była cała roztrzęsiona.
- Trzeba od razu z nim porozmawiać! - zaczęła odsuwając się i kierując się w stronę jego pokoju. - On tam na pewno nie poleci, po moim trupie! - zdążyłem ją powstrzymać łapiąc za ramię.
- Ja pójdę sam najpierw. - powiedziałem. - Spróbuj się uspokoić, jeszcze nic się nie stało...
- Właśnie, jeszcze! - zachlipała znów.
- I nic się nie stanie. - powiedziałem dobitnie. - Zaufaj mi. - ciężko mi było patrzeć na nią taką roztrzęsioną. Sam musiałem mocno nad sobą panować, żeby nie wpaść w panikę. Mnie też już wiele nie brakowało. Poszedłem więc do jego pokoju. Zapukałem nawet, ale nikt mi nie odpowiedział. Więc wszedłem.
- Nie powiedziałem 'proszę wejść'. - warknął, gdy mnie zobaczył. Obserwowałem przez chwilę jak zbiera to i tamto, a potem wciąga buty.
- Proszę cię, żebyś na chwilę się zatrzymał i ze mną porozmawiał. - powiedziałem wciąż na niego patrząc.
- Ja nie mam o czym z tobą rozmawiać. Powiedziałem już co miałem do powiedzenia...
- Tak? A to, że twoja matka odchodzi od zmysłów cię nie obchodzi? - wtrąciłem, na co spojrzał na mnie wściekle.
- Odwal się od mojej matki, a w ogóle...! - fuknął. - Kto ci dał prawo mówienia mi co mam robić, co?!
- Ja nie chcę ci nakazywać bądź rozkazywać, ja chce ci wytłumaczyć... - zacząłem. Naprawdę chciałem załatwić to jakoś polubownie. Ale on chyba nie miał na to ochoty.
- Nie obchodzi mnie co masz mi do powiedzenia, rozumiesz? Niczego nie musisz mi tłumaczyć, ja wszystko rozumiem. Wszystko wiem i nic więcej mi nie jest potrzebne. Chcę odwiedzić swoje ciotki, najpierw jedną, potem drugą, nic poza tym. Naprawdę myślisz razem z matką, że ci debile będę lecieć za mną przez cały ocean, żeby zakatrupić mnie za jakimś pierwszym lepszym śmietnikiem w LA? Weź...! Sam sie zastanów zanim zaczniej prawić mi morały i nakręcać jeszcze na to moją mamę. - wytrzeszczyłem oczy.
- Ja nakręcam twoją mamę?
- Tak, gdyby nie ty, nie chodziłaby taka bojąca się. - zaczął mi coś wytykać. Problem był w tym, że... Nie miał racji. Albo nie wiedział co mówi, albo doskonale o wszystkim wiedział, ale nie przyznawał się do tego i dlatego to brzmiało tak pokracznie. Ale niby skąd miał się dowiedzieć? A... skąd wie Dona? No właśnie. Tego pytania jeszcze jej nie zadałem.
- Twoja matka martwi się, boi się, że cię straci. To nie są żarty! To nie są zwykli bandyci, czy ty możesz to zrozumieć? Nie wystarczy zgarnąć z ulicy tych, którzy cię zaczepią. I nie tylko tutaj możesz ich spotkać, ale właśnie zwłaszcza w Stanach. Zresztą, to bez różnicy bo występują wszędzie, jak robactwo. - starałem się mu przemówić do rozsądku, ale milczał nadal zbierając to i owo. Dopiero wtedy skontaktowałem, że on po prostu się pakuje. - Twoja matka dostanie obłędu!
- Nie wyjeżdżam na zawsze, do cholery! Tylko na tydzień i wracam. Odpuść już może, co?! - warknął. Wrzucił do wielkiej walizki kilka kolejnych rzeczy.
- Dziecko, proszę cię, przestań. - złapałem go za ramię na co wyprostował się i wpatrzył we mnie intensywnie. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko.
- Nie. - powiedział dobitnie po czym odtrącił moją rękę i zabrał się znowu do pakowania. Zacząłem już sam panikować, naprawdę.
- Nie możesz tak po prostu sobie wylecieć stąd...
- Bo co, bo CIA nie będzie mogło siedzieć mi na głowie?! Daj mi spokój! Odwal się! - zaczął się stawiać, kiedy chwyciłem go znów za ramię, ale tym razem nie dałem się od razu odepchnąć. Po raz pierwszy w życiu przytuliłem swoje dziecko.
Cały zesztywniał, nie pisnął ani słowa, ale dla mnie to i tak było wydarzenie. Starałem się przełknąć gulę, która nagle zaczęła mi rosnąć w gardle. Nie było to łatwe. Ani mnie nie objął ani nie odepchnął, co dla mnie znaczyło i tak bardzo dużo. Cieszyłem się i z tego. Choć wiedziałem, że nawet teraz najweselej nie będzie.
Kiedy się odsunąłem zauważyłem, że ma łzy w oczach. Starał się to ukryć, ale było to widać. Bardzo wyraźnie. Znów zabrał się za pakowanie walizek.
- Mówię do ciebie... - nie miałem już siły. Uparł się jak wół.
- Ja też do ciebie mówię. Odwal się. - wycedził patrząc na mnie. - Wylatuję jutro o piątej rano. - zakomunikował po czym kompletnie ubrany, zostawił te walizki i wyszedł z tego pokoju. Na korytarzu musiał napotkać Donę, bo usłyszałem krzyki. Natychmiast tam poszedłem.
Dona szarpała go za rękaw z płaczem krzycząc, że nigdzie nie pojedzie. Stał tylko i patrzył na nią lekko bezradnym wzrokiem, ale potem powiedział, że decyzję podjął i nic go nie obchodzi. Zranił ją tym, bo rozpłakała się jeszcze bardziej. Zresztą ja też nie rozumiałem jak może się tak zachowywać. Ja to ja. Ale jego matka?
A potem powiedział...
- Kocham cię, mamo. Naprawdę. - przytulił ją do siebie. - Muszę tam polecieć. Mam coś do załatwienia. - a więć jednak coś jest. Ma COŚ do załatwienia... - Wrócę szybko. - ucałował jej policzek. Nic juz nie mówiła tylko patrzyła na niego bezradnie. - Nawet się nie obejrzysz jak będę z powrotem, cały i zdrowy.
- Tobie się wydaje to takie proste, a ja już umrę ze strachu o ciebie!
- Mamuś...
- Twoja matka... po tamtym... miała tylko ciebie. - odezwałem się choć sam się tego nie spodziewałem. Głos mi się trząsł. - Ty ją trzymasz przy życiu i zdrowych zmysłach. Co ty chcesz zrobić... odebrać jej jeszcze siebie samego? - patrzył na mnie nieokreślonym wzrokiem. Na pewno wiedział jak bardzo jego matka go kocha. I co to znaczy.
- Wiem, że było jej ciężko i że cierpiała. A potem urodziłem się ja. Wiem, że w jakiś sposób pomogłem jej znieść to co się stało z ojcem. - chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale nie pozwolił mi. - Ale tylko mi tu z nim nie wyjeżdżaj, proszę cię. - zatkało mnie. - Nie jest taki wspaniały jak o nim myślałem.
Chyba tylko rodzić może zrozumieć ten ból, który teraz poczułem. W jakiś sposób tak jak Dona musiał się wszystkiego domyśleć. Nie miałem na to dowodów, ale jak inaczej to wszystko wytłumaczyć. Patrzyłem na niego czując jak moje oczy robię się gorące. Coś zdławiło mnie w gardle... Zrobiłem to między innymi też włąśnie dla niego. Także jego w ten sposób chciałem chronić. Teraz otrzymałem za to zapłatę. Jak najbardziej adekwatną. Miał prawo mnie znienawidzić.
- Pewnie masz rację. - powiedziałem cicho.
Jego mina nieco mnie zaskoczyła.... Być może spodziewał się czegoś innego z mojej strony, może zaprzeczenia, tłumaczeń, okręcania kota ogonem. ALe nie zamierzałem się tłumaczyć. Miał rację i tą rację mu przyznałem. Patrzył na mnie przez chwilę wielkimi oczami, a potem powiedział tylko, że idzie jeszcze do kolegi, a potem wróci... i poszedł.
Dona... Myślałem, że się rozhisteryzuje. Zakryła twarz dłońmi, a potem ją nimi przetarła wzdychając. Wyglądała na naprawdę zmęczoną. Ja też byłem wykończony. Spojrzała na mnie, a potem tak po prostu do mnie podeszła i przytuliła mnie do siebie.
- On się czegoś domyśla. - powiedziała cicho nie odsuwając się. - CHciałam mu powiedzieć, ale jak powiedzieć dziecku o takiej rzeczy...
- On się nie domyśla, Dona, on wie. Nie wiem skąd. Nie wiem jak. ALe wiem, że wie. Na pewno. - odpowiedziałem trzymając ją kurczowo przy sobie. Zapach jej skóry nieco mnie uspokoił. - Nie jestem zaskoczony jego wrogością. Ma prawo mnie nienawidzić...
- Nie, Mike. - Dona nie pozwoliła mi dokończyć myśli. A co innego może to być? - On zawsze był w ciebie wpatrzony, zawsze tęsknił, przy każdej okazji zawsze o ciebie pytał. Chciał, żebym mu o tobie opowiadała, wszystko dosłownie. On cię naprawdę bardzo kocha. Jeśli się dowiedział to musi to jakoś sam sobie poukładać, zastanowić się dlaczego to... A potem jak już ochłonie wszystko mu opowiesz. - popatrzyłem na nią przez chwilę.
- Tak myślisz...
- Tak. - odpowiedziała pewnie. - Naprawdę nie da się nic zrobić, żeby on nie musiał lecieć sam? - westchnąłem.
- Nie mam pojęcia, kochanie. - przytuliłem ją znów do siebie. - Coś wymyślę. Jak będzie trzeba, sam za nim osobiście polecę. - ścisnęła mnie mocno.
Nie czułem się dobrze w tamtym momencie. Dona jakoś zdołała mi wybaczyć... Tak powiedziała. Była ze mną, przy mnie. Dodawała mi otuchy i siły, tak jak kiedyś. ALe naprawdę chciałem, żeby i moje dziecko zrozumiało, że ja... A może po prostu za dużo wymagam od losu? Może oddał mi ukochaną kobietę, ale moje dziecko już nigdy nie będzie chciało mnie znać?

piątek, 6 stycznia 2017

Resurrection. - 23.

Hejo! :) Tak trochę późno w sumie, ale skoro już skończyłam to wrzucę ten rozdział od razu. Od ostatniego minęło tyle dni, że. :D Jeśli chodzi o moje gusta, to tworzył się jak żółw, myślałam, że go nie skończę, ale w końcu dostałam jakiegoś takiego kopa i całość naprawdę mi się podoba. Mam nadzieję, że innym też przypadnie do gustu. :D Tak więc zapraszam. :)
***



Powiedziałem, że przyjdę do niej następnego dnia, ale nie miałem jakoś odwagi. Wstałem rano z zamiarem oczywiście odwiedzenia jej, ale kiedy już zrobiłem dosłownie wszystkie możliwe czynności odwlekając to, stanąłem na środku holu i patrzyłem tylko w te drzwi. Minęła noc. Jak na mnie zareaguje? Będzie krzyczeć? A może znów zacznie udawać, że nic nie wie, o niczym nie słyszała? Czułem, że mimo tego wszystkiego ona nadal się przed tym wszystkim broni. Może potrzebowała jeszcze trochę czasu... Może powinienem jeszcze chwilę zaczekać? Bałem się, żeby jeszcze bardziej tego wszystkiego nie skomplikować... A raczej nie spieprzyć do końca. O ile jeszcze jest co spieprzyć.

Martwił mnie też syn. Jego zachowanie było co najmniej dziwne wczorajszego dnia. Ale pomyślałem, że to chyba normalne, przecież... To nie był pierwszy raz, może osiągnął już po prostu swój limit stresu. Nie wiedziałem co innego mogłoby to być... I ciekaw byłem kiedy wrócił od kolegi. Dona nie wszczęła żadnego dzikiego alarmu w środku nocy, więc chyba nic się nie stało od tamtej pory.
Postanowiłem w końcu wyjść i iść do niej. Chciałem się postarać... Może powinienem kupić kwiaty... Zawsze lubiła tulipany i wiedziałem, że nadal je lubi. Pomyślałem, że to dobry pomysł, chyba nie zaszkodzą. Kolejny pretekst by to nieco odciągnąć w czasie. Nie czułem się z tym dobrze, ale pokładałem jakieś nadzieje w tym bukiecie.
