czwartek, 22 grudnia 2016

Resurrection. - 21.

Witam wszystkich serdecznie. :D Jeszcze przed świętami. W dzisiejszym rozdziale niespodzianka. Chyba. Mam nadzieję. Nie chciałam tego robić nigdy, ale wedle tego co się teraz tu wydarza uznałam, że musze. Na samym końcu się to znajduje. :D Nic wielkiego, tylko chyba epizodycznie perspektywa Mateusza.
Chcę też wszystkim życzyć spokojnych Świąt przede wszystkim bo do Wigilii to raczej nic się tu już nie pojawi. Tak więc zapraszam i do zobaczenia w następnym. :)
***


Niepokój sprawiał, że szalałam. Czułam, że jeszcze chwila i zwariuję. Moje dziecko było gdzieś tam, nawet nie wiedziałam gdzie, a on... O niego też się martwiłam. Ale martwiło mnie też coś innego. Stał się taki bezimienny... Nie nazywałam go w swoich myślach Billym, bo wydawało mi się to śmieszne. Ale nie mówiłam też o nim Michael... co też nie było rozstrzygającym  przedsięwzięciem.
Sama już nie wiedziałam co zrobić. A Janet zrobiła się nader natrętna. Zaczęła dzwonić kilka razy dziennie. Kiedy ją zapytałam dlaczego dzwoni tak często, stwierdzała, że nie ma co robić między spotkaniami. A to zadzwoniła do mnie, a to potem do Mateusza, jak stwierdzała, ale dodawała, że nie może się do niego ostatnio dodzwonić. Od jakiegoś czasu zachowywała się w taki dziwny sposób... Chociaż nie. Ja dobrze wiedziałam o co jej chodzi. Ale w życiu nie powiem tego na głos. Na pewnie nie teraz... Przecież jest nam dobrze tak jak jest... Nie rozumiałam dlaczego on czasami tak bardzo chce mi mówić o CZYMKOLWIEK.
Janet nie wiedziała co się dzieje z Mateuszem, chyba , że on jej już o wszystkim powiedział. Ale nie wydawało mi się. Raczej nie myślał teraz o tym, raczej całą uwagę skupiał na młodym. Tak więc byłam skłonna uwierzyć, że moja szwagierka nic nie wie. Wolałam jej nie uświadamiać, bo wiedziałam, że zaraz zacznie znów głosić swoje teorie... Ja natomiast jedną spiskową znalazłam już jakiś czas temu.
Siedziałam akurat nad tym co wydrukowałam z internetu zaraz po tym jak ci ludzie pierwszy raz zaczepili mojego syna. Zaczepili to łagodne określenie, naprawdę. O tym co się stało na tym koncercie nawet nie chce sobie przypominać, ale... to wszystko to chyba ci sami ludzie. Nie twierdziłam też, że to co trzymałam w tej chwili w rękach to jest właśnie to co się dzieje. Jedyne co się zgadzało to te tatuaże. Zdjęcie na które patrzyłam była identyczne, przynajmniej tak twierdził Mateusz. Piramida z okiem.
Czułam się naprawdę głupio nawet myśląc o tym, że to może być prawda. Przecież to jest teoria spiskowa dziejów! Illuminati? Nie. Nie miałam nawet większego pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, ale patrząc na to co sama sobie wydrukowałam... Samo to wystarczyło, żeby się przerazić, jeśli ktoś akurat jest podatny na coś takiego.
Sama uważałam, że to wszystko jest mocno przesadzone, że ktoś to po prostu rozdmuchał, że może i istnieje coś takiego, ale to pewnie coś na zasadzie jakiejś małej sekty zakitranej gdzieś w opuszczonym domu i naiwnie wyobrażającej sobie, że jeśli przyzwą Belzebuba to on pomoże im przejąć władzą nad całym światem. Nie no, nie ma czegos takiego, niestety. To pewnie jacyś słabi ludzie pozbierani z ulicy, któzy do dziś od lat widnieją na wszelakich listach zaginionych nieodnalezionych i poddani odpowiedniemu praniu mózgu. Tak to sobie tłumaczyłam. Nie chciało mi się wierzyć, żeby to wszystko naprawdę miało zakres światowy. Żeby wciągali w to media, artystów... Nie. Brednie. Bajka dla dorosłych.
Ale fakt tatuaży pozostawał niesporny. Każdy z tych gnoi miał coś takiego. I cokolwiek według nich to znaczyło i cokolwiek chcieli zrobić uczepili się mojego dziecka.
Do tego jeszcze Iwa. Ta to naprawdę... Jest moją naprawdę dobrą przyjaciółką od zawsze można by rzec, ale ostatnio przesadza. Janet przynajmniej nie stara się mnie na siłę odciąga od... niego, a jedynie próbuje podprogowo mi coś podsunąć. No cóż... Ale Iwa jawnie stara się zrobić wszystko by mnie od niego odciągnąć. Nawet się z tym nie kryje. To trochę zabawne... ale sama nie miałam zamiaru nikogo słuchać przecież... wiadomo.
Ostatnim razem odwiedziła mnie znów z pewną sensacją. Która może nie była dla mnie najprzyjemniejsza, ale jak się można spodziewać, zbagatelizowałam to. Podobno 'przez przypadek' wpadła na coś w sieci. Przybiegła do mnie do domu by mi to pokazać.
- Mówiłam ci, Dona, że on nie ma czystego sumienia! - trajkotała czekając, aż mój laptop się włączy. Nic nie mówiłam. Z jednej strony byłam ciekawa co takiego ma mi do pokazania, ale wiedziałam, że to i tak niczego nie zmieni.
- No co takiego chcesz mi obwieścić, co? - zapytałam stojąc za nią i patrząc jej ponad ramieniem na to co robi. Zaczęła wpisywać coś w google. Westchnęłam.
- Zaraz zobaczysz. Mówiłam, a ty nie chciałaś mnie słuchać. To teraz zobaczysz. Ja mam tylko nadzieję, że do niczego między wami nie zdążyło dojść. - wyzezowałam na nią.
- A co masz konkretnie na myśli?
- Ty wiesz CO. - odpowiedziała tylko i pokazała mi w końcu co tak bardzo chciała mi pokazać.
Był to krótki tekst traktujący o Billym Jencinsie, w trakcie nagrywania teledysków do utworów Michaela. Kiedy to przeczytałam miałam ochotę prychnąć. To był kosmos. Nie, pomyślałam, nie będę się teraz nad tym zastanawiać. Zaczęłam na sucho czytać to co napisali.

Billy Jencins, który jest mniej więcej w wieku, który osiągnął by Michael Jackson, gdyby oczywiście żył, chyba jest bardzo zadowolony z życia jakie zafundowała mu poniekąd rodzina zmarłego piosenkarza. A mianowicie z całą pewnością przysporzyło mu to sporej popularności wsród kobiet, pięknych kobiet. 
Mało jest informacji o życiu tego mężczyzny sprzed spotkania z Jacksonami, ale wiemy jedno. Gust ma z całą pewnością bardzo zbliżony do oryginału. Wszyscy chyba wiedzą z kim piosenkarz związał się niedługo przed śmiercią, a w końcu ożenił. Wyróżnieniem chyba możemy tu nazwać to, że jest to dziewczyna z Polski. Dziś ma męża i prawie dwudziestoletniego syna, który po swoim biologicznym ojcu odziedziczył chyba wszystko co tylko mógł. 
Zdaje się, że pan Jencins wcale nie ustępuje pod tym względem Michaelowi. Co udało nam się o nim dowiedzieć to dwa lata przed przygodą z muzyką Króla Popu spotykał się z dużo młodszą kobietą, która odnaleziona przez nas nie chciała nic mówić. Powiedziała tylko, iż ten facet nie miał nigdy łatwego życia. Hm, należałoby powiedzieć, że to kolejne podobieństwo z Jacksonem, którego życie też nie należało do najspokojniejszych. Najpierw początki kariery, potem ostra relacja z ojcem, następnie ślub i w dwa lata później rozwód z Lisą Presley, która notabene od wielu już lat jest mężatką, a w między czasie oskarżenia o molestowanie. Chyba dopiero pod sam koniec gwiazdor zdołał się choć trochę ustabilizować, ale jak wiadomo... ta stabilizacja długo nie trwała. 
Na załączonym zdjęciu widać wyraźnie, iż ten mężczyzna ma aż za dużo wspólnego z prawdziwym Michaelem Jacksonem.

 No nie powiem. Ale kiedy patrzyłam na to zdjęcie naprawdę miałam ochotę urwać mu jaja.
Nie dlatego co zrobił. Nie dlatego, że mnie zostawił. I nie dlatego, że nie wrócił wcześniej, choćby wtedy gdy dowiedział się w końcu o dziecku, bo przecież mógł się wtedy pojawić. Mały go potrzebował...
Miałam ochotę urwać mu jaja, bo widać mimo wszystko nic nie stało mu na przeszkodzie by w ten sam czas spotykać się z innymi babami. Czułam jak się zapalam, a dzwonienie w uszach sprawiło, że aż się zastanowiłam czy do domu nie wleciał mi cały rój pszczół. Nie było jednak ani jednej. Normalnie czułam jak rosną mi paznokcie i zęby...
Iwa patrzyła na mnie i widziała wyraźnie co się ze mną dzieje. Zastanawiałąm się ILE było tych bab przez te lata. Ktoś by powiedział, że facet ma potrzeby. Dostałby w zęby. I ciekawa też była co on mi powie jak już wróci. Miałam ochotę wywalic Iwę za drzwi, miałam chaos w głowie, a obecna sytuacja z synem mi nie pomagała. W końcu pomyślałam, że się z nim rozmówię, jak już wrócą. A podobno mieli wrócić jutro wieczorem. Wytrzymam jakoś. A potem... Zobaczymy czy dożyje rana jako pełnowartościowy mężczyzna czy może jednak zostanie eunuchem.
- Widzisz? Mówiłam. - odezwała się w końcu. Byłam wściekła. Nawet nie miałam pojęcia co jej na to odpowiedzieć. - Wściekłaś się, widzę.
- A nie powinnam? - starałam się nad sobą panować. Nie chciałam się przecież wyżyć na niej. Nie była niczego winna. Na nim się wyżyję. - Wydrukuj to. - mruknęłam i wyszłam do kuchni. Musiałam się czegoś napić.
Nie wiedziałam jak mam się czuć. Jak zdradzona żona czy jak? W świetle całej sytuacji... W końcu ja też wyszłam za mąż i z tym mężem sypiałam. Ale ja... nie zrobiłam CZEGOŚ TAKIEGO. Nie miałam pojęcia jak się zachować. Postanowiłam odłożyć to na chwilę, najważniejszy był teraz syn. A tego gnoja przyjdzie też czas. Już nawet wymyślałam na ile sposobów będę mogła go poturbować...
- Dona? - usłyszałam za sobą lekko zaniepokojony głos przyjaciółki. Spojrzałam na nią. - Było coś już, prawda? Dlatego jesteś taka wkurzona...
- Nie, nie dlatego. - odpowiedziałam. Ale prawdy jej powiedzieć nie mogłam.
- To dlaczego?
- Później ci powiem. Możesz już iść? - otworzyła oczy szeroko.
- Ale... chcesz teraz siedzieć sama?
- Chcę pomyśleć po prostu. Proszę cię, żebyś poszła.
Marudziła jeszcze, ale w końcu wyszła. Usiadłam w salonie i podparłam głowę na rękach. Nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać... Nie wiedziałam nawet jak to nazwać. A on oczywiście nigdy mi się nie chwalił takimi rzeczami. Ale wtedy przypomniałam sobie o czymś. Kiedy wtedy szukałam czegoś po całej jego sypialni, znalazłam nasze zdjęcia. Moje z dzieckiem i nasze sprzed tych dwudziestu lat. Trzymał to wszystko wciąż blisko siebie. Próbowałam sobie wyobrazić jak trzyma te fotografie...  Ile razy oglądał te zdjęcia?

- Nareszcie... - jęknął młody, gdy w końcu mógł wysiąść z tego samochodu. Zatrzymaliśmy się w pierwszym lepszym mieście za granicą Polski w pewnym hotelu, który może nie powalał, ale to nawet było na naszą korzyść. Kiedyś sam lubiłem chować się w takich małych hotelikach lub motelach, bo wiedziałem, że jeśli ktoś będzie mnie szukał to na pewno od razu w tych wielkich pięciogwiazdkowych molochach. Teraz nie musiałem uciekać się do takich sztuczek, ale ta sytuacja znów mnie do tego zmusiła jednocześnie powodując przypływ pewnych wspomnień z przeszłości...
Zarezerwowaliśmy dwa pokoje obok siebie tak, by w razie czego móc szybko przedostać się z jednego do drugiego. I tak od razu wszyscy wpakowaliśmy się do jednego, ale później dwóch facetów z trzech, którzy z nami byli przeniesie się do tego drugiego, teraz jednak chciałem z nimi o czymś porozmawiać, kiedy młody już zaśnie.
Kiedy się położył w osobnym pomieszczeniu, miałem wrażenie, że natychmiast zasnął. Musiał być naprawdę wykończony. Zresztą ja sam też nie wyglądałem na pewno lepiej niż on. Bolały mnie całe plecy, mrówki latały mi po rękach i nogach. Czułem, że sobie to odchoruję, ale i tak aż tak się tym nie przejmowałem. Patrzyłam na niego przez chwilę, po czym wyszedłem przymykając za sobą cicho drzwi.
Lokal, który wynajęliśmy składał się z dwóch sypialni, małej raczej łazienki i kuchni połączonej z jakby salonikiem. Kiedy wchodziło się do środka od razu było się w tym saloniku, a naprzeciwko miało się stół jadalny, a za nim całą kuchenkę. Było to nawet przyjemnie urządzone mieszkanko... Usiadłem w jednym z foteli i stęknąłem. Czułem się jakbym miał sto lat.
- Lodóweczka pełna. - usłyszałem z jakiegos miejsca. Kiedy tam spojrzałem zobaczyłem gościa schylającego się do małej lodówki i grzebiącego w niej. Parsknąłem śmiechem.
- Smacznego. - mruknąłem odchylając nieco głowę i opierając się wygodnie. Reszta porozsiadała się tam gdzie chciała. - Tylko nie tarabań się tak, młody zasnął.
- Tatusiek. - mruknął ktoś. Otworzyłem oczy i popatrzyłem po wszystkich.
- Nie podoba się coś komuś?
- Nie. Nie uruchamiaj się od razu... - mruknął ktoś i w tej samej chwili ktoś zapukał do drzwi.
Nie miałem zamiaru się ruszać, zdecydowanie za dobrze mi się siedziało w tym fotelu. Jednak gość, który wszedł do środka sprawił, że jednak wstałem. Byłem zaskoczony.
- Oo... - mruknąłem tylko. Facet uśmiechnął się widząc moją minę i podszedł bliżej z wyciągniętą ręką.
- Dawno się nie widzieliśmy, panie Jackson. - powiedział na co uścisnąłem jego dłoń. Był to ten facet, który należał do tej zgrai która organizowała to wszystko dwadzieścia lat temu. To właśnie do niego chodziłem w towarzystwie Quincy'ego.. Kiedy przypominałem sobie o Q zawsze robiło mi się... przykro? Siedział w tym razem ze mną, a potem został zaproszony na pogrzeb. Chciałem by wiedział o wszystkim, ale w końcu dałem się namówić by o niczym go nie informować. Racja była, że im mniej osób zaangażowanych tym lepiej. Ostatnio jednak ta zasada została przeze mnie mocno naruszona...
- Tak, w rzeczy samej... - odpowiedziałem spoglądając w drzwi obok, za którymi przebywał właśnie Mat. Nic nie było słychać, pewnie wciąż spał. - Co cię tu sprowadza? - był już dawno na emeryturze, ale stary wcale nie był. Jak to oficerzy czy jak to zwać. Niedługo po tym jak ta cała szopka doszła do skutku, może z pięć lat później, poszedł na najdłuższy urlop życia. I nie tylko on, niektórzy inni też.
- To, że jestem na emeryturze nie znaczy, że nie orientuję się co się dzieje. Przeciwnie, proszę ciebie. - stwierdził, po czym usiedliśmy wszyscy przy stole pomiędzy kuchnią a salonem. Nie wiedziałem jak to zwać. Ale było całkiem przytulnie, przynajmniej dla mnie. Z tego miejsca mogłem wciąż doskonale widzieć drzwi sypialni, w której był mój syn. Uśmiechnąłem się, a zaraz potem westchnąłem.
- Wlaśnie widzę.
- Pozwalasz sobie na wolności. I to z własną żonką. Nie taka była umowa. Pamiętasz co podpisywałeś? - patrzył na mnie, ale nie doszukałem się w tym spojrzeniu jakiejś złości. Mówił prawdę. - Warunki były jasne. Pogwałciłeś je wszystkie. Dziwię się, że tak długo udaje ci się trzymać ich w nieświadomości.
- Ja też. - mruknąłem znów. - Chociaż zaczynam podejrzewać, że Dona przynajmniej czegoś się domyśla. - wszyscy jak jeden mąż na mnie spojrzeli. O niczym im nie mówiłem.
- Jak to domyśla? - zapytał.
- Normalnie. Takie mam wrażenie. Od pewnego czasu robi mi pewne aluzje... Zresztą... - odchrząknąłem. - Sam chcę jej o tym powiedzieć, ale ona za każdym razem zamyka mi gębę. - nastała cisza. Każdy z facetów patrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Ok... - odezwał się nasz niespodziewany gość. - Pozwól, że sobie coś wyjaśnimy bo czegoś tu chyba nie rozumiem. - zaczął. - Po pierwsze... Twoja żona czegoś się domyśla. - kiwnąłem tylko głową. - I nic nie robi?
- A co ma robić? - zirytowałem się trochę.
- Nie wiem. Może wydrapać ci oczy? - teraz parsknąłem śmiechem.
- Właśnie ja też zastanawiam się dlaczego jeszcze tego nie zrobiła w takiej sytuacji.
- Ok. Teraz po drugie... Chcesz powiedzieć o wszystkim swojej żonie...
- Tak.
- Chcesz jej powiedzieć, że... - uniósł wysoko brwi do góry. - Sfingowałeś własną śmierć? Uważasz się za niezniszczalnego? - dobrze wiedziałem do czego pije.
- Nie uważam się za tytana, ale... Albo wóz albo przewóz. - mruknąłem na końcu niemal grobowym głosem podpierając brodę na ręce.
- Zdajesz sobie sprawę co ci za to grozi? Nie mówię tu o fali nienawiści twojej żony i syna. - nic nie powiedziałem. - Oni za chwilę będą mieli wszelkie podstawy do tego, by wykluczyć cię z całego programu. Kto ci takie dobry rady daje?
- Skąd wiesz, że daje ktokolwiek? - burknąłem.
- Domyślam się KTO. Powtarzamy wciąż dziadziusiowi, żeby się nie wtrącał, ale on tak jak ty teraz. Róbta co chceta. - zaśmiałem się, ale nie był to do końca wesoły i szczery śmiech.
- Chciałem z nimi o tym właśnie porozmawiać zanim się pojawiłes. Ale to może nawet dobrze. A... jak Quincy? Miałeś z nim ostatnio jakiś kontakt? - zapytałem patrząc na niego.
- Niezbyt. Nie miałem zbyt wielu okazji się z nim widzieć. Zwłaszcza teraz po tylu latach. Na początku spotkałem się z nim raz po tym wszystkim. Chyba był w lekkim szoku. Uciekałeś przed globalną mafią, a wykończył cię twój własny doktorek. - no właśnie...
- Murrey.  - parsknąłem śmiechem.
- No. - przytaknął. - Nie posiedział długo, wyciągnęliśmy go z paki tak jak obiecaliśmy, ale i tak narzekał. Normalne zresztą. Chyba nie byłby sobą gdyby było inaczej. - chwila ciszy. - Więc, masz coś jeszcze ciekawego do powiedzenia w wiadomej sprawie? - popatrzył na mnie. Westchnąłem.
- A co mam powiedzieć? Powinni się dowiedzieć, oboje. Ale nie jestem jasnowidzem i nijak nie umiem przewidzieć jak zareagują. Może tak właśnie miało być...
- Co masz na myśli? - spojrzałem znów na niego.
- To, że gdyby nie to, że się go uczepili, nie przyleciał bym do Polski ich nie szukał. Siedziałbym dalej cicho... Do usranej śmierci. - burknałem. - Nie chcę szukać w tym dla siebie korzyści, ale od momentu jak się o nim dowiedziałem...
- Tak, pamiętam. Gdyby nie ocean pobiegłbyś pieszo. - sarknął. Uśmiechnąłem się lekko. - Chłopak miał wtedy dziesięc lat.
- Tak. I odwiedził z matką mój grób. Koszmar... Janet zdała mi z tego relację. Może tego nie pamięta, ale powiedział, że mnie tam nie ma. I miał rację. Nie na darmo trumna została zabetonowana w ziemi, żeby nikt jej nie mógł otworzyć.
- I znaleźc przysłowiowego wora ziemniaków? - chciał zażartowąc i nawet mu się to udało.
- Daj spokój. - parsknąłem śmiechem. - To nie jest śmieszne.
- Masz rację. Nie jest. - przytaknął.





Głowa go bolała, ale jakoś zasnął. Zmęczenie chyba było silniejsze od bólu, bo bardzo szybko zapadł się w niebyt. Dosłownie jakby urwał mu się film, nie miał pojęcia w którym momencie zasnął. Czuł tylko piasek pod powiekami i to, że na pewno nie ma ochoty jeszcze wstawać. W pierwszej chwili nawet nie wiedział gdzie jest. Dopiero potem, jakieś trzy minuty dalej, zdał sobie sprawę, że przecież przyjaciel jego matki wywiózł go aż do Niemczech. To swoją drogą było dość dziwne...  W sumie to nawet chyba normalne. Jakoś nie miał za złe temu facetowi, że przyczepił się do jego matki. Naprawdę, KAŻDY, byle nie ten dureń. Poza tym, ten facet naprawdę wydawał mu się przyzwoity i robił wszystko, byle tylko jego motka zwróciła na niego uwagę. Chyba w końcu mu się to udało, pomyślał z lekkim zaspanym uśmiechem.
Przeciągnął się lekko i popatrzył dookoła zastygając w tej pozycji  w jakiej było mu wygodnie. Chyba nie spał długo, wciąż było ciemno, a za oknem na niebie zobaczył gwiazdy. Cóż, to nie było jego łóżko, więc mógł się łatwo domyślić dlaczego się obudził. Zawsze tak miał. Był przyzwyczajony do swojego i już, nie było na to rady. 
Zastanowił się nagle co robią inni. I w ogóle kim ci faceci są i skąd ten Billy ich tak nagle wytrzasnął. Nie miał okazji pogadać z nikim poza matką ostatnimi czasy, która oczywiście histeryzowała, więc nie miał też pojęcia co się dzieje  w szkole. Fabian na pewno zdałby mu dokładną relację z tego co się stało po tym, jak on już poszedł. I nie pojawia się jak dotąd na lekcjach. Nauczyciele pewnie będą go o to pytać. Idioci. 
Nie musiał zbytnio wytężać słuchu, by zdać sobie sprawę, że znajomi jego znajomego siedzą gdzieś całkiem blisko i rozmawiają. Nie zamierzał się temu przysłuchiwać. Nie gadali głośno, pewnie nie chcieli go obudzić, ale trudno. Przewalił się na brzuch i tak pozostał wzdychając lekko. Pomyślał nawet, że może powinien zadzwonić do matki... ale stwierdził, że może jednak zrobi to później jak już się wyśpi. Będzie zła, że nie dawał znaku życia, to na pewno. Ale jego mama zawsze była przewrażliwiona na jego punkcie. A teraz... to już w ogóle. 
W pewnym momencie jednak usłyszał coś, co sprawiło, że jednak zaczął nasłuchiwać. W pierwszej chwili nie wiele z tego rozumiał, ale po chwili jego uszy zaczęły wyłapywać to i tamto. Mimo wszystko język polski był mu chyba bliższy i w tym stanie zaspania musiał się trochę bardziej skupić niż zwykle w kontakcie z angielskim. 
Usiadł. Gęba rozdarła mu się sama, ani nawet nie próbował tego powstrzymać. Potrząsnął lekko głową, włosy natrętnie zaczęły włazić mu do oczu. Niedbale je odsunął po czym spojrzał w drzwi. Były przymknięte, ale nie zamknięte. Ale mimo to nie słyszał niczego zbyt wyraźnie. Coś jednak rozbudziło w nim ciekawość, nawet sam nie wiedział co takiego. Wstał cicho z łóżka, przeciągnął się lekko czując, jak jego mięśnie są boleśnie napięte i w kilku krokach podszedł do uchylonych drzwi.
Popchnął je lekko końcami palców na co odsunęły się na kilka milimetrów. Przez szparę zobaczył wszystkich facetów siedzących przy stole kilka metrów dalej. Teraz słyszał dokładnie co mówią. A oni nie mieli o tym zielonego pojęcia. 
W pierwszej chwili to co usłyszał, w ogóle nie umiał sobie tego do niczego przykleić. O czym oni gadali? To jakieś science fiction? On bardzo lubił te klimaty, ale to co teraz słyszał brzmiało bardzo poważnie... I ich twarze też wyglądały bardzo poważnie. Jakby gadali o jakiejś konspiracji. 
I nagle zdał sobie sprawę, że istotnie tak jest. Gadali o czymś co miało miejsce dwadzieścia lat temu, a on łamał chyba jakieś postanowienia... A przynajmniej on tak to teraz odebrał. Im dłużej stal i słuchał tym wyraźniej czuł, jak włos jeżą mu się na karku. 
 - Pozwalasz sobie na wolności. I to z własną żonką. Nie taka była umowa. Pamiętasz co podpisywałeś? Warunki były jasne. Pogwałciłeś je wszystkie. Dziwię się, że tak długo udaje ci się trzymać ich w nieświadomości.
- Ja też. Chociaż zaczynam podejrzewać, że Dona przynajmniej czegoś się domyśla.
- Jak to domyśla? - no właśnie? I czego?
- Normalnie. Takie mam wrażenie. Od pewnego czasu robi mi pewne aluzje... Zresztą... Sam chcę jej o tym powiedzieć, ale ona za każdym razem zamyka mi gębę.
 - Ok... Pozwól, że sobie coś wyjaśnimy bo czegoś tu chyba nie rozumiem. Po pierwsze... Twoja żona czegoś się domyśla. I nic nie robi? - o co tu chodzi...?
- A co ma robić? - no właśnie, mówią tak, jakby on co najmniej kogoś zabił.
- Nie wiem. Może wydrapać ci oczy?

- Właśnie ja też zastanawiam się dlaczego jeszcze tego nie zrobiła w takiej sytuacji. 
- Ok. Teraz po drugie... Chcesz powiedzieć o wszystkim swojej żonie... 
- Tak.
- Chcesz jej powiedzieć, że... sfingowałeś własną śmierć? Uważasz się za niezniszczalnego?- co takiego?!
- Nie uważam się za tytana, ale... Albo wóz albo przewóz.
- Zdajesz sobie sprawę co ci za to grozi? Nie mówię tu o fali nienawiści twojej żony i syna. Oni za chwilę będą mieli wszelkie podstawy do tego, by wykluczyć cię z całego programu. Kto ci takie dobry rady daje?
- Skąd wiesz, że daje ktokolwiek? 
- Domyślam się KTO. Powtarzamy wciąż dziadziusiowi, żeby się nie wtrącał, ale on tak jak ty teraz. Róbta co chceta. - jakiemu dziadziusiowi...
- Chciałem z nimi o tym właśnie porozmawiać zanim się pojawiłes. Ale to może nawet dobrze. A... jak Quincy? Miałeś z nim ostatnio jakiś kontakt?  
- Niezbyt. Nie miałem zbyt wielu okazji się z nim widzieć. Zwłaszcza teraz po tylu latach. Na początku spotkałem się z nim raz po tym wszystkim. Chyba był w lekkim szoku. Uciekałeś przed globalną mafią, a wykończył cię twój własny doktorek. - poczuł nagły silny skurcz w żołądku. Aż się za niego złapał. Doskonale znał szczegóły śmierci ojca...
- Murrey. - właśnie. Całe życie nienawidził go jak psa...
- No. Nie posiedział długo, wyciągnęliśmy go z paki tak jak obiecaliśmy, ale i tak narzekał. Normalne zresztą. Chyba nie byłby sobą gdyby było inaczej. Więc, masz coś jeszcze ciekawego do powiedzenia w wiadomej sprawie?
- A co mam powiedzieć? Powinni się dowiedzieć, oboje. Ale nie jestem jasnowidzem i nijak nie umiem przewidzieć jak zareagują. Może tak właśnie miało być...
- Co masz na myśli? - też był tego ciekaw...
- To, że gdyby nie to, że się go uczepili, nie przyleciał bym do Polski ich nie szukał. Siedziałbym dalej cicho... Do usranej śmierci. Nie chcę szukać w tym dla siebie korzyści, ale od momentu jak się o nim dowiedziałem...
- Tak, pamiętam. Gdyby nie ocean pobiegłbyś pieszo. - co...? - Chłopak miał wtedy dziesięc lat. 
- Tak. I odwiedził z matką mój grób. Koszmar... Janet zdała mi z tego relację. Może tego nie pamięta, ale powiedział, że mnie tam nie ma. I miał rację. Nie na darmo trumna została zabetonowana w ziemi, żeby nikt jej nie mógł otworzyć. - pamiętał doskonale... I pamiętał też minę ciotki...
- I znaleźc przysłowiowego wora ziemniaków?
 - Daj spokój. To nie jest śmieszne.
- Masz rację. Nie jest. - no... On tez się z tym zgadzał. 
Gadali dalej, ale on już nie słuchał. Usłyszał chyba już dość, tak mu się wydawało. Miał wrażenie, że od tych wszystkich informacji łeb mu rośnie i to w zastraszającym tempie. Wrócił na łózko i położył się zwijając w kulkę po drodze potknął się nawet o własne nogi. Chyba zapomniał na chwilę jak się ich używa. Chyba miał prawo w zaistniałej sytuacji...
Jaka globalna mafia? Toc i, którzy go tak 'polubili', że nie chcieli dać mu spokoju, o nich mówili? Nie powiedzieli konkretnie kto to... Ale powiedzieli, że ON przed nimi uciekał... Aż tak straszni są? 
I w ogóle co to ma znaczyć? Co on ma teraz sobie pomyśleć, jak to nazwać? Że kim jest ten facet? I niby jego matka się domyśla? Tego było jednak za wiele jak dla niego...

niedziela, 18 grudnia 2016

Resurrection. - 20.

Witam. :D W końcu jest kolejny. xp Ostatnio dość krucho było z czasem ze względu na naukę, ale teraz już mam luz całkowity od paru dni, ale znów, ze względu na ostatnie wydarzenia w naszej pięknej stolicy, chyba wszyscy wiedzą o czym mówię, całkowicie o wszystkim zapomniałam i dopiero dziś usiadłam porządnie i dokończyłam rozdział. :D Mogą się pojawiać błędy, więc przepraszam i zapraszam do czytania bez zbędnego biadolenia. :)
***