Nie zajęło mi to wiele czasu, tym bardziej, że fajna kwiaciarnia była całkiem blisko. Jakiegoś pięć minut spacerkiem. Wyszedłem tak sobie biorąc kasę w kieszeń i płaszcz i nie przejmując się niczym. Ludzie, którzy mijali mnie na chodniku wytrzeszczali na mnie oczy. No tak. Mieszkałem tu już jakiś czas, dość długi, ale zawsze kiedy wychodziłem to jechałem gdzieś samochodem, więc przechodnie nie mieli zbyt wielu okazji mnie zobaczyć. Teraz mogli mnie sobie obejrzeć dokładnie. Nawet nie zastanawiałem się czy ktoś z NICH może być w pobliżu. Poczułem lekki skurcz w żołądku, ale uświadomiłem sobie, że pewnie tak właśnie jest i pewnie mnie teraz widzą. Czułem, że konfrontacja zbliża się wielkimi krokami...
Kupiłem w końcu te kwiaty i wróciłem do domu. Nie pozostało nic innego jak po prostu z nimi do niej iść. Z gulą w gardle, ale w końcu się odważyłem. Wychodząc z mieszkania, do którego wszedłem by zostawić płaszcz, spotkałem Mata, który spojrzał na mnie znów tym zimnym, jakimś dziwnym spojrzeniem a potem na kwiaty i uniósł brwi widocznie zdziwiony.
- A to dla kogo? Dla babci klozetowej? Przyda się, kibel w garażu podziemnym cały zasyfiony. - odezwał się znowu kąśliwie.
- Dla twojej matki. Możesz mi powiedzieć co ci się stało? - popatrzył na mnie przez chwilę.
- Ale co ja ci mam mówić?
- Chciałbym, żebyś mi powiedział co się z tobą dzieje. To znaczy, wiem co się z tobą dzieje...
- To po co się pytasz jak wiesz? Potrzeba ci coś jeszcze do szczęścia? - nie wiedziałem co mam powiedzieć. Patrzyłem tylko na niego przez chwilę a on na mnie.
- Martwię się o ciebie. - otworzył szeroko oczy, a i tak miał już duże. Po mnie.
- Martwisz się, o Jezu, a czym, jeśli można wiedzieć? Jak widać potrafię sam ogarnąć swoją dupę. - westchnąłem znów.
- Mat... Ja rozumiem, że się przestraszyłeś, nic w tym dziwnego, ale nie musisz być taki złośliwy w stosunku do mnie... - zacząłem, ale mi przerwał.
- Może i się przestraszyłem, jak to określiłeś, ale nie o to chodzi.
- A o co? - miałem nadzieję, że mi powie...
- O JAJCO. - syknął i wszedł do mieszkania. Chyba spodziewał się, że wejdę za nim, bo zostawił otwarte drzwi. Z momentu na moment nagle wydał mi się taki zamyślony. Nawet nie zauważył jak Dona go woła, dopiero kiedy do niego dopadła, ocknął się.
- Mówię do ciebie, a ty co! - zaskrzeczała.
- Przepraszam, zamyśliłem się. - tak jak podejrzewałem. Wyściskała go, po czym kazała mu się szykować, bo za niedługo będzie obiad. Dopiero wtedy mnie zauważyła, kiedy młody zniknął u siebie.
Patrzyła na mnie nieodgadnionym wzrokiem, po czym odezwała się.
- Mówiłeś, że przyjdziesz rano.
- Przepraszam. - mruknąłem. Przyjrzała mi się.
- Dopiero wyszedłeś z łóżka czy co?
- Nie, ja...
- Bo już myślałam, że przyprowadziłeś sobie następną do kolekcji. I dopiero teraz się nią znudziłeś. - powiedziała odwracając się ode mnie i idąc w stronę kuchni, która była połączona z salonem. Ukuło mnie to, ale chyba miała prawo mieć do mnie pretensje... Pretensje to mało powiedziane.
- Dona. - mruknąłem po chwili podchodząc do niej blisko i lekko obejmując. Znieruchomiała momentalnie. - Nie chcę żadnej innej do kolekcji.
- Tych co już skolekcjonowałeś też nie chciałeś? - w jej głosie wciąz czułem i słyszałem żal i ból... Boże, co ja mam zrobić...
- Nie, nie chciałem. Chciałem być przy tobie. Może to szaleństwo, ale za każdym razem, kiedy...
- Będziesz mi teraz opowiadał ze szczegółami co robiłeś? - spojrzała na mnie przez ramię.
- Nie. Za każdym razem wtedy myślałem o tobie. - dokończyłem.
- Oo. I co? Porównywałeś? - zaskoczyła mnie lekko.
- Co?
- No. Mnie z tymi dziwkami. Od zera do dziesięciu jak wypadałam z każdą kolejną? Podejrzewam, że w miarę upływu czasu co raz gorzej. - pokręciłem głową wzdychając.
- Myślisz, że którakolwiek mogłaby z tobą rywalizować...
- No nie wiem, wydaje się, że tak, skoro przeleciałeś połowę burdeli świata. Cud, że niczego nie złapałeś. - zajęła się czymś o miała akurat na desce, zaczęła to kroić nieco nerwowo. - Mogłeś się chociaż postarać i urobić sobie jakąś przyzwoitą pannę spotkaną gdzieś w parku albo podobnym miejscu. Ale takie z reguły się szanują, więc o wiele łatwiej jest uderzyć w te kręgi, masz rację. - bluzgała na mnie cały czas, aż w którymś momencie syknęła i podniosła palec do ust. Zareagowałem natychmiast. - Zostaw... - burknęła, ale obejrzałem jej palec dokładnie. Zacięła się, ale to nie było nic poważnego.
- Plaster i woda utleniona wystarczą. - mruknąłem, ale wciąż trzymałem ją za rękę. Nie chciałem puszczać. A ona patrzyła mi intensywnie w oczy. Z jej palca znów pociekło trochę krwi, więc przysunąłem sobie jej dłoń do ust.
Po chili delikatnie przyłożyła ją do mojego policzka i pogładziła go.  Nie wiedziałem co zrobić, ale w końcu przycisnąłem ją sobie do ust i wycałowałem zapalczywie. Kiedy na nią spojrzałem zagryzała lekko wargę, a w jej oczach znowu błyszczały łzy. Błagam, nie znowu, pomyślałem. Ująłem jej twarz w swoje dłonie, ale nie nawet nie wiedziałem co powiedzieć. Wtedy przypomniałem sobie o kwiatach. Chwyciłem je, gdyż wcześniej odłożyłem je na bok i delikatnym czułym gestem musnąłem nimi jej policzek.
- Dla ciebie. - mruknąłem. Czułem się jak taka ciapa. Spojrzała na te kwiaty, a potem na mnie i pierwsza łza potoczyła jej się po policzku, ale natychmiast ją otarła. Chwyciła je delikatnie i szepnęła ciche 'dziękuje'. A wtedy...
- Przepraszam. - rozległo się ostentacyjnym głosem i zostałem brutalnie przepchnięty, w wyniku czego przycisnąłem Donę do szafki całym swoim ciałem. Spojrzałem obok. Młody szukał czegoś w lodówce i powstrzymywał uśmiech. Nie wiedziałem czy zrobił to celowo czy w jakim konkretnym celu... Ale efekt był taki, że moja kochana kobieta była teraz bardzo blisko mnie i zezowała na mnie lekko zaczerwieniona, na przemian gromiąc wzrokiem syna.
Chwilę potem młody zawinął to co trzeba i poszedł.
- Przepraszam cię... - mruknalem odsuwając się nieco. Zamrugała.
- Zrobił to celowo. Chyba zaczyna wracać do szeregu... - stwierdziła, po czym wyciągnęła z szafki wazon i wstawiła do niego kwiaty.
Patrzyłem na nią i miałem ochotę przywrzeć do niej cały, tak po prostu. I zrobiłem to. Zesztywniała cała, kiedy poczuła jak ją obejmuję i tulę do siebie. Nic nie powiedziałem. Nie wiedziałem nawet co powiedzieć. Miałem nadzieję, że ten gest sam jej coś powie... Niedługo potem jednak się rozluźniła i zaczęła gładzić lekko moją dłoń, która spoczywała na jej brzuchu.
Musnąłem lekko jej ucho, ale nie dała po sobie niczego poznać. Byłem co raz bardziej sfrustrowany.
- Wybaczysz mi? - z trudem przeszło mi to przez gardło, które momentalnie się zacisnęło. A ona obróciła się lekko bokiem z nadąsaną miną i odepchneła mnie.
- A co, jeśli można wiedzieć? - patrzyłem tylko na nią jak wyciąga marchew z lodówki. - To, że przeleciałeś niezliczoną ilość kobiet czy to, że jesteś martwy? - sarkazm aż wyciekał jej uszami. Westchnąlem. No tak.
- Porozmawiaj ze mną w końcu...
- Nie mam czasu. - warknęła zabierając się za struganie marchewki. Zacisnąłem usta. Szczerze mówiąc miałem już dość jej migania się od tego.
- Nie masz czasu?
- Nie. - burknęła.
- No to załatwimy to niewerbalnie. - powiedziałem i chwyciłem ją znienacka  w pasie brawurowo przestawiajac w drugi koniec kuchni. Zaskoczona zakrzyczała wczepiając się w moje ramiona.
- Zwariowałeś?! Co robisz?! - uderzyła mnie lekko w pierś ale przestała się rzucać kiedy do niej przywarlem. Chyba od razu domyśliła się co znaczy to niewerbalnie. Kiedy po chwili się od niej oderwałem dyszała lekko i miala błędny wzrok.
- Czy teraz masz już trochę czasu? - popatrzyła na mnie mrugając oczami po czym mruknęła coś niewyraźnie. - Więc chodźmy na spacer. - spojrzała na mnie z wysoko uniesionymi brwiami. - Porozmawiamy.
- Mike, ja nie chcę teraz o niczym rozmawiać. - powiedziała znów odpychając mnie od siebie ale zaraz znów ją do siebie od tyłu przycisnąłem.
- Więc po prostu pospacerujemy. - upierałem się.
- A obiad sam się ugotuje?
- Młody przed chwilą wyżarł zapiekankę z lodówki, nie widziałaś? - uśmiechneła się lekko.
- Myślisz, że ta jedna zapiekanka mu wystarczy? Najpierw obiad. - powiedziała wyswabadzając się. - Potem możemy iść na spacer. - dodała cicho mrucząc stojąc do mnie tyłem. Az się uśmiechnąłem.
Nie bardzo wiedziałem co mam zrobić, czy mam sobie iść czy... co? Patrzyłem na nią przez chwilę, poc zym powiedziałem...
- To ja już może... pójdę...
- Możesz zostać. - powiedziała niespodziewanie. - Starczy dla trojga. - wciąż stała do mnie tyłkiem. Poczułem się trochę nieswojo...
- Nie chcę cię zadręczać sobą, jeśli nie chcesz...
- Dwadzieścia lat cię nie było. - przerwała moją wypowiedź patrząc teraz na mnie. Nic więcej nie musiała dodawać. Podszedłem do niej i mocno, jak najmocniej przytuliłem. Na co sama zostawiła tą strugaczkę, marchew i reszte i wczepiła się we mnie z ochotą. - Dobra, wystarczy. - znów w najmniej oczekiwanym momencie odepchnęła mnie od siebie i wróciła do marchewki.
Usiadłem sobie przy wyspie kuchennej na wysokim stołku i obserwowałem ją. Traktowała mnie raczej chłodno i z dystansem, zresztą nie było sie czemu dziwić. Chodziła od szafki do szafki, zaglądała do lodówki i tak dalej. A ja taksowałem jej figurę wzrokiem.
- Możesz przestać się gapić? Za chwilę wypalisz mi dziurę w spodniach na dupie. - mruknęła w pewnej chwili patrząc na mnie przez ramię. Uśmiechnąłem się znów lekko.
- Byłby to całkiem przyjemny widok... - wymknęło mi się choć nie miałem zamiaru tego powiedzieć na głos.
- Uważaj sobie. - warknęła, ale zdążyłem zauważyć, że sie zarumieniła. Swędziało mnie po prostu, żeby znów do niej podejśc i przycisnąć ją do siebie mocno. Przed oczami zaczęły przelatywać mi różne obrazy, urywki wspomnień. Z samego początku, jak nie chciała się przyznać za Chiny przede mną i przed sobą, że coś do mnie czuje. Jak mieszkała jeszcze w hoteliku i przychodziłem do niej... No. I tak dalej... Przywoływałem w pamięci raczej te ciekawsze momenty.
- Przepraszam. - mruknąłem.
- Tego twojego przepraszam to do śmierci nie wystarczy, wiesz? - westchnęła, a ja znów poczułem się okropnie. Przyjemne wspomnienia z przeszłości od razu gdzieś zniknęły. Teraz musiałem znów znaleźć się blisko niej.