Nie mieściło mi się to w głowie, że mam teraz zostawić swoje dziecko i jechać do domu. Nieważne z kim on będzie, ja chyba oszaleję sama w chacie! Czułam, że znów zaczynam panikować. Przez moment nie mogłam nabrać tchu, on chyba to zauwazył, bo znów złapał mnie za ramiona.
- Dona, uspokój się, słyszysz?
- Jak mam się uspokoić, zabierasz mi syna a drugi koniec świata...!
- Jaki drugi koniec świata, kochanie, posłuchaj mnie! Patrz na mnie! - spojrzałam, ale miałam wrażenie, że za chwilę zrobi mi się czarno przed oczami. - Oddychaj. Nic mu się ze mną nie stanie. Mówie to po raz kolejny. - nie miałam pojęcia co zrobić, ale właśnie w tym momencie podjechał do nas jakiś samochód, ciemny, z przyciemnianymi szybami, a wysiadł z niego jeden z tych facetów, których nie raz widziałam... Patrzyłam na niego wytrzeszczając oczy.
- Nareszcie. - mruknął... Bill? Nieważne, patrzyłam teraz na młodego nie wiedząc już co zrobić, czy go z nimi puścić czy jednak się uprzeć i zabrać go własnoręcznie do domu i zamknąć się na wszystkie zamki.
- Mamo... - zaczął, ale chyba sam nie umiał wymyślić nic konstruktywnego.
- Co jest? - zapytal facet patrząc na nas. - Nie możemy stać tu do wieczora.
- Dona nie jest pewna czy... - Mike był bledszy niż zwykle... i dopiero teraz dotarło do mnie, że jego skóra całkiem straciła barwnik. Wcześniej jakoś o tym nie myślałam... To spostrzeżenie było na tyle oszałamiające w tej całej i tak szalonej sytuacji, że ani się nie odezwałam.
- Ja jej pomogę się zdecydować. - powiedział facet patrząc na mnie. Przeniosłam na niego wzrok. - Wsiadaj chłopcze do nas razem z nim. - zagnał ich, a ja momentalnie zaczęłam histeryzować.
- Ale jak..! Ja nie mogę!
Michael natychmiast znów znalazł się przy mnie.
- Dona... kurwa mać, już nie wiem nawet co ci powiedzieć, po prostu zaufaj mi. Jak tylko wyjedziemy z miasta, zadzwonię do ciebie i dam ci go do telefonu. Obiecałem ci przecież, że będę do ciebie dzwonił nawet co godzinę. Musimy jechać. - powiedział i z tego wszystkiego pocałował mnie mocno nie zważając na nic ani nikogo. Skutecznie mnie tym obezwładnił, kompletnie mnie wmurowało. Patrzyłam tylko jak wsiada do auta, w którym Mateusz już siedział od dobrych kilku minut.
- Niech pani wsiada, ja poprowadzę. - usłyszałam nagle inny głos. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam tego młodego, który kiedyś dał mi listę zakupów do zrobienia... Co miałam zrobić? Zrobiłam jak powiedział i wsiadłam do tego samochodu, mojego notabene, ale za kierownicą zasiadłam nie ja, a ten facet. Zamiast zapiąc pasy ja okreciłam się by zobaczyć jak drugie auto wyjeżdża i kieruje się w przeciwną stronę do tej, w który my mieliśmy zaraz pojechać. Natychmiast wyciągnęłam telefon, ale facet złapał mnie za rękę.
- On sam się z panią skontaktuje. My musimy jechać. W domu będzie pani bezpieczna...
- Tak?! A mój syn nie będzie w domu bezpieczny?! - skoro mnie mogli zamknąć w domu to dlaczego wywożą mi go? Byłam tak spanikowana, że nawet nie myślałam by się nad tym jakoś zastanawiać.
- Bo to nim się interesują. - odpowiedział krótko i odpalił silnik. Chwilę później jechaliśmy już drogą do mojego domu.
Nawet nie chciałam myśleć o tym co będzie jak już zostanę tam sama. Spojrzałam na zegarek w telefonie. Jeśli nie zadzwonią dokładnie za godzinę chyba zejdę na zawał! Nie miałam zamiaru teraz tolerować żadnych spóźnień. Gdziekolwiek by nie byli i o której porze, ja chciałam na bieżąco rozmawiać z synem tak jak mi obiecał. Jak nie to wsiadam w samochód i jadę ich szukać. Nie ma chuja.
Czas strasznie mi się dłużył i nie minęła nawet ta obiecana przez niego godzina, kiedy w końcu poderwałam się z miejsca, na którym i tak nie mogłam usiedzieć i poleciałam do drzwi. Wyskozyłam na zewnątrz i zaczęłam walić do jego mieszkania. Prawie natychmiast ktoś mi otworzył, facet który przyjechał po mnie i mnie przywiózł. Zdziwił się nieco na mój widok. Nawet nie zdążył nic powiedzieć.
- Zadzwoń do niego! - zażądałam natychmiast, na co  uniósł lekko brwi. - No dalej! - ponagliłam go. Coś w mojej twarzy chyba go przekonało, bo nic nie powiedział tylko wpuścił mnie do środka. Potem wykręcił numer.
- Halo? No. Twoja przyjaciółka awanturuje się, żeby się z tobą połączyć. - powiedział zerkając na mnie, a ja sie napompowałam.
- Wcale się nie awanturuję! - powiedziałam lekko podniesionym głosem. Facet uśmiechnął się, przez chwilę jeszcze rozmawiał a potem podał mi słuchawkę. Dorwałam ją jakby od niej zależało moje życie.
- Halo?! - zapytałam gorączkowo.
- Jesteś strasznie niecierpliwa. - usłyszałam jego ciepły głos. Wyczułam, że się uśmiecha. Od razu poczułam się lepiej, ale chciałam najpierw porozmawiać z synem.
- Daj mi syna. - powiedziałam od razu. Bez słowa podał mu telefon. Kiedy usłyszałam jego głos, w końcu odetchnęłam.
- Mamo, przestań w końcu. Za dwa dni bedę znowu w domu. Uspokój się. - chyba się martwił tą moją histerią.
- Już ci kiedyś mówiłam, że kiedy będziesz miał swoje dzieci będziesz wiedział co ja teraz czuję. Nie mogę się nie martwić o ciebie. - zaśmiał się cicho.
- Ja wiem, wiem. Ale czasami przesadzasz Tak jak teraz.
- Może i masz rację. - westchnęłam. - Ale nic na to nie poradzę. Jak się czujesz? Wszystko w porządku? - zapytałam głosem pełnym niepokoju.
- Tak, mamo. - odpowiedział z lekkim politowaniem. - Jedziemy na Poznań autostradą.
- No to dobrze... Na Poznań... Zatrzymacie się w Poznaniu? Może ja przyjadę do was... - musiałam zacząć wymyślać, po prostu musiałam.
- Nie, mamo, przestań! Zostań w domu. Nic mi się nie stanie, nie panikuj. A poza tym nie wiem czy się tam zatrzymamy czy tylko przejedziemy przez Poznań.
- Jak to przejedziecie? To gdzie oni cię wiozą?!
- Nic mi nie będzie...
- Wiem, ale...!
- Mama... Spokojnie. Gdzieś tam się zatrzymamy, jak się zatrzymamy to się o tym dowiesz. Kocham cię, mamuś.
- Ja ciebie też - westchnęłam. - Daj mi tego pajaca. - mruknęłam na co sie zaśmiał. Po chwili znów go usłyszałam...
- I jak? Uspokoiłaś się chociaż trochę?
- Nie. - burknęłam. Zaśmiał się cicho.
- Ile razy mam ci mówić, że nic mu się nie stanie?
- Martwię się o was obu. - mruknęłam tak, że aż zwątpiłam, że mnie zrozumiał. Ale zrozumiał.
- O mnie nie musisz.
- Muszę. - chwila ciszy. - Niech tobie też nic się nie stanie. - dodałam.
- Nic się nie stanie, obiecuję. - powiedzial cicho. - Połóż się, odpocznij... albo idź do przyjaciółki. Josh, który cię odwoził, pojedzie z tobą.
- Dlaczego ma jeździć ze mną?
- Bo chcę mieć pewność, że jesteś bezpieczna. Ja też się martwię. Nie ma mnie tam, jakos muszę to zorganizować, żeby samemu też nie oszaleć z niepokoju. - parsknęłam śmiechem.
- Ty? Ciebie chyba nic nie jest w stanie pokonać... - wymsknęło mi się to. Nie miałam zamiaru tego mówić, miałam na myśli to, że tyle lat w tym ... czymś. Nie wiedziałam jak to nazwać.
- Był moment, kiedy było blisko. - powiedział po chwili. Poczułam silny skurcz w żołądku, naprawdę zabolało, aż syknęłam. - Co się dzieje?
- Nic, nic... Chyba zaczyna mnie boleć brzuch od tego wszystkiego. - chyba się zaniepokoił.
- Kurde... - zaklął cicho.
- Co?
- No nie ma mnie przy tobie. - westchnęłam.
- Nic mi nie będzie. To tylko brzuch.
- Coś co wygląda niewinnie, może się okazać czymś bardzo poważnym.
- Chcesz mnie wysłać do lekarza?
- Powinienem. - zamyślił się. - Tak, powinnaś iść do lekarza.
- Przestań. - prychnęłam.
- Mówię poważnie.
- Ja też.
- Dona. - odezwał się surowiej. Aż uniosłam brew do góry. - Proszę. - dodał o wiele łagodniej. Nie miałam siły się z nim teraz kłócić.
- Pójdę jak już wrócicie.
- Jak wrócimy będziesz się migać. - roześmiał się lekko. Sama się uśmiechnęłam.
Rozmawialiśmy jeszcze jakąś chwilę. Jechali wciąż bez przerwy nie zatrzymując się na razie. Kiedy zadzwonił znów sam za godzinę, dokładnie co do minuty, znów poczułam się trochę lepiej. Jakaś mała cząstka ciężaru spadła mi z serca. Chciałam, żeby już wrócili. Obaj.






Obrazy za oknem przesuwały się w równym tempie. Mijaliśmy przeróżne miejscowości, raz widziałem miejskie zabudowania, potem obszerne pola, na których coś już rosło bądź nie. Przejechaliśmy już dobry szmat drogi, moje ciało nie było zadowolone z siedzenia przez kilka godzin w jednej pozycji bez ruchu i dawało mi to wyraźnie odczuć. Cierpły mi ręce i nogi, bolał kręgosłup, który i tak już przeszedł uraz, więc to akurat nic nowego. Ból w plecach.
W aucie panowała cisza. Jedyne co ją zakłócało to praca silnika, który i tak nie był głośny, ale jednak. Oprócz tego od czasu do czasu ktoś się odzywał, ale nie prowadziliśmy żadnych długich rozmów. Kiedy spojrzałem na Mata zobaczyłem, że usnął. Siedział oparty bokiem o szybę i drzemał sobie. Uśmiechnąłem się lekko. Nic dziwnego, była już noc, ja sam też już byłem zmęczony.
- Jak długo będziemy jeszcze jechać? - zapytałem cicho wychylając się do facetów siedzących z przodu. Jeden z nich odkręcił głowę w moją stronę.
- Mamy w planach zatrzymać się przy granicy. - trochę mnie to zaskoczyło, choć sam spodziewałem się, że właśnie tak będą chcieli zrobić.
- A potem?
- A potem pojedziemy dalej. Nie daleko już... do najbliższego większego miasta, potem posiedzimy tak dzień i będziemy wracać. Myślę, że tylko na razie wystarczy.
Tak, odpowiedni ludzie już się zjawili i gości zabrali. Nie mogli działać na terenie Stanów, co oznaczało, że po prostu musieli urządzić sobie swoje siedziby gdzieś na terenie innych państw. Także w Polsce taka się znajdowała. Dlatego mogli tak szybko zareagować zanim polska policja o niczym nie mająca pojęcia zbytnio się w to zaangażuje. Też z tego powodu niemożności pracowania w Ameryce od razu wywieźli mnie do San Marino... wiadomo do kogo. Czasami mam wrażenie, że do dziś jestem w szoku jeśli o to chodzi.
Siedzieli wtedy w LA pod przykrywką, ale nigdy nie mogli sobie pozwolić na takie jawne działania w USA. Tak więc przez dwadzieścia lat wędrowałem z kraju do kraju kilka razy. Pamiętałem też pewną rzecz... To też często do mnie wracało...

Uparłem się i nie dali rady wybić mi tego z głowy. Powiedziałem, że muszę ją jeszcze choć raz zobaczyć po tym wszystkim. Tłumaczyłem, że muszę wiedzieć czy nic jej nie jest... A tak naprawdę chciałem zobaczyć jak wygląda. Czy naprawdę wpadła w czarną rozpacz, o czym opowiadała mi Janet. Bałem się. To nie było łatwe. Ostatnimi czasy nie poznawałem samego siebie, bałem się i oni chyba też, że się nie powstrzymam i tam do niej wypalę... Może i tak się stanie... ale musiałem ją zobaczyć.
Nie zgodzili się jednak od razu, musiałem wiercić im dziury w brzuchu przez dosłownie kilka miesięcy. Dopiero wtedy kiedy widocznie zauważyli, że nie odpuszczam i chyba nie odpuszczę w końcu wyrazili zgodę na małą konspirację. 
Siedziałem wtedy w San Marino od pół roku. Nie wyłaziłem prawie wcale na zewnątrz. Elvis stwierdził, że im dłużej mi się przygląda tym większe odnosi wrażenie, że robię się coraz mniejszy. Być może chciał zażartować, ale utrafił. Schudłem ładnych parę kilo i widać to było gołym okiem. Nie czułem się najlepiej. Miałem nadzieję, że gdy będę mógł popatrzeć na Donę choć przez chwilę poczuję się choć trochę lepiej. 
Była w Polsce. Wyjechała tam natychmiast po tym wszystkim, odcieła się od mojej rodziny. Janet próbowała się z nią jakoś skontaktować, ale... nie dawało to prawie żadnych rezultatów. Martwiłem się, by nie wpadła w depresję. Żeby nic jej się nie stało. Cale przedsięwzięcie polegało tylko na tym, by przywieźć mnie nieoznakowanym samochodem pod jej dom i zrobić coś by na chwilę z niego wyszła. To na miejscu okazało się małym problemem... Nie wiedzieli jak wywabić ją z domu.
Nie wyobrażałem sobie by miała ochotę teraz na jakieś spacery. Albo na robienie czegokolwiek poza siedzeniem w domu. Jeden z facetów poszedł na żywioł i zapukał do nich, otworzył mu ojciec. Nasz kolega próbował sprzedać mu jakąś bajeczkę, ale widać się nie udało. Musieliśmy stamtąd odjechać.
Byłem wściekły, kompletnie rozstrojony i cholernie tęskniłem. Zacząłem myślec, że to wszystko tylko pogorszy mój stan, ale nie odpuszczałem. Następnego dnia się udało. Drugi nasz kolega również improwizował, ale chyba wyszło mu to o wiele lepiej. Znów drzwi otworzył jej ojciec, ale ten nie dawał za wygraną, kiedy chciał mu je zamknąć przed nosem. Potem opowiedział co wymyślił.
Dla mnie najważniejsza była ta chwila kiedy w końcu wyszła do niego. W pierwszej chwili poczułem jak serce mi rośnie z radości... ale zaraz po tym... moja euforia szybko zniknęła. 
Nie była zadowolona z tych odwiedzin. Jej mina wyrażała wszystko dogłębnie. Była wściekła, że musiała do kogoś wyjść, kiedy akurat nie miała na to ochoty. Nasz kolega coś jej mówił, ale ona tylko kręciła głową nie chcąc się na coś zgodzić. Nawet nie zastanawiałem się co on wymyślił, nie obchodziło mnie to. Byle tylko przytrzymał ją jeszcze przez chwilę... 
W końcu powiedziała mu, żeby poszedł do diabła i schowała się w środku.
Serce biło mi mocno. Nie wiedziałem czy coś się po tym u mnie zmieniło. Wciąż za nią tęskniłem, wciąż chciałem... Co chciałem? Być z nią. 
Wyglądała... jednocześnie pięknie i strasznie. Pięknie było jej w tej luźnej sukience, jakby tunice. A straszne były jej oczy, ich wyraz. Znienawidziła chyba cały świat, włącznie ze mną. Ukryłem twarz w dłoniach...

 Z westchnieniem wróciłem do teraźniejszości. Dzieciak wciąż spał. Miałem ochotę pogłaskać go po głowie, ale bałem się, że się obudzi. Co bym mu wtedy powiedział? To byłaby co najmniej dziwna sytuacja. A jeszcze to z Doną... Jej dziwne sugestie... Naprawdę... zaczynałem myślec, że ona wie o wszystkim. Tylko niemożliwym się to wydawało z tego względu, że ona nie miała prawa po prostu się o niczym dowiedzieć, przecież nikt z nas jej niczego nie powiedział. Ja chciałem. Ale nie pozwalała mi dojść do słowa. I to było dziwne. Momentami przerażające.
Wciąż to do mnie wracało, ale jak dotąd nie umiałem sobie tego jakoś wyjaśnić. Skąd mogłaby się czegoś dowiedzieć. Z sieci? Od samego początku plotki krążą i chyba nic sobie z nich nie robiła, dlaczego teraz miałaby w nie uwierzyć? Nic nie trzymało mi się w tym kupy.
A tak w ogóle powinna mi chyba urwać łeb, a nie zacząć ze mną romansować.
Mimo wszystko i tak byłem szczęśliwy spychając to wszystkie gdzieś tam na dno. Wiedziałem, że prędzej czy później przyjdzie mi ponieść wszystkiego konsekwencje, ale odsuwałem to jak mogłem. Przecież jeszcze nic się nie dzieje, jeszcze nie teraz... Nawet przyszło mi do głowy, że... skoro ona nie chce słuchać, to może... Może po prostu tak to zostawię. Może tak będzie dobrze, łatwiej. Chciałem mieć na to nadzieję i miałem.
Ale oczywiście natychmiast znalazł się ktoś, kto obrał sobe za cel życia wybicie mi tego z głowy.
Moja siostra. Janet.

Telefon od Janet o trzeciej w nocy to norma. Ale teraz nie byłem zły, nawet się cieszyłem. Od pewnego czasu i tak nie mogłem spać, więc rozmowa może dobrze mi zrobi. Tym bardziej, że w dalszym ciągu to ona pozostawała ta osobą, która najlepiej mnie rozumiała. Zaraz po Donie, która nawet teraz potrafiła wszystko ze mnie wyciągnąć w ciągu kilku minut. LaToya może też trochę ma w tym swojego wkładu, bardzo się zmieniła przez te lata. Kiedy zdecydowałem się na tą szopkę, martwiłem się też o nią. Wiedziałem, że jeśli znów wpadnie w jakieś kłopoty, ja jej już nie będę mógł pomóc, będzie zdana sama na siebie, bo inni już dawno jej to zapowiedzieli, że nie będą jej za uszy wyciągać z kłopotów Tylko ja zawsze leciałem z zakasanymi rękawami i wszystko odkręcałem. Jak jej niańka. 
I można by powiedzieć, że moje obawy się sprawdziły. Napytała sobie biedy i to poważnej. A ja byłem wściekły. Po pierwsze, na nią oczywiście, bo wciąż była taka nieodpowiedzialna. Wiedziała, że nie będę mógł jej pomóc, nie miałem pojęcia co sobie wtedy myślała, że 'zza grobu' machnę różdżką i jak zwykle wszystko rozejdzie się po kościach? Nie mogłem nawet anonimem nikomu w łape dać, bo wszystko oddałem żonie. Dopiero po kilku latach kiedy wszystko się ustabilizowało włączyłem się ponownie do świata muzyki, ale teraz było już spokojnie. Utwory, które wydawałem nosiły miano 'archiwalnych' i mówiło się, że napisałem je i skomponowałem jeszcze przed śmiercią po czym schowałem do szuflady. Tak dorobiłem się podobnego majątku, który miałem przed' śmiercią'. Ale teraz już przynajmniej żadna szuja nie próbowała mnie zgnębić. To był chyba największy plus całej sytuacji. Po drugie, byłem zły na siebie, bo istotnie właśnie nic nie mogłem zrobić. Bądź co bądź, to moja siostra  i wściekałem się, że musi siedzieć  w tym sama.
Ale kiedy LaToya tego jednego razu dostała po plecach w końcu chyba zaczęła się ogarniać. Stała się bardziej uważna, zważała na to co mówi i gdzie, jak się zachowuje. Nie zajęło jej zbyt wiele czasu na upodobnienie się do Janet. Chyba nawet to z niej zaczęła brać przykład, i dobrze. Cieszyłem się i odetchnąłem z ulgą. Od tamtego czasu nie pakowała się już w żadne poważne kłopoty. 
Teraz dzwoniła Janet i pytała z uśmiechem na ustach z pewnością co u mnie. 
-  Wszystko w porządku. - odpowiedziałem śmiejąc się pod nosem. 
- Właśnie widzę. Śmiejesz się, aa to była rzadkość ostatnimi czasy. - zauważyła. Zagryzłem lekko wargę. Wiedziałęm jak ona się odnosi do tego wszystkiego co robiłem ostatnio. - A jak Dona?- normalne, zawsze o nią pytała. 
- A ty z nią nie rozmawiasz że mnie o to pytasz?
- Rozmawiam. Ale nie mogę jej powiedzieć wszystkiego, a ona też wszystkiego mi nie mówi. - stwierdziła. To mnie zaciekawiło.
- Czego ci nie mówi?
- Nie wiem. Ale za każdym razem gdy z nią rozmawiałam przez telefon czuję wyraźnie, że stara się nie wejśc na jakiś temat, który spowoduje to, że coś z niej wyciągnę. Mam podejrzenia czego to dotyczy Dlatego dzwonię. - poczułem ścisk w brzuchu. Moja siostra miała bardzo dobrą intuicję.
- Jakie masz podejrzenia?
- Że chodzi o ciebie. Powiedz mi co się tam dzieje. - westchnąłem.
- Nic. Co ma się dziać...
- Właśnie nie mam pojęcia. Ale jej enigmatyczne odpowiedzi i twój uśmiech dzisiaj każą mi sądzić, że coś się święci. 
- Niby co?
- Nie wiem... To znaczy domyślam się, ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. 
- Do czego, gadasz tak jakbym miał kogoś zamordować! - prychnąłem, ale domyślałem się co jej chodzi po głowie. Kiedy jej o tym powiem, pewnie wpadnie w szał.
- Wiesz doskonale o czym mówię. - przez chwilę nic nie mówiłem.
- Nie, nie mam pojęcia. - zaoponowałem. Chyba naprawdę chciałem iśc w zaparte. 
- Wiesz dobrze! Ja czuję katastrofę, weź.. Zrób coś zanim ta katastrofa się wydarzy!
- Robię cały czas. - westchnąłem. 
- To znaczy? - zapytała natychmiast.
- To znaczy... Że staram się jakoś... - westchnąłem znów. - Nie mogę przechodzić obok niej obojętnie, Janet. Ani obok syna. 
- Jesteś samolubnym egoistycznym gnojem, Michael. Wiesz o tym? - trochę mnie tym podgrzała, ale w sumie... miała rację.
- Tak? Staram się ich chronić, to źle?! Po to tutaj jestem!
- To chroń ich tak, żeby ona więcej PRZEZ CIEBIE nie cierpiała. - wciągnąłem powietrze głęboko do płuc przymykając oczy. 
- Dobrze wiesz... że zrobiłem to własnie po to... - zacząłem starając się nad sobą panować. 
- Wiem, ale to nie zmienia faktu, że jesteś chujem, zwłaszcza teraz! Ja ci mówiłam już wielokrotnie co masz zrobić! Nie sluchasz mnie w ogóle! Nic nie robisz!
- Robię! Właśnie, że robię... Staram się przynajmniej. - wyburczałem.
- Tak? To słucham. Co takiego starasz się zrobić?
- Powiedzieć jej o wszystkim! - wycedziłem do telefonu. Chyba zaniemówiła na moment. Byc może sie nie spodziewała.
- I co...?
- Nic. Ona zamyka mi gębę rozumiesz? Nie chce mnie słuchać. Kiedy rozmawiamy normanie, jest dobrze, ale jeśli mówię, że chcę jej coś powiedzieć, zamyka mi buzię! Nie pozwala mi nic powiedzieć. Za każdym razem!
Chyba ją to zastanowiło. Ale nie miała pojęcia o co chodzi.
- Nie wiem co ci powiedzieć, Mike. Cieszę się, że w ogóle próbujesz. 
- Tak, raczej próbowałem. - burknąłem znów.
- Co znaczy próbowałem? 
- To, że... W ogóle mam takie wrażenie, że... ona o wszystkim wie.
- CO?! Jak może wiedzieć i być taka spokojna?! Przecież oboje ją znamy i możemy się tylko domyślać jaką apokalipsę ci ona za to zrobi! 
- No... ja też byłem takiego zdania, przynajmniej do niedawna. 
- Próbuj dalej, przecież w końcu musisz jej powiedzieć. Nie wiem, może ona myśli, że chcesz jej powiedzieć, że masz żonę, dwójkę dzieci, psa, kota i pięć rybek w akwarium? 
- Ta żona i dzieci to by się zgadzały, poniekąd. - prychnąłem. - Dziecko mam jedno. Poza tym...
- Co?
- Moze tak powinienem zrobić... Nic jej nie mówić. Skoro ona nie chce słuchać to...
- ZGŁUPIAŁEŚ?! - aż podskoczyłem od jej wrzasku. Wiedziałem, że tak będzie.
- Wiedziałem, że tak zareagujesz. - westchnąłem.
- To po o opowiadasz te bzdury?!
- Bo może właśnie tak ma być? Może... tak powinienem zrobić, może w tej sytuacji to jedyne wyjście. 
- Jesteś nienormalny! - wysyczała. - Jak możesz w ogóle o czymś takim myśleć! A dzieciak? Jemu próbowałeś cokolwiek powiedzieć? Czy tylko jej?
- Nie, tylko jej... A Mat... W sumie nie wiem co gorsze... Czy gdyby ona mnie znienawidziła czy on... Nie wiem. Nie chcę stracić żadnego z nich. Może zwłaszcza jego, bo... Chociaż ją kocham to wiem, że ta miłość może okazać się niewystarczająca by mi to wybaczyć, a on... 
- Masz nadzieję na jakieś więzi rodzicielskie? 
- Nie wiem... - westchnąłem zrezygnowany. 
- Może tak być, ale na twoim miejscu nie liczyłabym na zbyt wiele. On lgnął do ciebie od samego początku więc może coś w tym jest, ale...
- Wiem co masz na myśli. 
Znów nastała chwila ciszy. Myślałem. Nie wiedziałem co zrobić. 
- I co? Wymyśliłeś coś?
- Nie. - prychnęła.
- Ja już ci powiedziałam co powinieneś zrobić. Mimo wszystko. Nawet tego, że ona nie chce tego słuchać. 
- Ale jak ja mam jej to powiedzieć skoro ona za każdym razem zamyka mi usta pocałunkiem!! - warknąłem.
Trochę się zagalopowałem. Nie chciałem nic mówić o żadnej zażyłości, wiedziałem, że Janet się wścieknie. I nie pomyliłem się.
- Jakim pocałunkiem?! Ty jesteś CHORY!!! 
- Przestań, proszę cie! - warknąłem.
- Co się tam dzieje skoro dochodzi do CZEGOŚ TAKIEGO?!
- NIC się nie dzieje strasznego!
- NIEEEE?!! A co to twoim zdaniem jest?! PATOLOGIA!!! Mówi ci to coś?!
- Nie przesadzasz troszeczkę?! 
- JA?! To ty upadłeś na głowę! Jak oni w ogole mogli ci pozwolić tam polecieć! Przecież to od razu było wiadome, że ty nie usiedzić z daleka od niej! Powinieneś siedzieć wciąż na dupie w Kanadzie!!!
- Janet...! Błagam cię! Chociaż spróbuj mnie zrozumieć...
- Tego się NIE DA zrozumieć w ŻADEN sposób! I ja nawet nie będę PRÓBOWAĆ! Posłuchaj! Coś takiego jest gorsze niż obrzydliwe! Nie mieści się w definicji człowieczeństwa! Nawet zwierzęta tak nie robią! Jeśli będziesz w to dalej brnąć, ja ci przysięgam, że się ciebie wyrzeknę na śmierć! - nie miałem pojęcia dlaczego, ale jej ostatnie zdanie trochę mnie rozbawiło.
- O śmierci już coś wiem, dzięki.
- To nie są żarty, Mike! Opamiętaj się...! Ja nie mam pojęcia jak ja mam ci to powiedzieć tak, żebyś to ZROZUMIAŁ!  - westchnąłem. Zaczynała mnie boleć głowa...
- Ja to rozumiem Janet. - powiedziałem w końcu.
- Nie wydaje mi się!
- Naprawdę. Ja wiem, że wszyscy na około macie rację. - przerwałem na chwilę. A potem zaczął znów. - Ale nie jestem w stanie panować nad tym co czuję. 
- Nad tym co CZUJESZ?! Słuchaj, ja ci to bardzo szybko uproszczę! Wtedy będzie ci bardzo łatwo nad tym PANOWAĆ! To nie jest MIŁOŚĆ! Zachowujesz się jak samiec w rui! Gorzej! Bo nawet małpy w buszu podchodzą do samic bez TAKICH tajemnic! 
- Panuj nad słowami, dobrze? - zdziwiłem się, że nie krzycze, a naprawdę mnie to wkurwiło. Wiedziałem o co jej chodzi. A to nie była prawda. Może byłem nawet niespełna rozumu już w tym momencie życia, ale wciąż się zastanawiałem... Dlaczego do cholery jasnej NIKT, dosłownie NIKT nie chce nawet RAZ SPRÓBOWAĆ postawić się na moim miejscu i zastanowić się przez chwilę nad tym co ja mogę czuć i przeżywać przez te wszystkie lata?! 
I wtedy przypomniało mi się, że jednak jest taka jedna osoba na całym świecie, która doskonale wie co przeżywam i doskonale mnie rozumie. Potrafi też od czasu do czasu wesprzeć jakimś słowem. Rzadko, ale w najodpowiedniejszych momentach. Wtedy także. Nie wiedziałem jak mu się udaje utrafić w takim moment kryzysu jak ten. Ale po rozmowie z Janet dostałem maila. Zdawał sobie sprawę z przeżywanych emocji, z rozdarcia emocjonalnego, ze strachu i bólu z jednej strony, a miłością, tęsknotą i marzeniem o normalnym życiu z drugiej. Napisał mi tak...

Nie wielu na świecie jest ludzi, którzy z czystym sumieniem i ręką na sercu powiedzą ci, że wiedzą co w życiu robić tak, by było dobrze. Nikt tak naprawdę nie ma pojęcia na czym ten świat stoi, więc tak naprawdę nikt nigdy nie podejmie naprawdę właściwej decyzji, bo taka nie istnieje.
Dobre rady są na wagę złota, ale najczęściej to złoto ma też swoją cenę i WAGĘ właśnie. Zależnie od przeżywanych problemów waga konsekwencji podejmowanych decyzji będzie cięższa lub lżejsza. Będziesz mógł to unieść lub nie. Ale to wcale nie znaczy, że nigdy nie będziesz mógł już tego poruszyć. Zawsze warto jest próbować jeszcze raz i jeszcze, nawet jeśli to z czym będziesz się zmagał przesunie się tylko o milimetr, to już wielki sukces, bo jednak udało ci się to poruszyć. Nie podniesiesz tego, ale przeciągniesz dalej na przód na pewno.
W tym leży właśnie różnica pomiędzy suchym pojmowaniem świata przez ludzkość, która żyje w wyćwiczonym systemie życiowym, z dnia na dzień, a tymi, którzy muszą czasami nawet przed tym życiem uciekać. Rady przyjaciół i rodziny są dobre, ale nie sa WYZNACZNIKIEM decyzji, którą masz podjąc Posłuchaj przede wszystkim SIEBIE i tego co TY czujesz. Jeśli kochasz idź za tym. Jeśli ona cię kocha, to pójdzie razem z tobą. Nie ma innego finału tej całej historii. 

 Czytałem tego maila kilkadziesiąt razy i znałem go już na pamięć. Wyrecytowałem go sobie w myślach patrzą na swojego synka, który spał dalej oparty o szybę. Nie wiedziałem co będzie dalej, ale udało mi się podjąc przynajmniej jedną decyzję dotyczącą bieżących wydarzeń. Czułem, że ona wie, dlatego nie chciała bym mówił. Widocznie trzeba na to czasu. Jeśli to sprawi, że po wszystkim nie wykrzyczy mi w twarz, że mnie nienawidzi i że złamałem życie jej i naszemu synowi to będę milczał do momentu, aż prawda będzie mogła wyjśc na jaw. Nie popełnię też starych błędów. Ja wiedziałem, że ona wie, a ona wiedziała, że ja się tego domyślam. Nie miałem zamiaru ruszać się ani na krok. Miałem o co walczyć.

piątek, 9 grudnia 2016

Resurrection. - 19.

Witam! Nareszcie jest, już myślałam, że nie skończe tego przed świętami. :| Nauka zwaliła się na kupę ze wszystkiego, siadałam kiedy mogłam i pisałam po kawałku co mnie wkurzało i mam wrażenie, że to dupa nie rozdział, ale lepszy to chyba nie będzie. A jeśli chodzi o następny to możliwe, że czekać też będzie trzeba z tydzien co najmniej. No cóż, siła wyższa. xD Zapraszam. :)
***