- Ja wiem, że dla ciebie to jest nie do pojęcia. Ja też byłem  w szoku, kiedy... dowiedziałem się pewnych rzeczy. - miałem tu akurat na myśli swojego 'nieżyjącego' teścia, który nawet do mnie zadzwonił. Zza grobu.
- To znaczy? - zapytała. Czyli jednak czegoś chciała się dowiedzieć. Może po prostu nie chciała słuchać niczego o mnie? Przynajmniej na razie. A wszystko to co było otoczką może ją interesuje... ale to i tak do końca mnie nie omija, ponieważ ja cały w tym siedzę. Kiedyś będzie musiała wszystko usłyszeć.
- To znaczy... - westchnąłem. - Akurat tego nie powinienem ci mówić, bo to dotyczy innej osoby, która... że tak powiem, nieświadomie władowała się w to samo bagno co ja. Ale o wiele wcześniej. - spojrzała na mnie. Jej spojrzenie zawierało w sobie nie zadane pytanie. - Ta, nie jestem jedyny. - lekko pobladła.
- Super... To teraz taka moda czy co? Niedawno umarło paru takich ciekawych, może oni też...
- Nie, oni akurat nie. - wtrąciłem nie chcąc by się za bardzo rozkręciła. - W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat były tylko dwa takie przypadki.
- Z tobą czy bez ciebie? - zapytała cicho.
- Ze mną. To nie jest powszechnie stosowany program.
- Jaki program? - no już lepiej. Może po prostu powinienem pozwolić jej pytać. Z czasem opowiem jej wszystko.
- Coś podobnego do rządowego programu ochrony świadków incognito. Ale o wiele bardziej rozwinięty, że tak powiem. Obejmuje rozwiązania, na które rząd oficjalnie nie wyraża zgody. Prezydenci o tym nie wiedzą. Tym aspektem prawa trzęsie CIA.
- Co? - parskneła. - To są jakieś teorie spiskowe...
- Wcale nie. I to co sama odszukałaś nawet w internecie też jest prawdą. Akurat to, bo jest wiele różnych teorii z tym związanych. Illuminati pierwotnie było zakonem. Oni nie mają z nim nic wspólnego. Przywłaszczyli sobie tylko nazwę i symbol. To rzesza wariatów, ale bardzo niebezpiecznych. Zwłaszcza ich przywódca. Widziałem się z nim nawet twarzą w twarz. Jego obłęd jest tym większy i bardziej niebezpieczny, bo jest to człowiek inteligentny. Rozumiesz? Przed nim pewnie był ktoś podobny...
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie pierwsze. - przerwała mi. Widocznie chyba to było dla niej za dużo. A czy teraz też nie będzie?
- Jak mówiłem, nie powinienem... Ale nawet sam się ze mną skontaktował wtedy, więc...
- Skontaktował?
- Tak, zadzwonił. Podsunął mi ten cały pomysł. Początkowo nawet nie brałem tego pod uwagę. - spojrzała znów na mnie przez ramię.
- To dlaczego...?
- Bo zaatakowali ciebie. To chyba wystarczający powód... - spuściła głowę. Na pewno pamiętała. Przycisnąłem ją mocniej do siebie. Ja też pamiętałem. - Bałem się, że coś ci zrobią, nie wiem, uprowadzą, zabiją, a potem ja znajdę gdzieś twoje ciało... - zadrżała. - Stwierdziłem, że nieważne jest wszystko poza tobą. Że jeśli zniknę dadzą ci spokój. Nie będzie już z kim się szarpać. - zacisnęła pięści...
- Dlaczego.. mi nie powiedziałeś?
- Może powinienem. - przytuliłem policzek do jej ramienia. - Może nawet byłoby dobrze, gdybym odczekał ze dwa trzy tygodnie i wtedy zjawił się w twoich drzwiach i wszystko ci powiedział. Może nawet zabrał ze sobą. Ale nie chciałem dla ciebie czegoś takiego, poza tym, co... Chciałabyś żeby twoi rodzice opłakiwali cię tak jak ty mnie? A potem Mat... Miałby wychowywać się w czymś takim...? Może to żadne wytłumaczenie, ale... Nie miałem czasu na zastanawianie się, Dona. Pętle na szyi miałam już naprawdę mocno zaciśniętą. Musiałem zadziałać od razu i od razu skutecznie. Dostawałem od nich... przesyłki.
- Jakie? - spojrzała na mnie z lękiem.
- Szczury, flaki... Pamiętasz jak kiedyś powiedziałem, że przyparty do muru jestem zdolny do wszystkiego? - kiwneła głową. - No.
- Więc co to za ktoś, który... podsunął ci ten pomysł? - wymamrotała po kilku chwilach. I co ja jej miałem powiedzieć? Patrzyłem na nią tylko z głupią miną. - No?
- Presley. - mruknąłem z krzywą miną zezując na nią. Jej mina zmieniała się powoli. Od śmiertelnej bladości do wielkich oczu i purpurowych plam dla odmiany na policzkach po brwi wysoko uniesione i patrzyła tak na mnie jak na kosmitę.
- Presley. - powtórzyła. - Dzwonił do ciebie. - kiwnąłem głową. - To w zaświatach mają zasięg? A bezprzewodowe wi-fi? Może montują je już w trumnach? W twojej też było? - westchnąłem przewracając oczami. Byłem pewny, że zareaguje w ten sposób. Albo podobnie. - Wiesz, nie zdążyłam się jej przyjrzeć znad wielkiej dupy twojego brata Jermaine'a, który pochylał się nad tobą i wycierał ci gębę chusteczką...
- W porę zareagował. - mruknąłem.
- Co? - westchnąłem.
- Zacząłem się wtedy powoli budzić. - otworzyła szeroko oczy.
- Jak budzić...
- Podali mi toksynę... która spowalnia metabolizm do tego stopnia, że człowiek wygląda jak trup. Nie wykazuje żadnych czynności życiowych. Pozornie... Niewprawny lekarz tego nie rozpozna...
- Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić... - szepnęła przykładając sobie rękę do czoła.
- Po prostu... Ilość oddechów i uderzeń serca drastycznie maleje... Chyba nawet maszyna by tego nie zarejestrowała... W tamtym momencie, o którym mówisz... Podali mi trochę za małą dawkę... Czułem się potem jakby mnie przeleciał kombajn...
- Wtedy w domu też...? - popatrzyłem jej w oczy. Znów pełne były łez.
- Tak. - odpowiedziałem półgłosem.
Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem się rozpłakała. Pewnie znów to wszystko widziała. Przytuliłem ją znów, starałem się ją ukryć całą w moich ramionach... Ulżyć jej jakoś... Ale nie miałem pojęcia jak.
- Nie płacz, proszę cię...
- Myślisz, że tylko teraz tak wyglądam? - wychlipała patrząc na mnie. - Ostatnimi czasy może tak się wydaje, bo wciąż chodzę i pobekuję pod nosem, ale tego co czułam przez całe dwadzieścia lat to nikt nie wie. Jak mogłeś zrobić coś takiego... Jak mogłeś mi o niczym nie powiedzieć. I zostawić mnie tak po prostu... samą.
- Dona... - jęknąłem tylko, nic więcej nie powiedziałem, bo i nie wiedziałem kompletnie co. Co miałem jej powiedzieć, jak pocieszyć? Mogłem tylko tulić ją i gładzić po plecach, do momentu w którym nieco się uspokoiła.
Kazała mi sie odsunąc, żeby mogła w końcu skończyć ten obiad.
Kiedy zrobiła już wszystko co chciała, a nie trawo to długo, kazała mi siadać i poszła po młodego. Wróciła z kwaśną miną.
- Co się stało? - zapytałem od razu.
- Nic. 'Zaraz'. On to zawsze ma czas. - zaczęła mruczeć po nosem, przez co znów sie uśmiechnąłem. Zaczęła nakładać na talerze, a w tym samym momencie do stołu przyszedł w końcu Mat. Popatrzył na mnie. Uśmiechnąłem się do niego, ale chyba nie zrobiło to na nim wrażenia...
- Oo, proszę, darmowy bufet? - zaczął znów złośliwie. - Super... - zaczął mruczeć. Dona wciąż stała w kuchni, ale zezowała na niego do tyłu. - Może powinieneś załatwić sobie kucharkę, co? - zaczał znowu. - Będzie ci codziennie gotowac obiadki i nie tylko. Jak sobie zażyczysz to nawet zeżre za ciebie i wysra. - wytrzeszczyłem na niego oczy. Tego już było za wiele. Co mu się stało, do cholery?!
- Nie pozwalasz sobie za dużo? - zapytałem przyglądając mu się.
- A co?
- A to, że twoje odzywki przestają mi się podobać...
- A wcale nie muszą. Ty mi nie masz nic ciekawego do zaoferowania. - napił się soku, który w szklankach już stał na stole. Dona coraz glosniejsza robiłą się w kuchni...
- Do swojej matki też się tak odzywasz?
- Nie. - spojrzał na mnie kpiąco. - A co, zazdrościsz?
- Zachowujesz się co najmniej niegrzecznie...
- Geny. Po tatusiu. - wytrzeszczyłem na niego oczy. Dona wbiła w niego oczy stojąc przy stole z talerzami w rękach.
- Ach tak...
- Pochodze w prostej linii od małpy...
- BO CIĘ ZARAZ STRZELE, GILU JEDEN! - oboje podskoczyliśmy jak oparzeni na dźwięk wrzasku. Dona stała nad nim jak sęp, a młody spuścił głowę, ale uśmiechał się pod nosem. - Jeszcze się śmiej pod nosem! - krzyknęła znowu i postawiła mu talerz przed nosem z głośnym stukiem. - Od ziemi jeszcze nie odrosłeś! Jak cię strzele w łeb to ci te kłaki same się wyprostują, i tu i tam! - wrociła po coś do kuchni i zaraz była z powrotem, mrucząc coś, a potem znowu się rozkręciła. - W dupie ci się poprzewracało czy co?! Znieśc już tego nie można, tylko ten twój pysk wygięty w pałąk! Dobrze, że Darka w domu nie ma, bo bym tu chyba kota z wami dostała! Wiecznie, kurwa, coś! Może ci pampersa zmienić, co?! Powiedz! - usiadła przed nim trzymając widelec jak dzidę. - Tak się zachowujesz, jakby czarna dziura kompletnie ci mózg wysiorbała! I ty chcesz, żeby wszyscy na około traktowali cię jak dorosłego?! W dowodzie masz dziewiętnaście, ale we łbie nie dobiłeś nawet dziesięciu! - rozkręciła się na maxa. Młody już się nie uśmiechał, tylko siedział skruszony nad talerzem, nic nie powiedział. Widać było, że szanuje matkę i chociaż pewnie żuje własny język to jej nie odpowie. Przynajmniej teraz.
Patrzyłem na nich oboje, z jednego na drugiego. Dona na chwilę umilkła, ale mine miała taką, że wiedziałem, że zaraz znowu wybuchnie kolejną litanią. Kiedy już otwierała usta wtrąciłem się.
- Juz wystarczy... - tylko tyle zdążyłem powiedzieć, kiedy wbiła we mnie palący wzrok. Płynna sta po prostu...
- Zamknij się, bo ty zaraz też zbierzesz zaległe! - wyjechała na mnie. No cóż, pozostało tylko siedzieć cicho i się nie odzywać...





Byłam wściekła. Chociaż nic aż tak wielkiego się nie stało, nie wiedziałam co wywołało we mnie aż taki wybuch. Pyskował mu, można by nawet powiedzieć, że zrobił się lekko bezczelny... ale żebym aż tak? Rzadko zdarzało mi się na niego wrzeszczeć. Podejrzewałam, że to wszystko przez tą całą sprawę. A raczej na pewno przez nią. Przez NIEGO. Wytrącil mnie z równowagi i nie wiedziałam ile czasu mi zajmie powrót do normalności. O ile w ogóle jest możliwy. Bo jak normalnie żyć po czymś takim? Po dwudziestu latach okazuje się, że on żyje i ma się całkiem dobrze. A ja?
Czasami naprawdę byłam wściekła i wyrzygiwałam w myślach na niego wszystko. Chciałam go nienawidzić i momentami miałam wrażenie, że mi się to udaje. Chciałam, żeby tak było, bo wtedy będzie mi łatwiej. Kiedy się kogoś tak kocha, niektóre rzeczy stają się po prostu niewykonalne, a ja nie chciałam już cierpieć... Dwadzieścia lat ciągłego rozpamiętywania czego nie zrobiłam, co mogłam zrobić, dlaczego to, dlaczego tamto, obwinianie się, a tu co? Wychodzi na to, że on wcale nie miał tak źle. Do tego te panienki. To chyba bolało mnie najbardziej. W sumie to się zmieniało wiele razy w ciągu dnia. Raz to dokuczalo mi bardzo raz co innego. Ale w tym momencie akurat TO uwierało mnie najbardziej. Kiedy ja siedziałam i płakałam za nim, on radośnie pukał sobie kolejną dziwkę w kolejce. A potem z tego co zdążyłam się dowiedzieć po kawałku, na koniec się związał z jakąs panną. MEGAN. Co za debilne imię. Ale oprócz tego, ona chyba musiała wiedzieć kim on jest. Obca pinda mogła z nim być, kiedy tylko chciała, nawet nie chciałam sobie tego wyobrażać Jak ja mogłam znosić jego towarzystwo po tym wszystkim? Jak widać, jakoś mogłam.