- Uciekasz już...? - usłyszałam za sobą, kiedy zaczęłam zbierać swoje rzeczy.. A raczej ten ręcznik, który leżał na podłodze, moje ciuchy zostały od wczoraj w łazience. Chciałam się do nich jakoś dostać. Mimo wszystko jakoś nie uśmiechało mi się latać przed jego nosem z gołym tyłkiem, co by nie mówił przez ostatnie kilka godzin, ja nie czułam się jak jakaś bogini. Zresztą już się chyba napatrzył. Może i coś sobie ubzdurałam, ale to nieważne. Spojrzalam na niego przez ramię i uśmiechnęłam się lekko. Leżał na boku i obserwował mnie uważnie, jak sięgam ten ręcznik przyciskając do siebie kołdrę. Sam chyba niczego się nie krępował.
- Tak, chyba już najwyższa pora... - odpowiedziałam, ale nie zdążyłam nawet dokończyć swojej myśli. Poczułam jak mnie obejmuje. Przysunął się do mnie blisko w mgnieniu oka i przycisnął do siebie.
- Nic ci nie ucieknie. - wymruczał cicho i pocałował lekko moje odsłonięte ramię. Wzdrygnęłam się lekko. Przeszły mnie ciarki... bardzo przyjemne. - Zostań ze mną. - szepnął znów wciąż nie pozwalając mi się od siebie oddalić.
- Przecież byłam z tobą przez kilka godzin...
- Ale zostań jeszcze, proszę. - szepnął znów i przytulił się do moich pleców. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Był taki całuśny i łasił się...
Był dokładnie taki sam jak kiedyś. Tak samo mnie dotykał, tak samo całował, w taki sam sposób umiał mnie sobie urobić. Nie mogłam mu odmówić po prostu, nie chciałam. Nie chciałam tracić kontaktu z jego skórą, była taka ciepła... Westchnęłam cicho kiedy zaczął całować namiętnie moją szyję. No nie mogłam się opierać... Odwróciłam się nieco bokiem i przyłożyłam dłoń do jego policzka. Spojrzał na mnie.
- Zostanę. - powiedziałam na co uśmiechnąc się zadowolony. Aż sama się zaśmiałam na ten widok. Ale i tak nie przestał mnie całować. - Ej, powiedziałam już, ze zostanę. - mruknęłam kiedy przyciągnął mnie do siebie i znów zaatakował moją szyję a po chwili zszedł na dekolt. Poczochrałam mu lekko włosy. Zachichotał cicho. - Jesteś nieznośny! - próbowałam go odepchnąc, ale sie nie dał.
- Ale to przecież nic nie przeszkadza, żeby... - zaczął, ale teraz ja mu przeszkodziłam.
- Przeszkadza, bo ja muszę się ubrać. - powiedziałam znów podnosząc się i zawijając w kołdrę.
- Kiedyś nie byłaś taka wstydliwa. - wypalił. Poruszyłam nieco brwiami, ale nie zauważył tego. Za to ja w lustrze przed sobą widziałam dokładnie jak się skrzywił i zacisnął pięści na prześcieradle. Syknął coś cicho... Podpierdoliłeś się, kochany.
- Kiedyś. - mruknęłam bez niczego. - Teraz mam dwadzieścia lat więcej. - patrzył na mnie wielkimi oczami. Odwróciłam się do niego. - No co?
- Nic. - popatrzylam na niego przez chwilę a potem ruszyłam w stronę łazienki.
- Muszę się ubrać. - mruknęłam przerywając ciszę.
- Nadal uważasz, że posiadasz jakieś mankamenty? A co ja mam powiedzieć? To raczej ja powinienem jęczeć, nie ty. - podszedł do mnie i przytulił mnie obabuloną taką w tą pościel. Popatrzyłam na niego z politowaniem.
- Niczego ci nie brakuje. - mruknęłam znów spuszczając głowę.
- Tobie tym bardziej. - zmusił mnie bym na niego spojrzała chwytając mnie za podbródek. - Przecież bym cię nie okłamał. - to stwierdzenie w moich uszach brzmiało co najmniej dwuznacznie odnoście całej sytuacji... ale to nieważne
- Naprawdę? - uśmiechnęłam się smutno.
- Naprawdę. - chwycił moją twarz oburącz patrzac mi w oczy. - Powiedziałbym ci wszystko. - zapewnił po czym pocałował mnie delikatni jakby na potwierdzenie tych słów.
- Wszystko? Nawet jeśli to by sprawiło, że kazałabym ci się wynosic z mojego życia? - zapytałam cicho spoglądając na niego. Zająknął się. Patrzyl na mnie skołowany. Uśmiechnęłam się.
- Dona... czy ty... - zaczął kulawo.
- Co ja?
- Dajesz mi jakieś sugestie... Dowiedziałaś się... słyszałaś coś na mój temat niepochlebnego czy co...? - wydukał w końcu. Patrzyłam mu przez moment w oczy.
- Nie, niczego takiego nie słyszałam. - jakby odetchnął. Chyba zaczynał podejrzewać, że coś wiem. Nieważne. Nic nie mów, Mike...
- To dlaczego... - zaczął, ale nie zdążył dokończyć. Wspięłam się na palce i objęłam go mocno za szyję ściskając jak najdrogocenniejszą rzecz na świecie. Bo był mi najdroższy. Kołdra ześlizgnęła się ze mnie... Poczułam jego ciepłe dłonie na sobie. To było o wiele lepsze niz jakiekolwiek okrycie. Zagarnął mnie do siebie całą, tulił nerwowo jakby ktoś miał mnie mu zaraz zabrać Przeczesywałam jego włosy palcami i chłonęłam zapach ciała, wtuliłam twarz w jego szyję, a potem odsunęłam się nieco i wpilam w jego usta.
Nie pogłębiałam pocałunku i on też tego nie robił. Po prostu trwaliśmy tak przez ten czas, aż po kilku minutach oderwaliśmy się w końcu od siebie... Przełknęłam ślinę patrząc na niego... Wzrok miał pełen obłędu. Jakby coś nie dawało mu wiecznie spokoju. Ja wiedziałam co. Ale nie chciałam by cokolwiek mówił. Ani teraz ani nigdy. Tak jest dobrze.
Zadrżałam cała na ciele, kiedy się odezwał...
- Dla mnie jesteś najpiękniejsza, zawsze i wszędzie... - wstrzymałam oddech patrząc na niego. Czułam wyraźnie jak dłonie mu drżą. Przeżywał... ja zresztą też... - Kocham cię teraz i zawsze i nawet... po śmierci... - wydukał krzywiąc się lekko. - Zawsze... - zaczął szeptać. Sama zaczęłam cała drżeć. - Dona, ja muszę ci coś powiedzieć. - jego głos nagle nabrał hardości. A ja cała skręciłam się boleśnie w sobie. Nie, błagam... - Dona, ja... - chwycił mnie za ręce swoimi drżącymi. Patrzylam na niego przerażonym wzrokiem... - Ja chcę żebyś ty wiedziała, że naprawdę cię kocham, że zrobiłbym dla ciebie wszystko, nawet coś niedopuszczalnego, niewybaczalnego i zrobiłem to...
- Przestań. - szepnęłam. Pokręcił tylko głową.
- Ja chciałem...
- O niczym mi nie mów, człowieku, ja nic nie chcę wiedzieć, rozumiesz? - wpadłam mu kolejny raz w słowo, ale on chyba nic sobie z tego nie robił. Obrał sobie za cel zrobić to co chciał i chyba nic go nie obchodziło. A ja nie chciałam nic wiedzieć, naprawdę.
Kiedy znów zaczął swój wywód, chwyciłam go oburącz za twarz i wpiłam się w jej usta zapierając mu dech. Chciałam go uciszyć i to chyba okazało się do tego najlepszym sposobem. Zamknięcie mu ust pocałunkiem. Powinnam to zrobić od razu. Na chwilę go to rozproszyło sądząc po tym cichym mruczeniu pełnym zdezorientowania, ale potem po jakiejś chwili objął mnie czule gładząc skórę na plecach i oddał pocałunek z całą mocą na jaką tylko go było stać.
Wplotłam palce w jego włosy przeczesując je raz po raz. Miałam nadzieję, że to wystarczy by zapomniał co chciał mi powiedzieć. Że w ogóle chciał mi coś powiedzieć. Ale kiedy się już od niego oderwałam okazało się, że się zawiodłam na własnych oczekiwaniach.
- Dona, czy za każdym razem będziesz mi tak zamykała gębę? - zapytał patrząc mi w oczy. Był skołowany, było to widać od razu na pierwszy rzut oka, ale co ja mogłam... nie chciałam.
- Tak. Jeśli będziesz chciał opowiadać mi bzdury... - nie wiedziałam czy on domyśla się już, że ja wiem, ale wytrzeszczył na mnie oczy.
- Bzdury? To nazywasz bzdurami? Dona, ja przecież... - zaczął znów, ale tym razem przerwało mu co innego i byłam z tego powodu bardzo zadowolona. Przynajmniej do czasu.
Zadzwonił mój telefon, do któego natychmiast podbiegłam nie pozwalając mu się zatrzymać, a próbował. Próbował mnie złapać bym go nie odebrała ale udało mi się to zrobić. Odwróciłam się do niego plecami przykładając aparat do ucha.
- Halo, słucham? - odezwałam się. W telefonie rozległ się kobiecy głos. Poznałam tą kobietę, to była dyrektorka szkoły do której teraz chodził mój syn... Była dość zdenerwowana. Kazała mi przyjechać do szkoły, jak najszybciej. Od razu wszystko zacisnęło mi się w środku. Ton jej głosu nie wskazywał na to, że stało się coś przyjemnego...
- ALe co się stało, dlaczego dzwoni pani tak nagle? Coś się stało z moim synem? - zarzuciłam ją od razu pytaniami. Poczułam jak... Mike... miałam go tak nazywać w swoich myślach...? Obejmuje mnie delikatnie i przygląda się. Chyba już wyczuł, że coś się stało.
- Jakby to pani powiedzieć... - usłyszałam w odpowiedzi. Kobieta starała się dobrać tak słowa, by nie zabrzmiały tak poważnie jak są w rzeczywistości.
- Niech pani mówi.
- Mateusza ktoś... zaczepił w szkole. - chwila ciszy.
- Zaczepił? - od razu domyśliłam się, że to nie była zwykła zaczepka.
- Tak, to znaczy... Nie chcę pani denerwować, chłopakowi nic się nie stało. Nasza ochrna natychmiast zareagowała...
- Co się stało?!
- Dwóch mężczyzn weszło do budynku szkoły i szukało go. Nikt niczego się nie spodziewał, więc szybko go odnaleźli i... - odchrząkneła cicho. - Chyba czegoś od niego chcieli. Chłopak się im postawił i trochę go poszarpali ale poza tym nic mu nie jest...
Poczułam jak lecę. Zamroczyło mnie na chwilę, zobaczyłam czarne mroczki przed oczami. Gdyby on mnie nie złapał pewnie rozłożyłabym się na podłodze jak długa.
- Dona?! Co się stało? - usłyszałam jak do mnie mówi cały zdenerwowany. Patrzyłam na niego wielkimi oczami w pierwszej chwili nie wiedząc nawet gdzie jestem. Potem do mnie dotarło. Rozłączyłam się nawet nie zastanawiajac się czy powiedzieć jeszcze coś tej babie czy nie.Obchodziło mnie teraz już tylko jedno. Musiałam jechać do tej szkoły i zabrać go do domu. Musiałam wiedzieć czy na pewno nic mu nie jest czy jest cały i zdrowy.
- Dona... - usłyszałam znów gdy pomagał mi się podnieść i  stanąć na nogi.
- Musze jechać do szkoły. - wymamrotałam czując jak kręci mi się w głowie.
- Co się stało? - zapytał natychmiast, ale moja mina chyba musiała mu coś powiedzieć, bo... momentalnie zbladł. Jakby zobaczył żywą śmierć.
Ja pewnie nie wyglądałam wcale lepiej...



Jej mina mi się nie podobała. Zresztą... cała ta sytuacja... Ona musiała coś wiedzieć. Te jej słowa... dały mi coś do myślenia, ale nie miałem pojęcia jakim sposobem miałaby się dowiedzieć czegokolwiek. Odrzuciłem to wszystko na bok, co nie było trudne biorąc pod uwagę to, że byłem pewny, że gdyby wiedziała cokolwiek tak naprawdę, już by jej tu nie było. A była, cały czas. Nie oddaliła się ode mnie ani o milimetr. Przeciwnie.
Ale teraz nie to mnie martwiło najbardziej, chociaż może powinno. Jej twarz... wyrażała prawdziwe przerażenie. Coś się stało, wiedziałem to od razu, nie wiedziałem tylko dokładnie co. Ale miałem zamiar się tego natychmiast dowiedzieć. Patrzyłem na nią dosłownie przez chwilę po czym uderzyło to we mnie jak grom. Coś musiało stać się z naszym synem... nawet nie chciałem sobie wyobrażać co. Nic innego nie mogło sprawić, że prawie zemdlała.
- Coś z Matem, prawda? - powiedziałem wciąż trzymając ją za ramiona by nie upadła na ziemię. Wyglądała mi na nie pewną jeśli o to chodzi, wolałem ją przytrzymać... Była blada, pewnie ja też. Czułem jak krew odpływa mi z twarzy. Zrobiło mi się zimno. Jeśli coś się z nim stało to mogło to oznaczać tylko jedno. I ja wiedziałem co. I wcale nie czułem się przez to spokojniejszy, że to wiem.
- Tak. - odpowiedziała trząsącym się głosem. Zresztą cała się trzęsła. Przycisnąłem ją natychmiast do siebie gładząc pod włosach. Nie wiem co starałem się zrobić w tej chwili. Uspokoić ją? Sam nie mogłem się uspokoić, a co dopiero uspokajać kogoś. Kimkolwiek ten ktoś jest.
- Co się dokłądnie stało, powiedz mi, proszę...
- Zaatakowali go! Znowu! Ja tego dłużej nie wytrzymam! - zaczęła szlochać. Wtuliła się we mnie jak bezbronne dziecko szukające pomocy i bezpieczeństwa. Ale ja sam nie miałem pojęcia co zrobić... Szumiało mi w głowie... Musiałem się uspokoić, zacząć myśleć trzeźwo i zimno. Pierwsze co, to musieliśmy po niego jechać.
- Posłuchaj - zacząłem chwytając jej twarz oburącz i patrząc jej z bliska w oczy. - Ubierz się, pojedziemy po niego razem. - powiedziałem gładząc kciukami jej policzki. NIe protestowała.
W ciągu kilku minut byliśmy gotowi i biegiem prawie lecieliśmy na dół do auta. Nogi mi się trzęsły, w sumie to nie wiedziałem co zrobię, ale wiedziałem jedno. Musiałem zobaczyć swoje dziecko. I ona a pewno myślała o tym samym, kiedy siedząc już  w aucie patrzyła na mnie przestraszona.
Widziałem jak kocha tego dzieciaka. Była przerażona. Nie jedna matka wyglądała nie raz bardziej opamiętale niż ona teraz. Po prostu... jej instynkt macierzyński wciąż musiał być bardzo silny. Niektóre kobiety z pewnych rzeczy po prostu nic sobie nie robią, nawet jeśli chodzi o ich własne dzieci. Dona była inna. Zresztą, ona pod każdym względem była inna, więc nie byłem zdziwiony tą reakcją. Mnie samemu też trzęsły się ręce, ledwo byłem w stanie kierować. Miałem nadzieję, że uda mi się dojechać do tej szkoły nie powodując żadnego wypadku drogowego.
- Już jesteśmy skarbie. - powiedziałem cicho spoglądając na nią i chwytając ją lekko za rękę. Spojrzała na mnie kompletnie przerażona.
- Nie wiem już co robić. - szepnęła wciąż patrując się w moje oczy. Zacisnąłem usta.
- Posłuchaj... Ja wiem, że marne będzie moje pocieszenie, ale zaufaj mi... Nic mu nie jest i nic mu się nie stanie, rozumiesz? Nie pozwolę na to. - podniosłem drugą rękę i pogładziłem znów jej policzek. Wciąz na mnie patrzyła tym przerażonym wzrokiem. - Chodźmy. Zaraz go zabierzemy i pojedziemy do domu.
Tak zrobiliśmy, wysiedliśmy z tego auta i polecieliśmy  w stronę wejścia do budynku. Nie miałem stuprocentowych dowodów na to co myślałem, ale kto inny to mógł być niż ONI? Uwzięli się kiedyś na mnie, a teraz na niego i wiedziałem, że tak łatwo nie odpuszczą. Od ostatniego incydentu na tym koncercie minęło już trochę czasu, ale ja wiedziałem, że w końcu coś musi się stać. Być może to wykrakałem, ale to było nie do uniknięcia.
Miałem jednak w sobie pewną siłę. Co by się nie działo później, Dona była teraz ze mną, a ja nie miałem zamiaru jej opuszczać już nigdy, choćby kosztem najwyższej ceny. Cokolwiek by nią było, nawet moje własne życie. Myślałem, że może uda mi się naprawić stary błąd. Może. Nie byłem pewny. Ale chciałem być z nimi i to była jedna z tych sytuacji, kiedy musiałem. I byłem.
Dona prawie wyrwała drzwi by dostać się w końcu do środka i pewnie pognałaby biegiem gdybym jej nie złapał. Spojrzała na mnie załzawionymi oczami.
- Oddychaj. Nic mu nie jest. Musisz panować nad emocjami, ja rozumiem, że jesteś matką, ale wpadniesz w nerwicę, jeśli nie postarasz się choć trochę uspokoić. Nic mu się nie stało, to najważniejsze, resztą się już zajmiemy. - powiedziałem do niej cicho. Przez myśl przemknęło mi, że może powinienem zadzwonić do facetów, ale nie było czasu. Co bym jej nie powiedzial i tak się gorączkowała.
- To nie takie proste. - powiedziała spoglądając na mnie. - Mam tylko jego tak naprawdę... - ścisnęło mnie  w żołądku. Objąłem ją z lekkim wahaniem, ale nie odepchneła mnie. Przyciągnąłem ją do siebie tuląc i wyszeptałem jej do ucha...
- Nie jesteś sama. Jestem z tobą, wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi. - pocałowałem ją w czubek głowy, a potem oboje na siebie spojrzeliśmy.
- Ufam ci. - objęła mnie i przytuliła mocno, poczułem jak wplata palce w moje włosy. - I też cię kocham. - dodała cichutkim szeptem.
Nie zdążyłem nawet powiedzieć jednego słowa. Wmurowało mnie to, przez moment patrzyłem na nią jak idzie po schodach na hol szkolny. Ruszyłem za nią, sam nie wiedziałem co się ze mną dzieje, ale nagle zza jakiegoś filaru wyskoczyła jakaś kobieta. Widać było, że jest zdenerwowana. Stanałem gdzieś z tyłu, nie zauważyła mnie, trajkotała coś do Dony...
Rozglądałem się nieco. Nie wiedziałem czego szukam, ale nie czułem się tam bezpiecznie w tym momencie i chciałem jak najszybciej zabrać syna z tego budynku. W końcu podszedłem bliżej i złapałem DOnę za ramię. Ta kobieta chyba była nauczycielką w tej szkole, wytrzeszczyła na mnie oczy...
- To jest dyrektorka, ona zadzwoniła. - Dona wyjaśniła mi całą sprawę. - Policja już jest, muszę z nimi porozmawiać, wiedzą o tym, że ktoś już dwa razy chciał mu coś... - trząsla się znów.
- Uspokój się. Ja po niego pójdę, a ty idź z panią... Zaraz go zobaczysz.
Nie byłem pewny czy to ją uspokoiło, ale kiwnęła głową. Dowiedziałem się gdzie się znajdują, tak więc poleciałem tam. Nie spodziewałem się tylko, że nie odseparują tych gnoi od niego tylko wszyscy radośnie będą sobie siedzieć w jednej klasie!
Kiedy tam wpadłem, aż mnie cofnęło. Znałem te mordy. Nie potrzebowałem nawet oglądać tych tatuaży na szyjach, pamiętałem te gęby sprzed wielu lat, już miałem z nimi do czynienia jeszcze zanim... Że nadal im się chce w to bawić. Ale nieważne.




Wytrzeszczyli na mnie oczy wszyscy, a już zwłaszcza oni, kiedy wystrzeliłem w stronę dzieciaka, który, tyle dobrego, że siedział na drugim końcu klasy. W środku też był policjant, który pilnował tych dwóch... Ktoś mądry przynajmniej ich skuł.
Mat chyba też był zdziwiony akurat moim pojawieniem się, zapytał gdzie jest mama. Powiedziałem, że poszła z dyrektorką, a my musimy się szybko zbierać. Pierwotnie miałem zamiar przywieźc ich do domu, ale teraz wiedziałem, że to nie będzie dobre posunięcie. Jeśli tu byli, to na pewno nie byli tylko oni sami, ktoś musiał być na zewnątrz i obserwować całą sytuację. A więc z całą pewnością widział mnie i Donę. Nie mogłem tak po prostu odstawić go do domu. I musiałem zadzwonić do facetów.
Bez słowa zacząłem zbierać rzeczy syna  i wcisnąłem mu je w ręce ciągnąć do wyjścia. Policjant, który tam nagle się ożywił. Zatrzymał mnie i zaczął coś gadać, ale kompletnie go nie zrozumiałem.
- Mówi, że muszę tu zostać i złożyć zawiadomienie. - Mat przetłumaczył mi to wszystko. Spojrzałem na faceta. Nie miałem zamiaru tu stać i czekać.
- Niczego nie będziesz teraz skladał, dziecko. - powiedziałem w końcu. - Idź, wychodzimy... - facet znów coś powiedział.
- On cię chce skuć. - mruknął młody. Spojrzałem znów na faceta, który zbliżył się do mnie, chyba naprawdę chodziło mu to po głowie. Znów coś powiedział, ale mu przerwałem.
- To zbyt duża sprawa na wasze delikatne móżdżki, masz, zadzwoń pod ten numer. - rzuciłem mu pewną wizytówkę. - Ktoś odpowiedni skontatuje się z wami, do widzenia! - nie miałem pojęcia czy ktoś wytłumaczył mu o czym mówiłem czy może sam coś zrozumiał, nie obchodziło mnie to. Musiałem zrobić już tylko jedno. - Posłuchaj mnie... - zacząłem zatrzymując go. - Ja muszę zadzwonić. Zaprowadzę cię teraz do matki, zaczekacie na mnie. Dobrze? - kiwnął tylko głową. Nie wiedziałem co myślał, ale przyglądał mi się co chwilę kiedy schodziliśmy na dół. Dona już pędziła w naszą stronę.
- Mateusz, Jezu...! - i tak dalej. Nie byłem zdziwiony ani nie miałem do niej o to żadnych pretensji. Mimo tego co jej powiedziałem i tak wiedziałem, że uspokoić się dopiero wtedy gdy go zobaczy i sama własnoręcznie sprawdzi czy na pewno nic mu nie jest.
- Dona. Posłuchaj mnie... - udało mi się jakoś zwrócić na siebie jej uwage. - Ja muszę zadzwonić... Zaczekajcie na mnie ok? - kiwnęła tylko głową i zajeła się z powrotem swoim dzieckiem. Naszym dzieckiem. Już nawet nie chciałem się zastanawiać czy naprawdę coś podejrzewa...
Odszedłęm na bok tak by nie słyszeli nic z mojej rozmowy. Wykręciłem numer do Josha. Wiedziałem, że się wścieknie i nie pomyliłem się.
- Słucham?! - zaatakował od razu jak tylko usłyszał co mam mu do powiedzenia.
- Nie wściekaj się. Stało się, myślisz, że my mamy na to jakiś wpływ? Kontrolę nad nimi? Żadnej. My możemy tylko pilność Donę i młodego...
- Właśnie widze jak ich pilnujemy.- warknał.
- To już inna sprawa, ale nie będę mówił co o tym myślę. Myślę, że wiesz co myślę.
- Wiem. - przyznał burcząc. - Jedziesz z nimi do domu?
- Nie, włąśnie dla tego do ciebie dzwonię, nie czekam aż zajedziemy... Wydaje mi się, że powrót tak po prostu do domu nie jest dobrym pomysłem.
- Co masz na myśli? - chyba się domyślał.
- Przekonam Donę, by jechała do domu. Wyjedźcie jej na spokanie i eskortujcie... Ja zabiorę młodego i wywiozę na dwa trzy dni. Myślę, że to będzie najlepsze rozwiązanie.
- Sam pojedziesz? Tak na pewno ktoś koczuje  i wszystko obserwuje! Myślisz, że pozwolę ci jechać z nim samemu?!
- NIe powiedziałem że pojadę samemu. Oczywiście, że będe chciał, żeby ktoś jechał z nami. Zadzwoń też gdzie trzeba. Niech zabiorą tych bandziorów... To nie jest sprawa dla polskiej policji, nie mają o niczym pojęcia.
- Zadzwonię. A ty streszczaj się w takim razie. My już jedziemy wszyscy. Część od razu zabierze się z tobą i młodym. Chciałbym tylko wiedzieć jak ty przekonasz do tego swoją żonę. - no właśnie.
- Jakoś dam radę. Kocha go nad życie, zgodzi się. Wytłumaczę jej że tak trzeba... Trzeba go na chwilę odizolować. W szkole na pewno nie będą mieli obiekcji po czymś takim...
- Pewnie nie. Powodzenia. - powiedział i rozłączył się. Westchnąłem. No to do dzieła...
Kiedy do nich podszedłem wszyscy razem z dyrektorką, która też tam była spojrzeli na mnie. Dona wcale nie wyglądała na uspokojoną. Mat był nieco bledszy niż zazwyczaj, ale chyba o wiele bardziej opanowany i spokojny niż jego matka. Westchnąłem. Wyobrażałem sobie co będzie jak jej powiem co chcę zrobić.
- To co, idziemy? - odezwałem się nie chcąc nic mówić przy obcej babie. Pewnie i tak nic by nie zrozumiała, ale wolałem nie ryzykować.
- Jasne. - odpowiedział młody i pociągnął za sobą matkę za rękę.
Kiedy już staliśmy przy aucie chyba zauważyli, że nie kwapię się z wsiadaniem do środka. Młody patrzył na mnie nieco powiększonymi oczami, ale nie dziwiłem się. Pewnie tego nie okazywał, ale byłem pewny, że jest co najmniej w lekkim szoku. Ile można?
- Co się stało? - Dona chyba bała się usłyszeć co mogę jej powiedzieć. Starałem się wyglądać na rozluźnionego i spokojnego, ale nie miałem pewności czy mi to wyszło... chyba nie bardzo.
- Posłuchaj, Dona... em... - co się stało z moim darem przekonywania, pomyślałem. - Nie denerwuj się, ale... bezpieczniej będzie jeśli zabiorę z miasta chłopaka na jakiś czas. - tak jak myślałem. Wytrzeszczyła na mnie oczy a zaraz potem przeniosła je na Mata. Wiedziałem, że nie będzie chciała się z nim rozstawać, zwłaszcza teraz.
- Co takiego? - wybąkała.
- Posłuchaj... - chwyciłem ją za rękę. - Trzeba go wywieźć na kilka dni, tylko kilka dni! - już widziałem jej oczy. Jeszcze chwila i jej wypadną. Miałem też wrażenie, że ma wielką ochotę walnąc mnie w łeb.
- Jak ty to sobie wyobrażasz?! - wybuchnęła. - Wydaje ci się, że pozwolę swojemu dziecku w takim momencie być dalej ode mnie  niż dwa metry?!  A TY CHCESZ GO WYWIEŹĆ Z MIASTA?! GDZIE?!
- Dona, uspokój się...
- Nie będę spokojna! Jakiś debil chce wykończyć moje dziecko! A TY CHCESZ MI JE GDZIEŚ WYWIEŹĆ! IDIOTO!
- Tylko na dwa, góra trzy dni! Posłuchaj mnie! - złapałem ją za ramiona. - Trzeba go wywieźc, rozumiesz?! Wróci niedługo do ciebie, zrozum, tych dwóch na pewno nie przyszło tu samemu! Ktoś na pewno obserwuje wszystko z boku. - wyszeptałem. - On nie może od razu wrócić do domu, tak po prostu. Powiedziałaś, że mi ufasz, więc mi ufaj. - patrzyłem jej w oczy przez chwilę intensywnie. Młody tylko patrzył na nas nic nie mówiąc. Podejrzewałem, że jest po mojej stronie, ale raczej nie ma zamiaru walczyć z wlasną matką, która potrafi być uparta jak osioł.
- Obiecuję ci, że nic mu się ze mną nie stanie. - powiedziałem znów spoglądając wciąż w jej oczy. Nic nie mówiła przez dłuższą chwilę.
- A gdzie chcesz mnie w ogóle zawieźć? - odezwał się w końcu. I ja i Dona spojrzeliśmy na niego oboje.
- Nie powiem ci konkretnie bo sam nie wiem. - mruknąłem rozglądając się delikatnie na około. - Zresztą, lepiej, żeby nikt nie wiedział. Pojedziemy autostradą. Zatrzymamy się gdzieś po drodze. - wyjaśniłem. Miałem zamiar wywieźć go nawet i do Niemiec jadąc przez całą Polskę. I zrobię to jeśli będę musiał. Na razie jednak plan mialem taki, że pojedziemy na Poznań, a potem się zobaczy...
- Nie zgadzam się. - Dona przerwała króką chwilę ciszy swoim warknięciem. Westchnąłem. Wiedziałem, że ciężko będzie ją przekonać.
- Posłuchaj. Ktoś już tu po ciebie jedzie. Zawiozą cię do domu. Ja i Mat pojedziemy z resztą, nie będziemy sami. - szeptałem starając się, żeby ikt postronny niczego nie usłyszał. - Nic mu się nie stanie...
- Mamo. - odezwał się znów. - Czasami lepszym rozwiązaniem jest wybrać coś szalonego, naprawdę. - patrzył na nią razem ze mną. Nie wiedziała co zrobić. Było widać, że jest rozdarta.
- Ale ja się będę martwić! Skąd będę wiedziec, że nic ci nie jest?
- Przecież nie zostawię cię tu odciętej od wszystkiego, Dona. - mruknąłem znów i pogładziłem ją po policzku. - Będziesz wszystko wiedzieć. Będę dzwonił do ciebie nawet co godzinę, młody też. Zaufaj mi. - patrzyłem na nią przez chwilę. - Ja wiem, że ci ciężko, ale mozesz to zrobić. - przytuliłem ją mocno. Wczepiła się we mnie i nawet jeśli młody coś sobie pomyślał to nic nie powiedział. Zresztą pewnie sam sie domyślił, że coś było. Głupi nie jest.
Czułem też niemal na sobie czyjś wzrok, wiedziałem, że ktoś nas teraz obserwuje. I jeśli nie skontaktują o co tu naprawdę chodzi to i tak będę miał znowu problemy. Ale to nic, pomyślałem sobie. Widocznie przyszedł czas, żeby raz na zawsze rozprawić się z gadami...

sobota, 3 grudnia 2016

Prośba?

Tak, myślę, że będę miała pewną małą prośbę na przyszłość dla wszystkich, któzy tu zaglądają i zajrzą kiedyś w przyszłości.
Kimkolwiek byś nie był, Polakiem bądź jakimś obcokrajowcem z koszmarną znajomością języka polskiego - proszę cię, żebyś nie zostawiał mi tu takich śmieci jak przed chwilą pod rozdziałem trzecim.
Goły translator po prostu, ale przede wszystkim coś o jakichś hakerach, jakiś lewych pieniądzach na kontach bankowych czy co to było, ludzie... Na chuj mi to? Gdyby to chociaż miało cokolwiek wspólnego z tym co tu jest publikowane, a to nie ma z tym nic wspólnego.
Więc prosze mi tu nie spamować takimi bzdurami, bo będę usuwać i już.
To tyle chciałam powiedzieć. :)
Do zobaczenia w kolejnej notce. :)

Resurrektion. - 18.

Hej! :D Jest kolejny odcinek. :) Nie wiem czy sie spodoba, pewnie zdania beda podzielone. Ale zapraszam do czytania. :D
***