To jednak nie znaczyło, że będzie dobrze. Nie miałam pojęcia czy mu to wybaczę. Nie chodziło tylko o ten cyrk ze śmiercią. Samo to może jakoś bym przełknęła... Największą zadrą były właśnie te kobiety. Ja nie miałam o niczym pojęcia, pozwalał mi w tym żyć i cierpieć bez przerwy, a sam całkiem dobrze się bawił. Potraktował mnie i nasz związek jak coś nic nie znaczącego. Jakby to było nic, po prostu, jak jakiś śmieć, który już do niczego się nie nadaje i można go wyrzucić i zastąpić czymś innym. Mnie tak potraktował, dokładnie w taki sposób. I nieważne były te wszystkie jego słowa, wyjaśnienia. Co by nie powiedział to nie zmieni tego jak się czułam. Gorsza od tych wydymanych w każdą stronę panienek z burdeli. Cholera wie z resztą kogo on tam sobie brał. W jednej chwili, kiedy spojrzałam na niego przy tym stole, zapragnęłam żeby znów zniknął z mojego życia, ale tym razem na dobre. Żeby nigdy nie wracał. Chciałam zapomnieć o nim, o tym co było kiedyś, jakby to nigdy się nie wydarzyło. Tylko był jeden problem. Obok niego siedział ktoś, kto był niezaprzeczalnym dowodem tego co kiedyś miało miejsce.
Mój największy skarb. Synek. Kochałam go nad życie nawet z tą jego niewyparzoną gębą. Kiedy popatrzyłam na niego, trochę się uspokoiłam. Był chyba jedyną rzeczą, za którą mogłam dziękować swojemu 'mężowi'.
Odechciało mi się jeść. Dłubałam w tym talerzu z zaciśniętymi ustami. Miałam ochotę wstać i wywalić tego gnoja za drzwi tak jak stoi. Chciałam go znienawidzić na śmierć i wmawiałam sobie, że tak właśnie jest, że go nienawidzę i gardzę jak kulawym psem, przysięgałam sobie, że będę to sobie mówić tak długo aż tak się stanie. Spoglądał na mnie co jakiś czas, a ja czułam na sobie każde jego spojrzenie. Parzyło mnie jak ogień. I to było właśnie to. Jednego dnia czułam się w miarę dobrze, nawet ze świadomością tego wszystkiego, jego obecność nie specjalnie mi przeszkadzała, chociaż miałam ochotę oskubać mu łeb ze wszystkich kłaków, a drugiego dnia kompletna depresja tak jak teraz, i plucie palącym jadem. Chęć mordu na tym kutafonie po prostu.  Nie wiedziałam ile jeszcze tak wytrzymam, z takimi wahaniami nastroju. To było wykańczające. A najgorsze z tego wszystkiego w takich chwilach jak ta, kiedy wyklinałam go jak gówno po prostu, była ta świadomość, było to, że doskonale zdawałam sobie sprawę, że te lepsze okresy są właśnie jego zasługą. Mimo tego całego chaosu byłam tak szczęśliwa gdzieś tam głęboko wewnątrz mnie... To była naprawdę mieszanka wybuchowa. Kiedy wybuchała eksplodowała właśnie czymś takim jak teraz. Chęcią wywalenia go ze swojego życia, zgnojenia na śmierć, a najlepiej zepchnięcia w szyb windy. A potem przychodził znów okres trochę lepszego samopoczucia.
Pozostawała jeszcze jedna sprawa. Niedługo wraca Darek z delegacji czy jak to zwać. Co ja zrobie z nimi dwoma tutaj? Darka przecież nie wywalę, a ten? Będzie mi się tu pchać na chama. Byłam tego pewna. Niczym nie będzie się przejmował. Jeden problem za drugim, miałam już tego dość.
- Idę do siebie. - usłyszałam w pewnym momencie. Młody wstał od stołu zostawiając wszystko i poszedł do siebie. Westchnęłam cicho. A jego zajebana wielmożność pan Michael zaczął mi zbierać te talerze.
- Zostaw to. - warknęłam odtracając jego ręce od tego wszystkiego i zabierajac to wszystko sama. Wsadziłam to do zmywarki robiąc przy tym niemiłosierny hałas i zamknęłam ją. No, to co teraz?
Nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić, a w pewnej chwili usłyszałam, że odsuwa krzesło i wstaje. Pomyślałam, że może pójdzie sobie w cholerę, ale po chwili poczułam jak mnie obejmuje. Sparaliżowało mnie. W tej chwili na pewno nie chciałam jego bliskości w żaden sposób.
- Zostaw mnie. - powiedziałam silac się, by nie zacząć znowu wrzeszczeć a miałam na to wielką ochotę.
- Dona...
- Nie chcę mieć z tobą do czynienia, spadaj! - odepchnęłam go i zabrałam się za czyszczenie blatów. Nie wyrobiłam już. Chyba mnie to w końcu przerosło. Po raz kolejny w ostatnim czasie. Podparłam się na wyprostowanych rękach i rozwyłam się po prostu. Chyba go to przeraziło.
Straciłam jakby czucie w całym ciele i pewnie upadłabym na tyłek tak jak stałam, ale złapał mnie i mocno do siebie przycisnął. Co miałam zrobić? Nie miałam już na nic siły. Pomyślałam, że gdyby ktoś mnie teraz zabił, byłam bym niezmiernie wdzięczna.
- Nie wiem co zrobić... - szepnął. Nie wiedziałam czy do mnie czy bardziej powiedział to do siebie.
- Nic tu chyba nie pomoże, wiesz? - wychlipiałam z nosem w jego piersi. Westchnął głęboko kilka razy jakby sam chciał się uspokoić. Słyszałam jak bije mu serce. Dość nie równo. Spojrzałam na niego. Złapał mnie za dłonie.
- Chodź ze mną na dwór, przejdziemy się, może poczujesz się lepiej... - zaczął mruczeć patrząc na moje drżące palce, które ściskał w swoich dłoniach. Chyba chciał zrobić COŚ, COKOLWIEK tak naprawdę co by coś dało dobrego. Kolejną cechą tego mojego dziwnego stanu było to, że emocje które mnie opanowywały bez reszty szybko w krótkim czasie odchodziły i zaczynałam powoli spokojniej oddychać. Złość też już odeszła. Oparłam czoło o jego tors.
- Chodźmy na ten spacer. - mruknęłam nosowym głosem i pociągnęłam lekko. Pogładził mnie po włosach, poczułam jak całuje mnie w czubek głowy.
- Może wolałabyś się położyć...
- Nie, kurwa, chcę iść na ten spacer, przestań wydziwiać. - warknęłam znów patrząc na niego zapuchniętymi lekko oczami.
- No dobrze. - przytaknął w końcu. I dobrze.
- Pójdę się przebrać... - wymruczałam i przecierając nieco twarz dłońmi poszłam do siebie do sypialni. Usiadłam na łóżku i podparłam głowę na rękach z westchnieniem. Czułam się kompletnie wykończona.

Nie było wesoło i ja to czułem. To wszystko po prostu wisiało w powietrzu. Bolało mnie serce, bo widziałem jak cierpi. To z niej wychodziło po prostu. Młody schował się w pokoju, może nawet dobrze. A potem ona poszła do siebie, żeby się przebrać.
Westchnąłem i usiadłem na kanapie przeczesując włosy obiema rękami. Czułem lekką frustrację. Nie miałem pojęcia co zrobić żeby jakoś jej ulżyć, wpadałem w panikę w takich momentach jak ten ostatni.
Wtedy zadzwonił mój telefon. Kiedy spojrzałem, zobaczyłem że to Janet. Nawet się ucieszyłem.
- Hej, siostrzyczko. - mruknąłem. Chyba od razu coś wyłapała. Zresztą, miała do tego talent.
- Co słychać? Dzwonię, bo... Dona ode mnie nie odbiera. Młody też. Chciała bym wiedzieć, co tam się dzieje.
- Dziwisz się, że nie odbiera? - westchnąłem. - Ja jestem ciężko zdziwiony, że w ogóle ze mną rozmawia. Ale i tak nie jest wesoło...
- No raczej. Myślałes, że ona tak to łyknie?
- Nie, pewnie, że nie... Ale w gruncie rzeczy jest nawet lepiej niż się spodziewałem tylko...
- Tylko co?
- Ma jakieś takie wahania nastrojów. I to poważne, po prostu ze skrajności w skrajność. Przed chwilą właśnie musiałem przeżyć takie jedno jej wahadło. Jednego dnia jest spokojnie, nawet momentami się uśmiecha, a za chwilę...
- Co?
- Tak jak było teraz. Po prostu dostała regularnego szału. A zaczęło się od pyskówki młodego.
- Odpyskował jej? - wyczułem w jej głosie lekkie rozbawienie.
- Nie jej, mnie. Zaczął mi głupio odpowiadać. Zwróciłem mu uwagę, żeby przywołać go trochę do porządku, a wtedy ona zaczęła się drzeć. Na końcu dostałem po łbie ja. - parsknęła śmiechem, choć czułem, że jej też nie jest do śmiechu. - W ogóle ostatnio... tak jakoś zrobił się strasznie kąśliwy w stosunku do mnie. Wyobraź sobie, idę z kwiatami do jego matki, a on mi się pyta czy to dla babci klozetowej, bo kibel w garażu zasrany. - wybuchnęła śmiechem. Ja też może bym się zaśmiał gdybym tak usilnie nie zastanawiał się co mu wpadło do dupy.
- To aż dziwne, bo zawsze... - zaczęła.
- No właśnie. Próbowałem z nim rozmawiać, ale nie wiele to dało. Od czasu tego wyjazdu zrobił się taki... Myślałem, że może ze stresu, ale...
- Może mu powiedziała po prostu?
- Raczej nie. - odpowiedziałem pewny. - Już nie wiem czym najpierw się martwić. A wyobraź sobie, że wymyślili sobie, że mam nagrać teraz jeszcze jeden teledysk. Jakbym nie miał dość na głowie...
- Jaki teledysk? Nic nie słyszałam. - westchnąłem lekko.
- Faceci twierdzą, że pomimo ciężkich starań coraz więcej ludzi o wszystkim wie. Za wielu mnie widziałem w dziwnych sytuacjach. Twierdzą, że chyba już najwyższy czas przygotowywać ludzi na wielkie bum.
- Chyba wiem co masz na myśli. - mruknęła.
- No właśnie. Mam to wyprodukować pod własnym imieniem i nazwiskiem. Klip będzie dostępny w całej Ameryce i Europie.  Ale ja nie mam do tego głowy teraz. - znów westchnąłem.
- Wiesz jaki może być z tego huk?
- Wiem. - nagle parsknąłem śmiechem. - Ale niedawno widziałem ciekawy filmik na YouTube. Pewien facet jest chyba na mnie chory, szuka dowodów i tak dalej. I powiem ci, że je znalazł i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Mówi o tym w tym dziesięciominutowym filmiku, ale nawet nie wie, że ma rację. Oglądałem więcej jego dzieł i każde jest w formie przypuszczającej z pytaniem do ludzi 'a co wy o tym sądzicie? Prawda czy fałsz?' Rozumiesz....
- No.
- Tak więc... Nie da się już chyba tego uniknąć. Pozwoliłem sobie na zbyt wielką nieostrożność. Tekst piosenki jest aż nad to wymowny, więc wiec kiedy całość ujrzy światło dzienne, niektórzy pewnie złapią się za głowę.
- Narazie zajmij się tym co najważniejsze, Doną i dzieciakiem. - powiedziała Janet. - Reszta jakoś się zrobi.
- No. Ciekawe tylko jak się zrobi...
- Jakoś się zrobi. Mówię ci. Zbliżaj się do niej powoli. W końcu się z toba oswoi. Potrzeba na to czasu.
- Dzięki. - podziękowałem jej z uśmiechem.
- Kto dzwoni? - usłyszałem i aż podskoczyłem. Gdy spojrzałem obok zobaczyłem Donę ubraną w ładny sweterek i dżinsy. Nic specjalnego, ale i tak wygladała pięknie. Patrzyła na mnie z uniesioną brwią. Jakby obserwowała czy nie grzeszę.