Chaos, który ogarnął mój umysł, powoli już minął, pozwalając mi używać go z większą skutecznością. Mogłam w końcu spokojnie pomyśleć, zamknąć się wręcz głęboko w sobie i pozwolić całemu skomplikowanemu światu, wraz ze wszystkim co w sobie zawiera, wypełnić się tak by namacalnie poczuć czym "smakuje". Tak właśnie było i teraz, kiedy leżałam w łóżku, nie otwierałam oczu i nawet nie zastanawiałam się nad tym co się stało dzień wcześniej. Może powinnam pomyśleć chociaż o tym gdzie aktualnie się znalazłam, ale nawet to nie specjalnie zajmowało mój umysł. Czułam się... bezpiecznie, więc...
W końcu coś jednak sprawiło, że otworzyłam oczy i natychmiast zarejestrowałam sobie to gdzie jestem. To była JEGO sypialnia. Leżałam w jego łóżku, w jego pościeli... i z nim. Leżał obok mnie. Spał. Widziałam jak spokojnie oddycha... Po chwili spostrzegłam też, że mnie obejmuje. Moje serce natychmiast przyspieszyło bieg i to mocno. Nie wiedziałam co będzie kiedyś, ale wiedziałam co będzie teraz. Wtedy, kiedy tu do niego przyszłam... wczoraj, na przeszpiegi... załamałam się chyba. Za dużo było tego wszystkiego. Ale teraz dziwnym trafem obudziłam się z czystym umysłem. Tak jakbym przeszła jakieś oczyszczenie.
Patrzyłam na niego w ciemności przez jakiś czas. Serce wciąż biło mocno w mojej piersi, ale już się nawet tym nie przejmowałam. Czułam tylko jedno. Podniosłam powoli rękę i pogładziłam jego policzek. Nie drgnął nawet. Wciąż kosmicznym wydawało mi się to, że on tu jest, ale... obudziłam się z pewnym postanowieniem.
- Michael... - wyszeptałam cicho, powoli, jakbym nie dowierzała, że jeszcze potrafię powiedzieć to imię. Był czas, że go unikałam. Nie mogłam oderwać swojej dłoni od jego policzka. Co najmniej jakbym poczuła jakieś przyciąganie, ciężkie jak magnes. Poruszył się lekko, oblizał usta, przez co wbiłam w nie wzrok. Odetchnął raz powoli i nawet nie otworzył oczu. Leżał tak dalej oddychając miarowo.
Przysunęłam się blisko niego wciąż się w niego wpatrując jak w ósmy cud świata... Nie miałam pojęcia co zrobię rano. Teraz było jeszcze ciemno, była noc. Teraz chciałam tylko jednego. Poczuć go blisko, tak jak kiedyś...
Przypomniałam sobie, jak wszelkimi sposobami próbował się do mnie zbliżyć, a ja mu nie pozwalałam. Poza kilkoma wyjątkami. To te właśnie wyjątki kręciły mi się teraz po głowie. Wtedy nic nie wiedziałam. Ale pomyślałam sobie, że... coś musiałam czuć, choćby podświadomie. Nigdy nie pozwoliłam zbliżyć się do siebie innego mężczyźnie. Tylko Darek dziwnym trafem został moim mężem... A on... Ciągnęło mnie do niego od samego początku. Teraz już zrozumiałam dlaczego. Chyba nie mogło być inaczej. Miłość nigdy nie zabłądzi, to był on. Mój ukochany, którego straciłam... A jednak tu był. Znów, ze mną.
Nie wiedziałam dlaczego to wszystko się stało. Patrzyłam na niego i zadawałam sobie pytanie, co takiego się wtedy wydarzyło... W tych wpisach było jasno napisane, że coś się działo, ale nie było konkretnie powiedziane co. Nic nie wiedziałam wtedy i teraz też nie wiedziałam wiele więcej. Mnie jednak obchodziła tylko jedna rzecz w tym momencie. To co napisał, to co sama tu znalazłam to jeszcze nic. Wiedziałam, że chcę mieć go przy sobie. Że nie będzie mnie już obchodziło nic. Ale wiedziałam też, że on mi nic nie powie. Będzie się bał, tego co zrobię. I dobrze. Nie chciałam, by mówił mi o czymkolwiek. Nie chciałam nic wiedzieć. Nie dlatego, że się bałam czy co... Tu chodziło o fakt dokonany. Słowo pisane to nie to samo co słowo wypowiedziane przez tego kogoś... To co sama przeczytałam mogłam zepchnąć gdzieś na dno umysłu i nawet o tym zapomnieć. Ale w momencie kiedy on by sam mi to powiedział... to wszystko stałoby się faktem nie do złamania ani do zamiecenia pod dywan. Mimo wszystko wiedziałam, że nie zniosę niezniszczalnej prawdziwości tego wszystkiego. Dlatego wolałam, by pozostał dla mnie tym całym wyssanym z palca Billem niż stał się na powrót prawdziwym Michaelem Jacksonem, bo nie zdzierżę tego. Mogłam trwać w ułudzie i być szczęśliwą, jeśli będzie obok. Jeśli powie mi prawdę... chyba mnie tym zabije.
Za pewne gdybym komuś o tym powiedziała, uznałby mnie za wariatkę. Ale tego chyba nie da się znieść w inny sposób niż dopracowanie sobie do całej tej historii rodem z fantasy drugiej swojej takiej samej bajeczki. Tak będzie dobrze. On będzie przy mnie, będzie myślał, że nic nie wiem, a ja nie będę nic mówić, by tego wszystkiego sobie nie zburzyć.
Patrzyłam na niego przez ten cały czas, kiedy rozmyślałam. Spał wciąż spokojnie nieświadomy kompletnie niczego. Gładziłam go lekko po policzku, miałam ochotę...
- Nie wiem nawet co powiedzieć... - szepnęłam sama do siebie. Czułam mętlik w swojej głowie, wszystkie emocje kotłowały się znów we mnie. Zetknęłam lekko swoje czoło z jego i przymknęłam oczy czując jego ciepły oddech na swojej twarzy. Ta bliskość sprawiła, że chciałam jeszcze więcej. Czułam się taka jakby samotna, jakby mi było zimno, choć w w tej sypialni wcale zimno nie było. To nie takiego ciepła potrzebowałam. Tylko jego ciepła. Wplotłam palce w jego włosy na co mruknął coś cicho, ale nic nie zrozumiałam. Nie otworzył jednak oczu, dalej spał. Uśmiechnęłam się lekko...
Z policzka moja dłoń powoli zeszła na jego szyję. Pamiętałam jak lubił, kiedy delikatnie muskałam to miejsce palcami... Czasami aż się kulił w sobie. Mówił potem, że akurat on ma bardzo wrażliwą skórę na szyi... Wszystkie wspomnienia do mnie wracały, jedne po drugich. Gładziłam wciąż go delikatnie, a po chwili zastąpiłam swoje palce ustami. Składałam czułe pocałunki na jego szyi i poczułam jak się lekko wzdrygnął. Znów coś mruknął... Poczułam jak kładzie rękę na mojej talii. Sama poczułam dreszcze. Nie wiedziałam czy się obudził, czy po prostu poczuł coś przez sen. W każdym bądź razie kiedy na niego spojrzałam... oczy miał zamknięte, a usta lekko rozchylone...
Spoglądałam na niego tylko przez chwilę. Przylgnęłam do niego ustami i pozostałam tak na jakiś czas. Potem im dłużej to trwało tym trudniej było mi się opanować. Objęłam dłońmi jego twarz i zaczęłam całować, na początku w miarę spokojnie, a potem jakby cos we mnie wstąpiło... wsunąłem język w jego usta i odnalazłam jego. Zamruczał cicho, kiedy zaczęłam go drażnić, jakby z zaskoczeniem... Po chwili objął mnie całą i przycisnął do siebie i zaczął odwzajemniać pocałunek zapamiętale. Już po chwili zrównał się ze mną tempem i wcale nie pozostawał mi dłużny.
Trwało to dość długo, brakło mi już oddechu, ale nie odsuwałam się od niego, nabierałam łapczywie powietrza, kiedy tylko mogłam, pragnęłam by mnie nie odsuwał, ale chyba wcale nie chciał. Obejmował mnie zaborczo, czułam jak jego dłonie błądzą po moich plecach. Zacisnął w końcu palce na moich pośladkach. Aż zamruczałam. Ale po jakiejś chwili odsunęliśmy się od siebie na milimetr i spojrzeliśmy sobie w oczy. Uśmiechnął się.
- To ja powinienem budzić ciebie pocałunkiem ze snu, a nie na odwrót... - wyszeptał muskając przy tym lekko moje wargi. Sama się uśmiechnęłam patrząc mu w oczy, ale nic mu na to nie odpowiedziałam.
Ułożyłam się wygodnie kładąc głowę na jego klatce piersiowej i obejmując go zaborczo. Natychmiast sam mnie objął i zaczał gładzić po plecach, ramieniu... Poczułam jak całuje czubek mojej głowy. Westchnęłam tylko. Nie obchodził mnie nadchodzący ranek. Liczyło się to, że był przy mnie...


Lęk wciaż ściskał moje gardło, nie pozwalał się rozluźnić. Byłem w mieszkaniu sam. Względnie, bo Dona wciąż spała w sypialni w moim łóżku. Była godzina siódma rano, więc robiło się już widno za oknem... Słońce powoli wstawało, wynurzało się zza horyzontu. Nie było go stąd widać, ale jego promienie minuta po minucie rozlewały się w mieszkaniu. Zapowiadała się całkiem ładna pogoda. Po raz pierwszy od dłuższego czasu. Niebo wciąz było sino białawe, teraz przez kłęby chmur prześwitywał błękit.
To jednak nie napawało mnie dobrym humorem. Wciąż nie mogłem rozwikłać swojego problemu. Wciąz nie wiedziałem co się wczoraj stało z Doną. Przypominała wariatkę, dosłownie. Ale może nie powinienem się dziwić. W końcu sam zafundowałem jej takie życie. Zrobiłem sobie nawet kawę, ale jej nie wypiłem. Pełen kubek już zimnego napoju stał obok mnie na parapecie okna, przy którym stałem już dobre pół godziny. Nie mialem nic wielkiego do roboty. Zresztą nie miałem od dobrych dwudziestu lat jak tylko zniknąłem ze świata żywych... lub jakkolwiek to zwać. Z westchnieniem obserwowałem pojedyncze osoby na ulicy, które wciąż gdzieś się spieszyły. Jeden mężczyzna chyba z pięć razy cofał się po coś do domu, po czym poleciał gdzieś po prostu biegiem. Drugi majstrował coś przy otwartej masce samochodu i chyba był dość sfrustrowany. Być może auto nie chciało odpalić. Możliwe że miało wyładowany akumulator. W nocy panowały mrozy. Byłem przyzwyczajony do upałów, ale ten klimat w Polsce miał swój urok. Tu wszystko było inne. I chociaż rządowcy nie umieli ogarnąć nawet własnych dup, a co dopiero całego państwa to jednak zdawało się, że mimo narzekań obywateli ludzie cieszą się z tego gdzie mieszkają. Nie chciałbym np wylądować w państwie islamskim...
Panowała niczym nie zmącona cisza. Tylko od czasu do czasu słyszałem jak ktoś przebiegał akurat od strony mojego okna, zazwyczaj jakaś kobieta, ponieważ było słychać stukanie obcasów. I pomyśleć, że ci wszyscy ludzie uważają się za takich nieszczęśliwych. Że życie i Bóg ich nienawidzą i z premedytacją zsyłają im kłody pod nogi i podkładają najbardziej śmierdzące świnie na świecie. Każdy z nich z osobna uważał się za człowieka najbardziej ukrzywdzonego na tej ziemi. I żaden nie miał racji tak naprawdę.
Te problemy, które oni mają i z którymi muszą walczyć są niczym w porównaniu z tym  z czym ja się zetknąłem. I wcale nie uważam, że to akurat ja powinienem otrzymać status najbardziej nieszczęśliwego człowieka na ziemi. Ja jestem tylko malutkim pionkiem w tej olbrzymiej całości, malutkim kawałeczkiem układanki. Całość tego zjawiska jest tak wielka, że większość ludzi, którzy nawet coś tam o tym słyszeli nie zdają sobie z tego sprawy, nawet przez myśl im nie przejdzie, że nie raz pewnie zdarza im się mijać na ulicy najprawdziwszego zwyrodnialca. Który gdyby tylko dostał cynk, nie zawahałby się ukręcić łba ich dziecku, gdyby tylko akurat stało nie dalej niż metr od niego. Ale ludzie mają to do siebie, że odrzucają wszystko co złe od siebie twierdząc, że to ich przecież nie dotyczy. Ja też tak mówiłem.
Tak jest tylko do czasu. Sparzyć się można bardzo szybko i bardzo łatwo.