- Janet. - odpowiedziałem wciąż nie odwracając od niej swojego wzroku. Jej mina wyrażała jasno co aktualnie myśli o swojej szwagierce. - Chcesz z nią może porozmawiać? - zapytałem wyciągając do niej rękę z telefonem. Popatrzyła na niego przez chwilę.
- Może kiedy indziej. Już myślałam, że to jedna z twoich pind. - przymknąłem oczy z cierpiętniczym westchnieniem.
- Dona... - a Janet tego wszystkiego słuchała. Moja kochana przeszła przez salon i udała się do korytarzyka przy drzwiach wyjściowych.
- No więc... - powiedziałem znów do telefonu.
- Słyszałam. - mruknęła nieco markotnie. - Zdzwonimy się później Narazie.
- Pa. - pożegnałem się i wstałem by iść za Doną.
- Idziemy? - zapytała patrząc na mnie, na co tylko skinąłem głową.
Poszliśmy. Porę chyba wybraliśmy nie najodpowiedniejszą. Było zimno, wręcz mroźno i mokro. Padał mokry śnieg, który natychmiast kleił się do naszych płaszczów i twarzy i zaczynał topnieć po czym spływał kropelkami po policzkach. Po dłuższym jednak czasie zaczął zbijać się w większe grudki na materiale i tak pozostawał aż przymarzł dość by świecić w świetle latarni. Miało to swój urok, ale... gdyby nie to mroźne zimno, było by o wiele lepiej. Chyba. A może należałoby powiedzieć, że gdyby nie to wszystko co się dzieje, mógłbym ją teraz tak po prostu objąć i przytulić do siebie. I szli byśmy tak, byłoby to całkiem romantyczne. A tak wolałem trzymać ręce z daleka w obawie, żeby czegoś nie zrobić źle. A ona trzęsła się i wbijała ręce głęboko w kieszenie. Do tego wszystkiego było już ciemno.
Nasz spacer nie trwał więc zbyt długo. Kiedy weszliśmy z powrotem do wieżowca, aż westchnęła z ulgą. Pogadać też za wiele nie pogadaliśmy. W windzie zaczęła rozcierać sobie dłonie, za ciepło to ne było i tak, chociaż już nie wiało i temperatura też na pewno była wyższa. Patrzyłem na nią przez chwilę, a potem w końcu wziąłem się w garść i podchodząc do niej, wziąłem ją za ręce i najpierw lekko je ucałowałem. Były zimne jak lody i lekko zaczerwienione...
- Masz czarne oczy. - odezwała się w pewnym momencie zupełnie niespodziewanie. - Albo to oświetlenie tutaj daje taki dziwny efekt. - mruknęła znów wciąż patrząc mi prosto w oczy. Miałem wrażenie, że to pretekst by móc na mnie patrzeć.
- To jakaś różnica? - zapytałem wcale nie odwracając się od niej.
- Dla mnie ogromna. - powiedziała. I wciąż wbijała  swoje oczy w moje. Jak magnesy po prostu. - Przywykłam do brązowych. - spuściła w końcu wzrok na swoje dłonie, które wciąż trzymałem w swoich. - Jak to możliwe, że masz takie ciepło ręce po takim mrozie?
- Dobre krążenie. Chyba. - czułem, że w jakiś sposób atmosfera zaczyna się zagęszczać, ale nie umiałem określić czy to dobrze czy wręcz przeciwnie. Czułem tylko lekki skurcz w okolicy żołądka. I akurat w tym momencie winda się zatrzymała, a drzwi rozsuneły. Wyszliśmy na korytarz. Mimo tego wciąż czułem, że coś zaczyna się wykluwać... Pytanie wciąż brzmiało CO.
Kiedy weszła do środka zostawiła za sobą otwarte drzwi, więc potraktowałem to jako zaproszenie. Znikła mi gdzieś, a gdy rozebrałem się z płaszcza znalazłem ją w kuchni.
- Młody zostawił kartkę, że będzie nocował u kumpla. Już mnie w ogóle o nic nie pyta o zdanie! - mruknęła pod nosem niezadowolona.
- Jest dorosły.
- Nie o to chodzi!
- A o co? - zapytałem podchodząc bliżej do niej.
- O to, że nie chcę, żeby wałęsał się sam. Przynajmniej na razie. A on robi co chce. W dupie ma, że się martwię.
- Nieprawda. - powiedziałem cicho chcąc ją trochę uspokoić. Podszedłem jeszcze bliżej i powoli wyciągnąłem do niej rękę i pogładziłem ją po policzku. - Jest młody. Ty też nie słuchałaś swoich rodziców. - powiedziałem po czym się uśmiechnąłem.
- Wiem co masz na myśli, ale to było zupełnie co innego. Mój ojciec nie mógł zdzierżyć, że masz dwadzieścia lat ode mnie więcej. A tutaj ktoś chce mi z syna zrobić kalekę. To chyba różnica. - zaczynałą się znów rozkręcać.
- Nic mu się nie stanie. Nie ma prawa się stać.
- Tak? A do tej pory co było?
- Będzie dobrze. Obiecuję ci to. - patrzyła na mnie przez chwilę. Widziałem, że naprawdę się o niego bała. - Będzie dobrze. - powtórzyłem szeptem gładząc jej policzek. Spuściła wzrok. - Jesteś zmarznięta... Idź do kąpieli, rozgrzejesz się... Ja pójde już do siebie... - w sumie to nie wiedziałem czy ona w ogóle mnie tak chce w tym momencie.
- Przyjdź tu później... Za niedługo. Chcę ci coś pokazać. - powiedziała po czym wyminęła mnie i zniknęła w łazience. Co takiego chciała mi pokazać? Rozbudziło to moją ciekawość. Może aż za bardzo, ale... To zawsze była okazja, aby tu z nią być. Prawda?
Wróciłem więc do siebie i odświeżyłem się nieco. Oczywiście w głowie bez przerwy huczało mi pytanie co takiego chce mi pokazać. Więc kiedy już tam byłem, a ona kazała mi usiąść w salonie i poczekać wbijałem oczy w miejsce z którego miała wyjść jak sęp. Przyniosła w końcu coś ze sobą. Kiedy mi to podała zobaczyłem, że to album.
- Zobacz. - powiedziała cicho siadając obok mnie. Więc to otworzyłem.
Były tam zdjęcia oczywiście, ale dla mnie nie byle jakie. Bo właśnie naszego syna w różnym wieku. Robiła mu zdjęcia naprawdę często, bo było ich bardzo dużo, na każdym coś robił. Przeważnie się śmiał. Na jednym mógł mieć z pięć lat i z jakiegoś powodu buczał cały czerwony na twarzy.
- Dlaczego tutaj płacze? - popatrzyłem na nią z mocno bijącym sercem. Odpowiedziała wpatrując się  to samo zdjęcie.
- Bo nie spełniło sie jego życzenie urodzinowe.
- Ale tu są przecież święta Bożego Narodzenia...
- Tak, ale on sobie życzył coś konkretnego na te święta.
- Jakiś prezent? - uśmiechnąłem sie lekko.
- Tak można powiedzieć.
- I go nie dostał? - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Tak jakby. Zawsze miał wszystkiego pełno, ale jak widzisz czegoś mu tam brakowało. - wymruczała. Przyjrzałem się temu zdjęciu i kilku innym też. Zawsze miał na sobie śliczne ubranka, pełno zabawek i tak dalej. Naprawdę niczego mu nie brakowało.
- To co takiego on chciał? - mruknąłem lekko zamyślony wgapiając się na powrót w to zdjęcie, o którym była  mowa.
- Żeby jego ojciec do niego wrócił.
Ścięło mnie z nóg. No rzeczywiście. Jak mogłem sam się tego nie domyślić... Na żadnym zdjęciu nie było mnie obok niego. Zawsze był albo z matką najczęściej, albo z dziadkami, rodzicami Dony. Czasami pojawiała się Iwa. I jakieś nieznane mi osoby. To był okres, kiedy mieszkali w Australii, więc to pewnie ktoś stamtąd. A potem był coraz starszy. Na żadnym innym zdjęciu już nie płakał.
Poczułem się źle. Po prostu źle. Nie wiedziałem pod jakim względem czuję się gorzej, jeśli chodzi o psychikę czy ból, który nagle pojawił się w klatce piersiowej. Wciągnąłem głęboko powietrze do płuc i powoli je wypuściłem przez usta. Nie chciałem dać po sobie niczego poznać. To nie był pierwszy raz. Zresztą... Najmłodszy już nie byłem.
Ta świadomośc chyba po prostu uderzyła we mnie jak młot, który waży tonę. Że to dziecko, na którę patrzyłem na tym zdjęciu płakało, bo chciało, żeby jego ojciec był z nim. Naiwnie wierzyło, że jego życzenie się spełni, a tu...
- Musiałam go potem całą noc kołysać. Nie chciał spać. Nie mówił nic przez dwa dni. - przetarłem twarz dłonią. Nie wiedziałem jak się ogarnąć, nagle w ciągu sekundy całkowicie się rozkleiłem. Wtedy jeszcze o niczym nie wiedziałem. Ale gdybym wiedział wtedy to co wiem teraz... Ale przecież teraz już nie ma to żadnego znaczenia.
Domyślałem się, dlaczego mi to pokazała...
- Nie myśl, że pokazuję ci to, żeby pokazać ci ile straciłes, bo myślę, że i bez tego jesteś tego świadomy. Chcę tylko, żebyś coś miał. Możesz to wziąć. Mam tyle tych zdjęć, że dla ciebie też starczy. - spojrzałem na nią. Wydawała się też być nieco rozbita. Wyiągnąłem rękę i zagarnąłem ją do siebie ramieniem. Wtuliłem twarz w jej szyję i tak zostałem. W drugiej ręce ściskając ten album. Kilka łez wymknęło mi się z oczu, ale nie zatrzymywałem ich. Pozwoliłem im płynąć. Nie odepchnęła mnie, czego chyba prędzej bym się spodziewał. Objęła mnie z lekkim westchnieniem w pasie, przylegając do mnie. Sama jej bliskość choć przez tą krótką chwilę wystarczyła, by mnie ukoić. Poczułem się jakbyśmy cofali się w czasie do tamtych chwil, kiedy jeszcze wszystko było w miarę dobrze. Kiedy mogliśmy być razem. A teraz nawet nie wiedziałem czy po tym wszystkim będzie chciała jeszcze mnie znać. Miałem nadzieję, że tak.
Kiedy po kilku minutach odsunąłem się od niej i znów wpatrzyłem w to zdjęcie, poczułem jak wplata delikatnie palce w moje włosy. Przymknąłem oczy.
- W końcu spełniłeś to życzenie. - usłyszałem. Spojrzałem na nią i dech mi zaparło. - Moje też. - dodała cicho gładząc mnie po policzku.
Jeśli wcześniej przeczuwałem, że coś zaczyna się między nami wykluwać, to teraz właśnie się urodziło. Nie widziałem nic poza jej oczami. Które powoli zaczęły się do mnie przybliżać. A potem moje usta złączyły się z jej. Po raz pierwszy odkąd się tu przy niej zjawiłem to był prawdziwy pocałunek. Nawet wcześniej, kiedy poszła ze mną do łóżka, nie czułem tego aż tak. Teraz sam ten jeden pocałunek sprawił, że całkowicie utonąłem w oddechu i dotyku, kiedy jej drobna dłoń rozpięła pierwszy guzik koszuli. Oboje już chyba wiedzieliśmy czego teraz chcemy. Kiedy usiadła na mnie okrakiem i przywarła do mnie całym ciałem niczego więcej już nie chciałem. Dziękowałem Bogu za to co mi dał.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Resurrection. - 22.

Hej :D Zastanawiałam się czy dać dzisiaj czy poczekać do jutra, ale kusi mnie ten rozdział i stwierdziłam, że dam dzisiaj. Poza tym, ja nie wiem jak to się stało, ale to nie tak miało być jak tu jest. xD Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale zrobiłam. Przez to chyba wypadnie mi parę wątków, które planowałam umieścić, ale zaczynam myśleć, że to chyba nawet dobrze. Chciałam jeszcze trochę przeciągnąć tą ich patologiczną gierkę czy jak to zwać, a to samo wypłynęło mi z głowy i chyba już po ptokach. xD Ale to nic, podoba mi się to i to się liczy i mam nadzieję, że czytającym też się to spodoba. :)
Zapraszam. :D
***


Nasz niespodziewany gość nie zasiedział się zbyt długo. Poszedł jakieś dwie godziny później. Była godzina dwudziesta trzecia. Jutro mieliśmy zamiar wracać już. Może to co zrobiliśmy było nieco dziwnym rozwiązaniem, ale ważne było, by chłopak przynajmniej na chwilę zniknął. Nie można było tego tak zostawić. Ktoś z pewnością nadal obserwuje szkołę, ale to jak to rozegraliśmy było chyba najlepszym rozwiązaniem na tą chwilę. Nie mógł zniknąc na długo, bo od razu by się wszystkiego domyślili. Nie mógł też pójść drugiego dnia do szkoły jakby nigdy nic, bo wciąż na pewno ktoś tam czatował. Teraz przynajmniej będą wiedzieć, że ktoś go pilnuje i nie pozwoli tak łatwo znów się do niego zbliżyć.
Pod tym względem robiłem się już powoli paranoikiem. Wiedziałem, że zaczną coś podejrzewać, szperać. Na pewno zauważą moją częstą obecnośc przy chłopaku i na pewno tego nie zbagatelizują. Ktoś też mógłby nie zrozumieć dlaczego tak się na niego uwzięli. Ja to co innego, każdy to wie, bo to od razu rzuca się samo w oczy. Miałem na koncie miliardy, pół świata fanów. Ale właśnie to drugie chyba zadecydowało o tym, że zwrócili na mnie swoją uwagę. Mogłem mieć silny wpływ na masy ludzi. Głównie młodzieży jak się wydaje. Poprzez swoją muzykę mógłbym mieszać im w głowie. Według ich doktryny, oczywiście, bo nie wierzyłem, żeby muzyka miała takie właściwości. Ale tak jak mówię... Chcieli mnie sobie urobić, nie dałem się, ale bardzo wielu innych artystów się ugieło. I wtedy i widać to także teraz, w dniu dzisiejszym, jak praktycznie z dnia na dzień całkowicie zmieniają swoją twórczość. I właśnie tacy ludzie jak oni i ja głownie stają się ICH ofiarami. Osiągnęli w życiu coś wielkiego, mogą mieć wpływ. A Mat? On poza tymi pieniędzmi, które oddałem jego matce nie ma nic. Biorąc rzecz na zimno i sucho, oczywiście. Ma zaledwie dziewiętnaście lat. Owszem, i w tym wieku zdarzają się gwiazdy, ale on niczym się nie wyróżniał. Jeśli chodzi o karierę. Był zwykłym szarym człowieczkiem i chyba nie zanosiło się na to, że kiedyś będzie chciał się w to babrąc, jak sam kiedyś stwierdził. Ale było coś o miał i co ich bardzo przyciągało. Mianowicie... pochodzenie.
Jest moim synem. Chociaż nie nosi mojego nazwiska to bardzo mnie przypomina. Oprócz wyglądu zewnętrznego odziedziczył też mój talent. Zrozumiałem o co im chodzi jak tylko to się zaczęło, jak tylko po raz pierwszy go zaczepili. Im nie chodziło stricte o niego samego. Mogli mieć innych na pęczki w to miejsce. Ale najwidoczniej nie mogli wciąż przeboleć tego faktu, że ja im umknąłem. Bardzo chcieli mnie przekabacić, to było widać. Nie udało się, bo 'śmierć' im w tym przeszkodziła. Teraz mając młodego upiekli by dwie pieczenie na jednym ogniu. Mieli by kogoś mocno związanego ze mną, a poza tym on naprawdę posiada wielki talent, nie zależnie od rodowodu. Byc może to zasługa genów, ale nie o to chodzi. Z jego fizjologicznym podobieństwem do mnie za pewne sądzą, że będą mogli go wylansować na mnie w swój własny sposób od samego początku. Sami od zera narzuciliby mu droge jaka ma podążać w tym biznesie, nie musiałby niczego zmieniać, zacząłby od razu. A śmiałem twierdzić, że fanów też by mu nie brakowało, właśnie z tego względu kim jest i od kogo pochodzi. Tu nie chodziło o jego osobę. Tu wciąż chodziło o mnie. I dlatego tak bardzo się bałem. Nie tego, że może go zabiją, kiedy wciąż będzie się opierał. Bo wiedzialem, że się na to nie odażą, nic by na tym nie zyskali. Bałem się, że ugodzą w najczulszy punkt. Mianowicie w Donę. Była moim najsłabszym punktem, który wykorzystali nawet nieświadomie i wiedziałem, że dla Mata jest takim samym słabym punktem jak dla mnie. Był z nią bardzo związany. Bardziej juz chyba nie mógł.
Kochał matkę, a ona jego. To było widać. Dlatego też starałem się jak mogłem by obu ich ochronić bo wiedziałem, że jeśli Dona będzie bezpieczna to młody będzie spokojny, a kiedy młodemu nic się nie stanie to i ja i Dona będziemy mogli w miarę normalnie żyć. Przynajmniej ona. Bo co ze mną się stanie... To jest wielki znak zapytania. Przeczuwałem, że nie zakończy się to szczęśliwie dla mnie. Ale jakoś się tym nie przejmowałem.
Noc spędziłem na kanapie która stała w rogu, nie była zbyt duża ani wygodna, ale jednak coś. Mogłem przenieść się do drugiej sypialni, ale wolałem zostać tam gdzie byłem. I tak nie spałem. Byłem zmęczony, ale czuwałem. Nie zmrużyłem oka.  Faceci za ścianą pewnie też nie spali przynajmniej ktoś, ale... to chyba było silniejsze ode mnie. Usadowiłem się tak, by cały czas widzieć przed soba drzwi do pokoju, w którym leżał Mat. Ani razu z niego nie wyszedł nawet do toalety. W którymś momencie wstałem ignorując ból w plecach i wszedłem cicho do sypialni.
Spał tak jak myślałem. Zwinięty w kłębek, chyba było mu zimno... Twarz miał spokojną, oddychał spokojnie. Pewnie padł tak jak stal i od razu zasnął. Uśmiechnąłem się lekko, po czym podszedłem do krzesła w rogu, na którym leżał gruby koc i nakryłem go nim. Starałem się zrobić to delikatnie by go nie obudzić, ale chyba mi się nie udało. Poruszył się lekko, wzdrygnął i obrzucił całe pomieszczenie wzrokiem razem ze mną...
- Jezu... Chryste... tata... - wymamrotał kręcąc się i będąc chyba półprzytomnym  tej chwili. Na słowo 'tata' coś ścisnęło mnie za serce. Ale powiedziałem tylko...
- Spokojnie, to ja.
- Co jest... - mruknął znów mrugając szybko oczami. Przysiadłem na chwilę na skraju łózka.
- Nic, przykryłem cię tylko kocem. Śpij dalej, jest pierwsza w nocy. O dziewiątej wracamy do Polski. - spojrzał znów na mnie i przyglądał mi się przez chwilę jakimś takim dziwnym wzrokiem. Nigdy u niego takiego nie widziałem, przynajmniej jak mam okazję na niego patrzeć. W końcu zamrugał kilka razy i mruknął coś kładąc się z powrotem.
Wstałem i patrzyłem na niego przez moment, po czym wyszedłem i do samego rana siedziałem na tej jakże zajebiście fajnej kanapie. Chciałbym mieć wciąż takie problemy jak ten mebel.

Starałam się czymś zająć, robić coś, cokolwiek, byleby ten dzień jakoś szybciej mi zleciał. A do wieczora zostało jeszcze tyle czasu... Westchnęłam. Co ja miałam zrobić... Czekałam przede wszystkim na syna. Mogłam się po sobie spodziewać tego, że jak tylko wejdzie do domu, od razu wezmę go w ramiona i najchętniej zaduszę. No co, to moje jedyne dziecko.
Uśmiech na moment zagościł na mojej twarzy, gdy przypomniałam sobie jak nie jeden raz, kiedy był mały, sam gramolił mi się na kolana i siedział tak wieczorami aż zasnął. Potem nie chciał się ruszać. Mógłby przesiedzieć tak ze mną całą noc. Teraz to już dorosły mężczyzna.
Wybrałam się w końcu na zakupy. Postanowiłam, że coś upiekę. Ale nie byle co, coś naprawdę pracochłonnego i wymagającego sporego czasu. W ten sposób będę miała z głowy co najmniej kilka godzin. Zdecydowałam się na jakiś wymyślny placek, zrobiłam listę zakupów i poszlam. Przed sobą widziałam tylko cel, supermarket. Kiedy się w nim znalazłam nie oglądając się na nic wzięłam duży wózek i pojechałam z nim między regały z towarem. Mimo tego, że większa częśc mojej uwagi była pochłonięta przez wyszukiwanie potrzebnych produktów, to i tak gdzieś tam wciąż myślałam o dziecku i o NIM. Nie wiedziałam jak się zachowam, gdy go zobaczę. Powinnam dać mu w pysk? Nie wiem, zacząć wrzeszczeć? To było tak zagmatwane, że nie wiedziałam co robić. Cieszyłam się, że w końcu dzisiaj wracają, bo to oznaczało koniec oczekiwania, a im szybciej się z nim policzę tym lepiej.
W pewnym momencie zadzwonił mój telefon. Nawet nie spoglądając kto to, odebralam chcąc usłyszeć co z synem, czy wciąż wszystko w porządku.
- Halo??? - czekałam aż się odezwie...
- Hej, skarbie... Wszystko w porządku? - usłyszałam, ale nie to czego się spodziewałam. Dzwonił Darek, poznałam go po głosie. Zacisnęłam zęby, by przypadkiem nie syknąć, byłam zła. Nie chciałam z nim rozmawiać, chciałam rozmawiać z synem, ale z NIM, co ma teraz pięćdziesiąt nazwisk.
- Tak, wszystko ok. Nie musisz się martwic. - powiedziałam starając się by mój głos brzmiał naturalnie.
- Dzwonię, bo miałem wracać za dwa dni, ale całość się przedłuży... - słuchałam go, zastanawiając się czy to rzeczywiście nie lepiej, jeśli wróci później z tej delegacji. - Przepraszam cię...
- Ale nic się nie stało. Taka praca. - odpowiedziałam grzebią w olejkach sporzywczych
- Na pewno wszystko ok? Brzmisz dość... dziwnie, Dona. Coś się stało? - kurwa, czy on zawsze musi gębować wtedy kiedy nie trzeba?!
- Nie, nic się nie stało, jestem akurat na zakupach, szukam czegoś... - wyjaśniłam, co poniekąd też było prawdą.
- Oo. - zaśmiał się. - Jesteś z Iwą?
- Nie, sama, w markecie.
- Ach,, myślałem, że wybrałyście się do jakiejś galerii.
- Nie. - mruknęłam tylko.
- Dobrze... To nie będę ci przeszkadzał. Zadzwonię jeszcze później. - stwierdził w końcu.
- Ok.
- Kocham cię...
- Pa. - musiałam to w końcu zakończyć, bo chyba bym wybuchła. Spojrzałam na godzinę, była dopiero dwunasta. Poczułam narastającą frustrację, znowu.
Przechodziłam między regalami w całym sklepie, grzebiąc raz po raz na półkach szukając czegoś. Musiałam się na tym skupić, powtarzalam sobie, że jeśli będę wciąż o tym wszystkim myślec to naprawdę zwariuję.
W którymś momencie lekko nierozważna wpadłam na kogoś. Dość mocno mną zachwiało, ale ten ktoś złapał mnie za ramię i przytrzymał.
- Przepraszam... - bąknęłam tylko i spojrzałam na faceta. Przyglądał mi się przez chwilę, a potem się uśmiechnął.
- Nic się nie stało. Az tak się pani śpieszy? - zagadnął. Nie wiedziałam nawet co odpowiedzieć. Chciałam to wszystko szybko kupić a potem wrócić do domu i zacząć piec.
- Tak... trochę. - odpowiedziałam w końcu. Był nawet przystojny. Chyba nie wiele starszy ode mnie jeśli w ogóle, całkiem miło się uśmiechał. Ale jakoś nie miałam teraz ochoty na nowe znajomości. W głowie miałam tylko syna, na nic innego nie było już miejsca. Zresztą... podejrzewałam, że nawet gdyby nie to, to też nie było by miejsca.
- Szuka pani czegoś? Może pomogę? - zaproponował samemu ściągając coś z wysokiej półki. Spojrzałam na listę. Z tego wszystkiego zapomniałam czego szukałam.
- Potrzebuję kleiku ryżowego. - mruknęłam rozglądając się, a on znów po coś sięgnął i podał mi pół kilogramową paczkę.
- Proszę bardzo. - powiedział z uśmiechem. No... Chyba byłoby szczytem chamstwa, gdybym się chociaż też do niego nie uśmiechnęła. Wiec uśmiechnęłam się lekko po czym wycofałam się nieco ze swoim wózkiem.
- Muszę już iść... Jechać... Nieważne. - burknęłam w końcu. Zaśmiał się. Był całkiem przyjemny.
- Czegoś jeszcze pani poszukuje w tym sektorze? - popatrzyłam.
- Nie, raczej nie. Mam już wszystko tak naprawdę.