Nie zastanawiałam się już nad tym co będzie ze mną dalej. Powoli zaczynałem dostrzegać, że nie muszę się nad tym zastanawiać bo po prostu wiem, jak to się skończy. Taka była prawda. Faceci też to wiedzieli, ale nie mogli przecież powiedzieć mi czegoś takiego. Do ich zadań należała ochrona mojej osoby i nic więcej. Ale nie musieli nic mówić. Ja wiedziałem to sam. Że najprawdopodobniej nie wyjdę z tego żywy, że w końcu, w którymś momencie będę musiał się  z nimi zmierzyć i niestety... ale jestem zbyt mały by móc to starcie wygrać. Nie było złudnych nadziei. Całe to przedsięwzięcie miało na celu tak naprawdę utrzymanie przy życiu Dony i naszego dziecka, a ja jestem tu postacią drugoplanową. Z wierzchu wygląda to inaczej. Człowiek musi umieć patrzeć i słuchać by móc zrozumieć to naprawdę. Bardzo mało osób posiada tą umiejętność.
Dona ją posiadała i wiem, że posiada nadal. Wciaż umie dopatrzeć się, kiedy coś jest ze mną nie tak. Chociaż z jej punktu widzenia mnie nie zna. Może powinno jej to coś powiedzieć, ale chyba jednak nie. Albo ignoruje swoje obserwacje, to też mogłoby być możliwe. Zawsze się zastanawiałem czy ten jej kopnięty instynkt samozachowawczy wciąż działa czy może się w końcu naprawił... Sam nie wiedziałem. Odrzucała mnie, wciąż mówiła o swoim męzu, że jest jedyny i nawet nie miała pojęcia, że mówi właśnie do niego samego. Już nie wiedziałem co zrobić, czy lepiej będzie się po prostu pożegnać i wyjechać, zostawić ją w spokoju... czy jednak tkwić w tym z nadzieją... Tylko na co? Mogę mieć jeszcze nadzieję na cokolwiek? Przecież mam wyrok śmierci tak naprawdę... Niby jestem martwy, moja osoba już ich nie interesuje. Ale podejrzewam, że najmniejsze potknięcię dało by im do myślenia... i wtedy mielibyśmy naprawdę poważne kłopoty. I o tym właśnie mówiłem, że to właśnie musi kiedyś się stać. Nie było na to chyba żadnej rady.
Usłyszałem w pewnym momencie za sobą jakiś szmer. Kiedy się odwróciłem zobaczyłem, że to Dona stoi w drzwiach i przeciera jedno oko. Uśmiechnąłem sie mimo wszystko na ten widok. Wyglądała uroczo, jak małe dziecko. Odszedlem od okna zbliżając się do niej. Wbiła we mnie czujne spojrzenie. Ciekaw byłem czy pamięta co się stało w nocy...
- Już nie śpisz? - zapytałem cicho przyglądając się jej samemu. Miałem ochotę pogładzić ją po policzku, ale nie miałem odwagi. Znów nie mialem na coś odwagi. Ostatnim razem zabrakło mi odwagi, by powiedzieć jej po prostu prawdę.
Pokręciła głową na nie. Wyglądała naprawdę słodko. Uśmiechnąłem się.
- Nie chcesz jeszcze pospać? Jest dopiero... - spojrzałem na zegar. - Nie ma nawet jeszcze pół do ósmej. - popatrzyła na mnie małymi oczkami.
- Nie jestem przyzwyczajona do tak długiego spania. - otworzyłem szerzej oczy.
- Długiego?
- No tak. Zwykle wstaję o piątej, góra o szóstej rano. Nie później. - wyjasniła wciąż na mnie spoglądając.
W sumie to nie wiedziałem co więcej powiedzieć w tej sytuacji. Chciałem nawiązać do tego co stało się wczoraj wieczorem i potem w nocy, ale jakoś... nie umiałem znaleźć na to dobrego sposobu. Dupa ze mnie nie facet.
Ale ona sama mnie w tym wyręczyła.
- Wczoraj zachowałam się jakbym uciekła z psychiatryka dosłownie... przepraszam. - wymruczała zezując w moją stronę. Uśmiechnąłem się natychmiast. - Wiem, że mogłeś sobie coś pomyśleć... niezbyt miłego na mój temat.
- Nie, dlaczego, przecież... wiem, że nie miałaś łatwego życia. - odparłem cicho. Spojrzała na mnie jakoś tak dziwnie... aż mnie przeszły ciarki.
- Tak, masz rację. Pewien facet stwierdził, że najlepiej dla mnie będzie jak umrze. - wypaliła, na to wywaliłem na nią oczy, o mało nie zbierałem ich z podłogi.
- Co? - wyksztusiłem. Patrzyła na mnie jakby nigdy nic.
- Co co? Mówię tylko. Wziął się i umarł. - znów na mnie wyzezowała, jakoś tak chytrze... - Dureń. - a ja wciąż wytrzeszczałem na nią oczy. Nie wiedziałem co powiedzieć. To było co najmniej dziwne... żeby nie powiedzieć... podejrzane. Ale przecież nie mogła nic wiedzieć. Nie stałaby tu sobie tak spokojnie... Chociaż wczoraj wcale nie była spokojna.
- D-dureń? - bąknąłem tylko. Musiałem wyglądać naprawdę jak debil z tą miną.
- Dureń. - powtórzyła kiwając jeszcze głową. - Do tego idiota, debil, bezmózg, kretyn, półgłówek, cymbał i kutafon.
Nastała chwila ciszy.
- Co cię tak nagle na niego wzieło? - wydusiłem w końcu nieco podwyższonym głosem. Parsknęła śmiechem.
- Czasem tak mam. - powiedziała tylko. Dostrzegłem coś dziwnego w jej oczach, nie umiałem tego dokładnie określić, ale nie patrzyła już na mnie. - Muszę iść już do domu. - mruknęła znów. Ale nie podniosła na mnie oczu. Od razu włączył mi się program mający na celu zatrzymanie ją przy sobie choć jeszcze na chwilę.
- A-a coś się stalo...?
- Nie. - pokręciła głową. - Muszę tylko wyżgać młodego z wyra, bo gotów jeszcze uznać, że nie musi iść do szkoły i będzie gnił do dziesiątej tak jak jednego razu. - wyjaśniła z uśmiechem. Sam się zasmiałem.
- Nic mu się nie stanie jak raz nie pójdzie. - chwyciłem ją za rękę. Spojrzała na moją dłoń... - Z tego co wiem to uczy się dobrze.
- Z tego co wiesz? - spojrzała znów na mnie. - A skąd wiesz?
- A... rozmawiałem  z nim nie raz przecież...
- I pytałeś go o szkołę?
- No... tak. - przyznałem. Po chwili znów się uśmiechnęła.
- No może i masz rację, dobrze się uczy, ale jest śmierdzącym leniem z natury, nie wiem po kim to ma, ale jak raz przyplaszczy dupsko do łózka to potem notorycznie będzie tak robił. - znów się zaśmiałem.
- Odpuść mu raz. - wymruczałem gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. Znów na to spojrzała...
- Muszę się jeszcze odświeżyć... - mruknęła w końcu.
- Możesz to zrobić tutaj. - za wszelką cenę chciałem ją tu zatrzymać. Chyba się tego domyślała. Spojrzała na mnie spod rzęs.
- Nie mam tu nic ze sobą.
- Jakiś ręcznik się na pewno znajdzie. - mruknąłem z uśmiechem i poprowadziłem ją do swojej sypialni do której przyłączona była łazienka.
- Miałam na myśli raczej coś tak prozaicznego jak bielizna. - dodała cicho idąc za mną. Zaśmiałem się. - No tak, nie mam co na siebie tu włożyć na zmiene...
- A czy ktoś mówi, że musisz wkładać cokolwiek? - wymruczałem cicho przyciągając ją nagle do siebie, chyba ją zaskoczyłem... Wstrzymała oddech patrząc mi w oczy. - Pamiętasz co było dzisiaj w nocy? - wyszeptałem.
- Pamiętam. - odpowiedziała. Jej dłoń powoli delikatnie spoczęła na moim policzku... Chwyciłem ją i z czułością ucałowałem jej wewnętrzną stronę. Spojrzałem jej w oczy. Tyle chciałem jej powiedzieć, co czuję... Jak bardzo ją kocham i jak mi jej brak. Jak bardzo żałuję tego co zrobiłem. Że ją zostawiłem. Ją i naszego synka.
Puściłem ją dosłownie na moment i podszedłem do komody, z której wyciągnąłem czysty ręcznik kąpielowy. Podałem jej go podchodząc blisko.
- Ten powinien być dobry, prawda? - mruknąłem patrząc jej w oczy. Uśmiechnęła się lekko.
- Całkiem fajny. - odpowiedziała przesuwając go w rękach. Przywarłem ustami do jej czoła.
- Idź, nie krępuj się.
- Ciekawe co potem na siebie założę. - wymruczała znów na mnie zezując. Uśmiechnąłem się lekko i pogładziłem ją po policzku. Przymknęła lekko oczy.
- To powinno zasłonić to i owo. - stwierdziłem zchodząc powoli palcami na jej odsłoniętą szyjkę. Wzdrygnęła się lekko.
- Nie łaskocz... - powiedziała z uśmiechem. - A poza tym, sam ręcznik to trochę za mało.
- Pomyślimy o tym później. - spojrzała mi w oczy.
- Świntuszysz, wiesz o tym? - zapytała całkiem poważnie, ale ja i tak się uśmiechnąłem.
- Wiem. - mruknąłem.
Schowała się w końcu w tej łazience, po kilku chwilach usłyszałem płynącą wodę. Usiadłem na łózku. Patrzyłem w te drzwi jakby za nimi znajdował się ósmy cud świata. I właśnie tak było, ona była takim cudem. Dla mnie. Zacząłem chodzić po całej sypialni. Czułem jak serce mocno mi bije w piersi... Chyba nie powinienem tak się tym ekscytować, ale to było silniejsze ode mnie. Była tam naga, praktycznie na wyciągnięcie ręki... Ale nie, nie mogłem przecież... Wtedy naprawdę byłbym najpodlejszą świnią na świecie. Ale z drugiej strony pragnienie dobijało się do mnie. Pragnąłem jej, jej ciała, całej jej, razem z ciałem i duszą, tak jak kiedyś. Chciałem poczuć znów jej zapach na sobie... Oddech. Byłem jej ciekawy. Na pewno w pewien sposób się zmieniła przez te lata, ale na pewno pozostała tak samo piękna. Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości.
Musiałem walczyć z tymi myślami, bo chyba naprawdę bym jej wszedł do ten łazienki. A to chyba nie skończyło by się dobrze, przynajmniej dla mnie. Kusiła mnie, nawet nie musiała niczego nadzwyczajnego na siebie zakładać. Po prostu. Była i to wystarczyło, by pobudzić moje zmysły. Do tego kochałem ją jak szalony. To jeszcze tylko podkręcało to wszystko.
W końcu gdy akurat stanąłem odwrócony plecami do drzwi łazienkowych usłyszałem jak się otwierają. Odwróciłem się powoli i ujrzałem ją. Naprawdę była piękna, nawet sobie tego nie wyobrażałem. Długie zgrabne nogi wychodziły spod ręcznika, który zasłaniał jej tyłek... ledwo bo ledwo ale jednak. Piersi wyraźnie odznaczały się swoim kształtem, chociaż starała się je ukryć. Nie udało się jej. Była rumiana na całym ciele od gorącej wody, ale  te rumience na policzkach musiały być wywołane zupełnie czym innym.
Uśmiechnąłem się i podszedłem do niej powoli. Wpatrywała się we mnie uważnie z lekko rozchylonymi wargami. Jej piersi opadały w nierównym oddechu...
- Mówiłam, że to niezbyt dobry pomysł... - powiedziała, kiedy stanąłem tuż przy niej. Spojrzałem jej w oczy.
- Mówiłaś. - przyznałem. Kiedy dotknąłem jej rozgrzanej skóry na ramieniu, miałem już pozamiatane. Nie potrafiłem nad sobą zapanować. A ona wcale nie próbowała mi w tym pomóc. Stała cicho w miejscu i obserwowała co robię... A zacząłem gładzić jej ramię powolnymi ruchami z góry na dół i z powrotem. Zbliżyłem się i zetknąłem swoje czoło z jej. Z bliska patrzyłem jej w oczy. Trzymała kurczowo ręcznik, by czasem tylko nie odsłonił przede mną ani milimetra...
- Jesteś piękna. - szepnąłem jej niemal w usta.
- Nie wiesz tego. - odpowiedziała całkiem normalnie patrząc mi w oczy.
- Wiem doskonale. - przyłożyłem dłoń do jej policzka. Wciąż patrzyła mi prosto w oczy.
- Skad?
- Po prostu wiem. Wiem, że jesteś piękną i cudowną kobietą, Dona. Uwierz mi. - westchnęła cicho nie odrywajac ode mnie oczu.
- Ciekawe jak mi to udowodnisz. - szepnęła w końcu. Popatrzyłem na nią po czym uśmiechnąłem się.
- Jest na to bardzo prosty sposób. - mruknąłem kładąc jej dłonie na biodrach. Przyglądała mi się. Pochyliłem się lekko i musnąłem lekko wargami jej ramię... Zadrżała.
- Tak? - szepnęła w odpowiedzi.
- Tak. - odparłem i ściskając w palcach ręcznik, który ją okrywał, ściągnąłem go z niej powoli...
Materiał opadł miękko wokół jej nóg na podłogę. Wypuściła go nie protestując, ale wciąż trzymała ręce przy piersiach. Chwyciłem jej nadgarstki w czuły sposób i przystawiłem sobie do ust. Pachniała tak naturalnie... Całowałem jej ręce schodząc coraz niżej i tym samym rozsuwając je odejmując od piersi. Kiedy dotarłem do ramion objąłem ją w pasie i przycisnąłem do siebie. Znów zadrżała ale tym razem mocniej i wbiła paznokcie w moje plecy. Czułem ją. Miałem ją znów przy sobie. Całą. Tak jak o tym marzłem. Zacząłem całować jej szyję i gładzić delikatną skóre na plecach. Była cała wilgotna i ciepła. Objąłem ją zaborczo zagarniając całą do siebie. To było niesamowite...
- Miałeś mi pokazać... - szepnęła, po czym odsunąłem się nieco i spojrzałem jej w oczy. Nic nie powiedziałem, ona też już nic nie dodała. Po chwili wpiłem się w jej usta pozbawiają tchu nas oboje. Poczułem jak wplata palce w moje włosy, przycisnąłem ją jeszcze mocniej do siebie. Zacisnąłem dłoń na pośladku... Zacząłem go lekko ściskać, na co poczułem, że to chyba właśnie jeden z jej jakichś wymyślonych kompleksów. Spojrzałem na nią. Unikała mojego wzroku.
- Chyba trzeba ci to pokazać w bardziej dosadny sposób, kochanie. - powiedziałem po czym znów ucałowałem czule jej dłoń. Cała purpurowa patrzyła na mnie w oczekiwaniu.
Poprowadziłem ją powoli do łózka.
- Usiądź na rogu... - poleciłem, co zrobiła wciąż na mnie patrząc. Przyklęknąłem naprzeciw niej. - Połóż się. - powiedziałem znów na co wstrzymała oddech, ale po chwili to zrobiła. Spoglądała na mnie cały czas. A ja na nią. Chyba nie chciała się od razu na mnie otworzyć... Chwyciłem jej jedną nóżkę i zacząłem składać pojedyncze pocałunki na jej stopie. Posuwałem się coraz wyżej powoli aż dotarłem do zgięcia w kolanie. Wtedy chwyciłem w tym miejscu obie jej nogi i rozchyliłem powoli na boki.
Dalej już nie miała ochoty protestować. Sam gotowałem się cały w środku, a spodnie już od pewnego czasu były zbyt ciasne jak dla mnie... Wygięła się w łuk, kiedy zatopiłem język w jej kobiecości, sam o mało od tego nie oszalałem. Z początku robiłem to dość chaotycznie nie mogąc się powstrzymać, upiłem się tym po prostu. Dopiero po jakiejś chwili zdołałem się jakoś opanować i dopieszczałem ją całą tak jak umiałem najlepiej
Czułem ją, słyszałem jej jęki i czułem jak szarpie mnie za włosy. Przyciskała mnie mocniej raz po raz, prężyła biodra spragniona... To wszystko sprawiało mi nie małą radość. Mogłem znów sprawiać jej przyjemność, mogłem znów ją dotknać, być z nią. I robiłem to bez najmniejszej przerwy już kilkakrotnie słuchając jej krzyków i wyczuwając jak całe jej ciało spina się mocno, a potem odpręża... Doskonale wiedziałem co to oznacza.
A potem podniosłem się, spoglądając na nią. Podniosła się do siadu i powoli patrząc mi w oczy zaczęła rozpinać mi koszulę. Kiedy już to zrobiła, pochyliła się i zaczęła całować łapczywie moja skóre gdzie tylko dosięgnęła. W końcu dotarła do materiału spodni... Znów wbiła we mnie oczy i zaczęła je rozpinać. Chwilę później podzieliły los mojej koszuli i jej ręcznika.
Wspiąłem się na nią po drodze badając opuszkami palców jej skórę na brzuchu. Oplotła mnie nogami... Kiedy otarłem się o nią sugestywnie przymknęła oczy i rozchyliła wargi...
- Powiedz, że naprawdę tego chcesz... - szepnąłem. Chciałem to usłyszeć. Spojrzała na mnie zamglonymi oczami.
- Chcę. - szepnęła gładząc mnie po policzku. - Chcę ciebie. - dodała jeszcze ciszej.
Parzyłem jej w oczy przez jakąś chwilę. Czułem jej oddech na sobie, patrzyła na mnie w oczekiwaniu... Pochyliłem się i zacząłem namiętnie całować jej szyję, kąsałem ją lekko raz po raz w tym samym czasie pieszcząc jej pierś. Była słodka. Byłem tak upojony tym co się działo, oszołomiony, nic z zewnątrz do mnie nie docierało. W mojej głowie była tylko ona, nic więcej.
W końcu zrobiłem to o czym chyba oboje teraz marzyliśmy... Ja od długiego czasu. Wszedłem w nią płynnym ruchem cały do samego końca i nie czekając na nic zaczałem się w niej poruszać. Objęła mnie ramionami za szyję, jedną dłoń wplotła w moje włosy. Całkowicie straciłem kontakt z rzeczywistością. To było jak... Jakbym nagle dostał upragnioną działkę narkotyku, którego dawno nie brałem, a pragnąłem go. Ona była moim narkotykiem, brałem ją mocno, coraz mocniej, słuchając jej jęków i obserwując ją pręży pode mną ciało. Nie do końca wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. To było jak spełnienie snu, była ze mną, pozwoliła mi się do siebie zbliżyć tak jak to tylko możliwe. Wyrzuty sumienia zostawiałem sobie na później.
Teraz liczyła się ona. Tylko ona. To jak wbijała paznokcie w moją skórę, kiedy zdarzyło mi się być gwałtowniejszym. Czułem wyraźnie jaka jest rozgrzana, rozpalona, szarpała mnie za włosy, przyciskała do siebie, oplotła ciasno udami... Chwyciłem ją za ręce i przygwoździłem do łózka, unieruchamiając ją nieco. Rozłożyła szeroko nogi i patrzyła na to co robiłem, obserwowała to chłonąc wszystko sekunda po sekundzie. Ja też na to patrzyłem...
Sytuacja stawała się naprawdę gorąca. Przejęła pałeczkę, kiedy przewróciłem się z nią na plecy, wtedy mnie dosiadła i zaczęła sama poruszać się na mnie mocno. Wyciągnęła spinkę z włosów, które rozsypały jej się na ramionach przykrywając nieco biust... Odsłoniłem powolnym ruchem jej piersi dotykają ich z czułością, a ona przycisnęła do siebie jeszcze mocniej moje dłonie. Zaczęła przesuwać je po swoim ciele przymykając oczy i nie przestając doprowadzać mnie do szaleństwa...
Zatraciłem poczucie czasu i ona chyba też. Kiedy w końcu oznajmiła, że więcej nie da rady już znieść, skończyłem w niej wywołując na jej twarzy delikatny uśmiech. Cały się trząsłem, dopiero teraz cała ta ekscytacja, niedowierzanie i radość ze mnie wyszły, po prostu chyba nimi eksplodowałem. Nie mogłem pozbierać ani swoich myśli ani siebie, w pierwszej chwili nie mogłem skoordynować ruchów ciała. Dopiero potem kiedy ułożyłem się jakoś obok niej i odetchnąłem chwilę, spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się patrząc na mnie leżąc na boku przodem do mnie. Zwinęła się w kulkę i po prostu na mnie patrzyła.
Wyciągnąłem rękę, żeby pogłaskać ją po policzku, a ona wtedy wtuliła się we mnie od razu. Przygarnąłem ją do siebie i ucałowałem we włosy gładząc jej skórę na plecach, na ramieniu... Wciąż chyba nie do końca wyszedłem z szoku. Naprawde ze mną była. Pozwoliła mi na to. To było cudowne uczucie lekkości na duszy, jakiej dawno nie czułem. Zagarnąłem ją jeszcze bardziej na co sama też się we mnie wczepiła jak w pluszowego misia. Jeszcze przez jakiś czas musiałem starać się normować oddech. To było absolutnie nie do porównania z niczym. Żadna kobieta nie potrafiła doprowadzić mnie do takiego stanu jak Dona. Rozbiła mnie po prostu na milion kawałeczków. Ale każdy ten kawałeczek był teraz najszczęśliwszy na świecie.
Zadrżała lekko w pewnym momencie. Ja wciąż wrzałem w środku, ale jej chyba zrobiło się zimno. Naciągnąłem na nas ciepłą kołdrę, był środek zimy. Zauważyłem, że za oknem pada śnieg... Wyglądało to pięknie... Ona była piękna. I wiedziałem, że już jej od siebie nie uwolnię.
Nastała krótka cisza, po czym ona sama się odezwała.
- Darek wraca za tydzień. - powiedziała cicho nie ruszając się. Od razu coś się we mnie boleśnie zacisnęło. Przycisnąłem ją mocniej do siebie.
- I co? - odpowiedziałem starając się, żeby zabrzmiało to normalnie, ale głos i tak mi zadrżał.
- Nic. Będzie. - powiedziała tylko. Nie wiedziałem co mam powiedzieć chociaż chciałem... - Dzwonił kilka razy.
- Ach tak, więc się odzywa?
- Tak, jak widać. Nie wydaje się, żeby się tam z kimś zabawiał. Ile razy by nie dzwonił w tle zawsze słyszę facetów, któży drą się żeby już kończył.
- Aha... - mruknąłem cicho. Bałem sie tego co może mi zaraz powiedziec.
- Wygląda na to,  że mimo tego co sobie myśli Mateusz, jednak jest mi wierny. - usłyszałem. Nic nie powiedziałem. - A ja czuję się teraz trochę jak panna lekkich obyczajów... - wytrzeszczyłem oczy.
- Co? Dlaczego?
- Jak to dlaczego? Wychodzi na to, że każdy kto będzie troche podobny do Michaela będzie mógł mnie łatwo mieć. - zagotowałem się. Nieważna była ta patologia tego wszystkiego w tej chwili.
- Przestań..! Co ty za bzdury w ogóle opowiadasz!
- A co, nie jest tak? - wyzezowała na mnie z dziwnie przeszywającym wzrokiem.
- Nie, nie jest! I nie waż mi się więcej tak mówić, zrozumiano?! Jesteś moja, tylko moja i nie będę się z tobą z nikim dzielił, nawet z twoim mężem! - patrzyła na mnie przez jakiś czas, po czym się uśmiechnęła.
- Naprawdę? - wymruczała z nosem w mojej szyi.
- Naprawdę! - usłyszałem jak chichoce.
- To już mi lepiej. - dodała znów na mnie spoglądając. Ale ja wcale się nie uspokoiłem.
- Żałujesz? - zapytałem patrząc jej w oczy z napięciem. Nie mówiła nic przez moment..
- Nie. - odpowiedziała w końcu.
Od razu się rozluźniłem. Wtuliła się znów we mnie gładząc moją klatkę piersiową i całując w szyję. Westchnąłem cicho... Niczego nie pragnąłem prócz tego by ze mną została...
- Nie żałuję ani chwili. - szepnęła znów. Dziwne... ale doszukałem się w tym stwierdzeniu drugiego dna...