- A to świetnie. W takim razie jeśli niczego więcej pani nie szuka to możemy razem iść do kasy. Też już wszystko mam. - no proszę, co za zbieg okoliczności. Nie mając ochoty się z nikim sprzeczać, poszłam z nim i ustawiliśmy się na samym końcu kolejki. Nie była zbyt długa, ale ludzie w niej stojący mieli czubate wózki, więc wiedziałam, że trochę tak postoję.
- Szykuje się chyba jakaś impreza. - stwierdził nagle.
- Co? - nie zwracałam na niego większej uwagi, więc nie wiedziałam o czym mówi.
- Patrząc na pani zakupy domyślam się, że będzie jakaś impreza. - powtórzył uśmiechając się. Sama popatrzyłam na to co miałam. Uśmiechnęłam się lekko.
- To dla syna. Na powrót z... podróży. - powiedziałam nie wdając się oczywiście w szczegóły.
- O, ma pani syna. - przyjrzał się mi uważniej. - Ile ma lat?
- Prawie dwadzieścia. - co go to obchodzi? Uśmiechnął się znów. Naprawdę był miły, ale... Naprawdę, nie w głowie mi to było.
- Będziemy tu stać co najmniej pół godziny. - westchnął w końcu obserwując jak jakaś babcia wypakowuje swoje wielkie zakupy. A szło jej to bardzo wolno. Nic nie odpowiedziałam. - Daleko pani mieszka? - zapytał znów.
- Nie, kawałek... A czemu pan pyta? - dziwiło mnie to. Znów się uśmiechnął.
- Z ciekawości. Jeśli nie ma pani nic przeciwko to chciałbym panią zaprosić na kawę. - otworzyłam szeroko oczy. Nie no... serio?? Boże, dlaczego mnie tak karzesz! Następny co mnie na kawkę chce zapraszać. Uśmiechnęłam się wymuszenie.
- Bardzo pan miły, ale dziękuję, może innym razem. - odpowiedziałam i zaczęłam w myślach błagać Boga, by skrócił moją męczarnię. W końcu przyszła moja kolei i szybko zaczęłam wyrzucać swoje produkty na taśmę. Facet cały czas mnie obserwował. Kiedy już zapłaciłam pojechałam z wózkiem na zewnątrz pod swoje auto. Chwilę później usłyszałam...
- Trzymam panią za słowo. - odwróciłam się i parę metrów przed soba przy innym aucie zobaczyłam tego faceta.
- Słucham?
- Powiedziała pani 'innym razem'. Trzymam panią za słowo. - powtózył i wsiadł do środka. Prychnęłam pod nosem i zrobiłam to samo. Powiedziałam mu, że mam syna. Jest tak tępy, że nie mógł np sam pomyślec, że mam męża? Mam zresztą, ale to nie o to chodzi. Burak jeden.
Może i był przystojny, ale... Ja już swojego przystojniaka na boku miałam. Drugi nie był mi potrzebny. Miałam nadzieję, że więcej tego faceta nie spotkam. Wydawał się brać to swoje innym razem naprawdę na poważnie.





- No, jesteśmy już... - powiedziałem i nic więcej dodać nie zdążyłem. Młody zachowywał się dość dziwnie. Mógłbym nawet powiedzieć, że niepokojąco. Wystrzelił z tego auta i poleciał sam przed siebie. - Zaczekaj! - kurde... Nie chciałem go teraz odstępować ani na krok. Ale tłumaczyłem sobie to jego zachowanie po prostu zmęczeniem i zdenerwowaniem. Przecież na pewno nie przechodził obok tego wszystkiego obojętnie.
Ani się nie obejrzał. Pobiegłem za nim i złapałem go przy windzie, która zaraz się otworzyła. Weszliśmy do niej oboje.
- Wołałem cię...
- Słyszałem. - mruknął tylko nawet na mnie nie patrząc. Trochę się zaniepokoiłem. Nigdy się tak nie zachowywał. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę, gdy jechaliśmy windą w góre sami, gdyż faceci już się na nią nie załapali. Ale to może nawet dobrze. Troche zbiła mnie z tropu ta nagła zmiana jego zachowania, ale odezwałem się.
- Nie musisz się bać, nic nie ma prawa ci się stać... - zacząłem ale nie pozwolił mi dokończyć.
- Nie boję się. - powiedział i wpatrzył się w drzwi windy, która za chwilę się zatrzymała, a potem otworzyła. Wyszedł bez słowa i skierował się do mieszkania, w którym już za pewne czekała jego matka. Poszedłem za nim oczywiście.
- Możesz teraz w końcu odpocząć... - wciąż próbowałem jakoś zacząc z nim rozmowę, nie dawało mi to spokoju, ale jego odpowiedź całkiem mnie zaskoczyła...
- Tak, dzięki za pozwolenie. - warknął i wszedł do domu. Aż stanąłem na moment w miejscu. Nigdy nie był tak wrogo nastawiony... A teraz to aż z niego właziło... Co się stało?
W następnej chwili rozległ się wrzask i kiedy wszedłem głębiej zobaczyłem jak Dona tuli go mocno i prawie płacze z radości, że w końcu jest w domu. Młody też się w nią chętnie wtulił. Zamknąłem za sobą drzwi.
- Spokojnie, mamuś, jestem już. - powiedział do niej uspokajająco i uśmiechnął się wyraźnie. Kiedy stanąłem niedaleko od nich spojrzał na mnie, ale nie był już tak wesoły... Nie miałem pojęcia o co chodzi. Dona chyba też to zauważyła, bo zaczęła mu się przyglądać.

- Idę spać... - powiedział w końcu. I po chwili już go nie było.
Odważyłem się zrobić kilka kroków do przodu. Kiedy na mnie spojrzała, uśmiechnąłem się szczęśliwy, że nic jej się nie stało przez te kilka dni. Niby nie mogło ale... To chyba było silniejsze ode mnie. Podszedłem znów bliżej patrząc na nią. Odwzajemniała moje spojrzenie, ale nie uśmiechała się. Znowu coś nie tak... Co się dzieje?
- Jak się czujesz? Może to i głupie pytanie... - zacząłem w końcu, gdy ona nie powiedziała ani słowa. - Ale...
- Czuję się tak jak czułaby się chyba każda matka, która kocha swoje dziecko. - odpowiedziała. Nie miałem pojęcia co powiedzieć, uśmiech już zdążył zniknąc z mojej twarzy całkowicie.
- Posłuchaj... - zacząłem znów. Zbliżyłem się znów do niej, ale ona stała sztywna jak kołek. - Nie chciałem, żebyś się martwiła... Nigdy...
- Tak? To powiedz mi teraz o co w tym wszystkim chodzi. Powiedz mi KTO chce skrzywdzić moje dziecko, tylko to i NIC poza tym! - była zła, w końcu dała po sobie poznać jakieś emocje. Chciałem ją przytulić, ale odepchnęła mnie. - Mów! Ja chcę wiedzieć wszystko na ten temat kto to jest, skąd się wziął i dlaczego upatrzył sobie akurat mojego syna! Gadaj! - patrzyłem na nią przez jakąś chwilę.
Jak miałem jej to powiedzieć bez opowiedzenia całej prawdy? Nie da się. Tutaj jedno wynika z drugiego, nie da się tego opowiedzieć na raty, wybierając sobie jakieś części, które akurat pasują nam bardziej niż inne. Jeśli miałem jej coś powiedzieć... to musiałem powiedzieć wszystko, zaczynając od samego początku.
- Dona... To jest historia z wielokrotnym dnem, rozumiesz?
- Nie interesuje mnie w ile stołków pierdziałeś przed ten cały czas, JA CHCĘ WIEDZIEĆ CO ZA PALANT CHCE MI ZAJECHAĆ DZIECIAKA! - otworzyłem szerzej oczy. - Nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić jak to jest przeżywać coś takiego...!
- Nie jestem?! Wyobraź sobie, że jednak jestem. I nie mogę ci niczego powiedzieć po trochu, już dawno powinienem powiedzieć ci WSZYSTKO i tylko tak mogę...
- Ja nie chcę WSZYSTKIEGO! Ja chcę tylko TO, rozumiesz?! NIC WIĘCEJ!
- Niby czemu nie, niech się pochwali, skoro tak go to w dupe gryzie. - usłyszeliśmy w pewnym momencie. Młody wychodził z pokoju zakładając na siebie kurtkę. - Idę do kumpla. - zakomunikował i wyszedł. Jego wypowiedź napełniła mnie jeszcze większym niepokojem, ale i tak już miałem zszargane nerwy. Spojrzałem znów na Donę, wpatrywała się we mnie w oczekiwaniu.
- Nie mogę ci niczego opowiedzieć na raty. - powtórzyłem. Chyba jeszcze bardziej ją tym wkurzyłem.
- W takim razie mam ci coś do pokazania. - powiedziała i odwróciła się na pięcie. Nie zdążyłem nawet za nią pójść, chwilę później już była z powrotem i trzymała jakieś kartki papieru. Zauważyłem, że to jest jakiś druk. - Proszę! To udało mi się znaleźć, a teraz masz mi powiedzieć to co chce. - trzasnęła we mnie tymi papierami.
Spojrzałem na to. Nie miałem zielonego pojęcia co to jest, ale jedno zerknięcie wystarczyło, by cała zawartość żołądka podjechała mi do gardła. Zrobiło mi się zimno. Przeleciałem wzrokiem te kilka stron, oglądając pobieżnie nawet zdjęcia, a potem spojrzałem na nią przerażonym wzrokiem. W pierwszym momencie nie umiałem wydusić z siebie słowa, ale potem wypłynęło to ze mnie samo.
Zacząłem się trząść, co najmniej jakbym nagle dostał ze 40 stopni gorączki. Dla odmiany zrobiło mi się gorąco, coś zdławiło mnie w gardle, myślałem, że się uduszę. Patrzyła na mnie wielkimi oczami widząc moją reakcję. Chyba nie spodziewała się takiej paniki z mojej strony. No cóż, ja nie spodziewałem się, że będzie w TYM grzebać.
Podparłem się jedną ręką o oparcie kanapy, która stała obok, miałem wrażenie, że zemdleję, ale po chwili chyba adrenalina porządnie uderzyła mi do głowy. Nie trzymałem się tego mebla długo.
- Dla... Dlaczego w tym grzebiesz, dlaczego pchasz się w to, nie rozumiesz co do ciebie mówię?! Dlaczego robisz wszystko od dupy strony, nie po to zrobiłem to wszystko, żebyś ty teraz w tym grzebała i się narażała! Kładziesz się im na tacy razem z młodym! Nie po to starałem się przez ten cały czas cię ochronić i młodego też, żebyście teraz sami wskoczyli im w łapy! - trząsłem jej przy tym tymi papierami przed nosem. Mojego wybuchu chyba też się nie spodziewała.
- Teraz ci się coś przypomniało?! Rzeczywiście, wystarałeś się ze swoją ochroną przez te dwadzieścia lat jak nikt! - wywarczała, a potem odwróciła ode mnie głowę.  Chyba zdała sobie sprawę, że powiedziała więcej niż chciała. A mnie ręce opadły.
- Dona, ty o wszystkim wiesz. - powiedziałem spokojnie dla odmiany minutę później. - Dlaczego nie pozwalasz mi opowiedzieć ci wszystkiego...
- Ja nic nie wiem! - wtrąciła mi się w słowo jak zwykle nie pozwalając niczego dokończyć. Westchnąłem tylko.
- Dona... My musimy w końcu sobie o tym głośno powiedzieć. Ile jeszcze czas chcesz żyć w czymś takim...
- Teraz ci zaczyna coś przeszkadzać?! - podeszła do mnie blisko ze wściekłą miną. - Sam poszedłeś ze mną do łóżka bez jednego słowa, zapomniałeś już?!
- Bo cię kocham. - prychnęła  zakładając ręce na piersi. - Kocham cię i dlatego to wszystko... - chciałem ją objąć, ale drgnęła dziko i odepchnęła mnie. Wytrzeszczyłem na nią oczy.
- Ty mnie kochasz?! To ja ci pokażę coś jeszcze! - i poleciała znów gdzieś i wróciła z pojedynczą kartką, która też była czymś zadrukowana. Chlasnęła mnie nią w pysk i zaczęła krzyczeć... - Poczytaj sobie to, może o tym też zapomniałeś! TYYY....! - była tak wściekła, że chyba nawet nie umiała się wysłowić. Długo nie trwało jak całkiem dała się ponieść emocjom i trzasnęła mnie w pysk z liścia. Bardzo siarczystego, aż się zachwiałem. Ale na tym się nie skończyło. Zaczęła mnie nawalać tak jak tylko mogła, w życiu czegoś takiego u niej nie widziałem. Udało mi się złapać ją za nadgarstki i przycisnąć do siebie. Nie wiele to dało, bo wiła się i robiła wszystko, żeby mi się wywinąć. Zaczęła mnie nawet kopać.
- Puść mnie! - zakrzyczała, chyba już powoli tracąc siłę. Rozluźniłem nieco uścisk, a wtedy odskoczyła de mnie jak oparzona odpychając mnie jeszcze ode mnie. - Nie chcę cię znać! - krzyknęła znów i uciekła do swojej sypialni.
Byłem skołowany, nawet nie zdążyłem spojrzeć na tą kartkę, którą mi przyniosła. Podniosłem ją z ziemi, nawet nie wiedziałem kiedy wypadła mi z rąk. Kiedy już na nią spojrzałem, poczułem jeszcze jeden przypływ paniki, ale tym razem nieco innego rodzaju. Przeczytałem szybko tekst i pobiegłem do niej. Mogłem się domyślić, że zamknie drzwi na klucz. Szarpnąłem za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły.
- Dona, otwórz mi. - powiedziałem wciąż trzymając w ręce klamkę. Nic. Cisza. Drzwi były ałe zabudowane, bez szyb, więc nic nie widziałem. Nie mogłem nawet spojrzeć co robi. Nic nie było słychać. - Dona... - zacząłem znów i szarpnąłem znów ,ale było to bez sensu. Zakluczyła się od środka. - Kochanie, proszę cię. - w końcu usłyszałem jakiś szmer, potem szybkie kroki. Zamek kliknął, a ona wściekle szarpnęła za klamkę otwierając drzwi. Nawet na mnie nie spojrzała, od razu się odwróciła i usiadłam na łóżku tyłem do mnie. Westchnąłem.
- Skarbie... - zacząłem ale nawet nie wiedziałem co powiedzieć. Postrzegała mnie  jako męską świnię w tym momencie, i nie tylko ona, bo ja też nie miałem sam o sobie dobrego zdania. I nie tylko jeśli chodzi o to. Ale o całokształt. - Dona... - usiadłem obok niej i położyłem lekko dłoń na jej ramieniu.
- Spieprzaj z łapami! - zareagowała natychmiast. Spojrzała na mnie w końcu. - Jesteś gnojem jakich mało! - no właśnie... Też byłem tego zdania.
Poderwała się i zaczęła chodzić od mebla do mebla, chcąc chyba robić cokolwiek tak naprawdę, a nie tylko koło mnie siedzieć. Podążałem za nią wzrokiem.
- Porozmawiaj ze mną na spokojnie...
- Ja nie mam O CZYM z tobą rozmawiać! Bo i jak?! Powiedz mi, jak ja mam się do tego odnieść w ogóle! - odwróciła się w moją strone. Widziałem łzy w jej oczach. Nie chciałem by znowu cierpiała... Wstałem, ale ona od razu uciekła w drugi koniec pokoju. - I nie zbliżaj się do mnie!
- Dona proszę cię...
- Nie! Nie ma! Miałeś czas! Mogłeś... od razu...! O czym ja mówię w ogóle! - chwyciła nagle jakąś poduszkę z krzesła w koncie i cisnęła nią we mnie z całych sił. - Miałeś czas na baby?! Na wszystko tylko nie na to co powinieneś zrobić! Ile ich było w ogóle, co?! Pięć, dziesięć?! Każda na każdy dzień tygodnia?! I co, jak to z nimi robiłeś, co?! Ja jestem tego bardzo ciekawa, zawiązywałeś im oczy, zatykałeś uszy?! To jest niewiarygodne w CO mnie wpędziłeś!
- To nie tak... - chciałem jakoś zaoponować, ale nie pozwoliła mi nic powiedzieć.
- Co nie jest tak?! A jak?! - zaczęła znów krzyczeć. - W sumie czym ja się przejmuję! W końcu sama też z 'mężem' sypiam w jednym łóżku! I co, pomyślałeś, że ty też możesz bawić się jak chcesz?! Ty nie uciekałeś przed wariatami! Ty po prostu chciałeś mieć jak pączek w maśle, robić wszystko co ci się podoba i z kim! A ja?! A dziecko?!!! Nawet gdy się dowiedziałeś to cię nie było!!! - i cisnęła we mnie drugą poduszką jeszcze mocniej.
Każde jej słowo uderzało we mnie jak torpeda. Bo to nie była prawda. Nic co wykrzyczała nie było prawdą. Prawie. Miałem kobiety, owszem. I trafiła w dziesiątkę, każda miała zawiązywane oczy. Tylko Megan ostatnimi czasy zanim to się znów zaczęło była, że tak powiem... realnie? Nie wiedziałem nawet jak to nazwać. Po prostu wiedziała z kim sypia. Wyładowywałem się na każdej kobiecie, bo nie mogłem mieć tej JEDNEJ, którą chciałem. Ale w sumie... Sama to powiedziała właśnie. Przecież zawsze mogłem ją mieć przy sobie. I żadne moje tłumaczenie na nic się tu nie zda. Ale jedno musiałem jej powiedzieć.
- Dona... - zacząłem lekko zachrypnięty i robiąc krok w jej stronę. Zaczęła grozić mi palcem w powietrzu i syczeć po prostu, ale nic sobie z tego nie zrobiłem. Zaczęła odpychać moje ręce od siebie jak tylko chciałem ją złapać. Uciekła mi i potknęła się o coś upadając na kolana, ale zaraz się podniosła. Wykorzystałem tą chwilę nieuwagi z jej strony i przycisnąłem ją do siebie. Natychmiast poczułem jak za wszelką cenę chce mnie od siebie odsunąć.
- Zostaw mnie...! - wydyszała siłując się ze mną.
- Nie, nie zostawię, już nigdy... Przysięgam! - chyba nie mogła tego słuchać. Skrzywiła się jakby z odrazą... Spinka wypadła jej z włosów, które od razu rozlały się na jej ramionach. Wplotłem w nie palce i wpiłem się w jej usta. Mocno, nie zważając na to jak  tupie nogami i wciąż wciska pięści w moją pierś, jak krzyczy mi w usta.
A potem uspokoiła się. Przestała ze mną walczyć, a ja poczułem jak jej łzy moczą też moje policzki. Pogłębiłem pocałunek, którego nie odwzajemniła, ale nie odpychała mnie już. Pozwalała mi się całować jak chyba jeszcze nigdy.
Tak bardzo jej pragnąłem, chciałem, by znów się uśmiechała. Może niekoniecznie do mnie... Ale żeby była znów szczęśliwa. Może powinienem zniknąć... Może to sprawi, że będzie szczęśliwa...
- Wyjadę stąd choćby jutro, jeśli tego chcesz. Nie będę zmuszał cię do znoszenia mojej obecności. - powiedziałem patrząc na nią z odległości kilku milimetrów. Łzy spływały jej po policzkach...
- Przed chwilą przysięgałeś... że mnie znów nie zostawisz. - wychlipała.  Zetknąłem lekko swoje czoło z jej.
- Decyzja należy do ciebie. Ja chcę już tylko jednego, Dona. Żebyś przestała cierpieć. - westchnąłem przymykając oczy. - Nigdy w całym moim życiu nie całowałem tak żadnej kobiety jak teraz ciebie. Wierz mi. - zaszlochała cicho. - Jesteś miłością mojego zycia, Dona... Jedyną. To co zrobiłem to już jest cała sieć najprzeróżniejszych możliwych konsekwencji jednego czynu. I ja nie chcę teraz karmić cię żadnymi słodkimi słówkami... Chcę, żebyś zawsze wiedziała, że tylko ty się dla mnie zawsze liczyłaś. Nikt więcej. Obiecałem ci kiedyś że dla ciebie zrobię wszystko. I zrobiłem. Dotrzymałem słowa. - wyszeptałem na koniec.
Poczułem jak drży lekko w moich ramionach. Nie poruszyła się przez ten czas aż do tej chwili ani trochę.
- Ale jeśli nie chcesz mnie znać... A podejrzewam, że tak właśnie jest i nie jestem wcale zdziwiony... To zniknę z twojego życia raz na zawsze. Tego się bałem, że mnie znienawidzisz, że nie będziesz mogła nawet na mnie patrzeć. Było wiele takich momentów, w których chciałem do ciebie biec. Po prostu. Ale ten strach mnie zawsze powstrzymywał, nawet wtedy gdy dowiedziałem się o synku. - drgnęła lekko i znów zaczęła szlochać.
Nastała chwila ciszy. Nie wiedziałem co jeszcze mógłbym powiedzieć. Nie było słów. Chciałem wiedzieć. Naprawdę byłem gotowy tak jak stoję iść, spakować się i wrócić do Kanady. A faceci by tu zostali.
- Powiedz mi. Zrobię wszystko czego chcesz, nawet jeśli mi powiesz, żebym wynosił się z twojego życia to tak zrobię. - jej reakcja była dziwna. Zaskakująca. Zaczęła się trząść, ale nie tak jak do tej pory. Po prostu dygotała, calutka. Zaczęła łapczywie łapać powietrze, tak jakby nie nadążała oddychać. I wbijała mi przy tym palce w ramiona. Zaciskała je na moim płaszczu, którego jeszcze nie zdjąłem i szarpała lekko. Aż w końcu pokręciła gwałtownie głową na boki i zaniosła się płaczem.
Przytuliłem ją mocno głaszcząc po włosach i cicho mruczałem jej do ucha, by się trochę uspokoiła. Serce mi pękało. Musiałem jej w końcu o wszystkim powiedzieć. To, że wiedziała kim jestem to nie wszystko. Musiała dowiedzieć się o wszystkim. Dlaczego to zrobiłem, co mnie do tego popchnęło... Ale to ona zaczęła mówić pierwsza.
- Ja nie potrafię wyrzucić cię ze swojego życia. - wciąż dławiła się powietrzem. - Powinnam cię wykopać bez słowa i nawet mam na to ochotę, ale razem z tym rośnie we mnie panika... Ja nie potrafię...
- Cii... - szepnąłem przytulając ją znów mocniej.
- Dlaczego kazałeś mi cierpieć przez tyle lat... Ja zawsze gdzieś tam w środku czułam, że ty gdzieś jesteś. Czasami nawet myślałam, że zaczynam już może wariować od tego wszystkiego... Gdyby nie syn, oszalałabym chyba od razu! Nie wychodziłam z łóżka, rozumiesz?! Nie chcialam jeść! Nie chciałam ŻYĆ! Bez ciebie!
- Cicho, nie mów takich rzeczy, proszę cię... - szepnąłem przerażony.
- Ale to prawda...! A na koniec wyszłam za mąż za swojego byłego. A ty tak po prostu na to pozwoliłeś? Nic nie zrobiłeś...
- Dona... - tuliłem ją mocno. - Nie mogłem. - głos mi się załamał. - Jakbyś na mnie zareagowała... Nie ma znaczenia moment, w którym bym się pojawił. - oddychała już w miarę spokojnie.
- Mogłeś po prostu powiedzieć mi prawdę od razu.
- Dona... Ja teraz o mało nie dostałem zawału jak przyniosłaś mi te papiery, a co dopiero... Ty nigdy nie miałaś o niczym wiedzieć, bo w ten sposób jesteś bezpieczna...  A teraz... - podniosła głowę i spojrzała na mnie.
- Ty się naprawdę boisz.
- Jak diabli. Ale nie ICH. Tylko o ciebie i swoje dziecko. - chwyciłem jej dłonie w swoje, a ona opuściła wzrok. - Musimy w końcu porozmawiać o wszystkim, od samego początku...
- Ja nie chcę o niczym rozmawiać. - powiedziała. I znowu. Ręce znów mi opadły.
- Dona... MUSIMY, rozumiesz? Skoro już tyle się dowiedziałaś, to musisz wiedzieć wszystko...
- Nie chcę wiedzieć nic więcej. Dowiedziałam się wszystkiego czego chciałam, chociaż za wiele nie powiedziałeś. - znów nabrała złośliwości. Otarła policzki z łez. - A teraz proszę cię, żebyś poszedł już do siebie, chcę być sama.
- Dona...
- Idź, mówię, bo cię sama stąd wykopię! - spojrzała na mnie znów zła. Co miałem zrobić?
- Dobrze, pójdę... Chociaż się martwię. - pogładziłem ją po policzku, przymknęła lekko oczy, a potem spojrzała znów na mnie w oczekiwaniu. - Przyjdę do ciebie jutro. - nic na to nie powiedziała tylko wciąż patrzyła aż wyjdę.
Zatrzymałem się przy drzwiach. Westchnęła niecierpliwie.
- Dobranoc. - mruknąłem.
- Dobranoc, Mike. - odpowiedziała i w końcu wyszedłem stamtąd. Zakluczyła drzwi chyba na każdy możliwy zamek.
Stałem tam jeszcze przez chwilę, a potem w końcu wróciłem do siebie. Dopiero kiedy zrzuciłem płaszcz i usiadłem na łóżku poczułem jak boli mnie głowa. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw...