sobota, 19 listopada 2016

Resurrection. - 15.

Witam. :) Wstawiam w biegu, rozdział kompletnie nie sprawdzony, więc przepraszam z góry za błędy. I zapraszam do czytania. :)
***




Nie mogłem się powstrzymać. To było jak dawno zapomniany nałóg, który teraz nagle dostał porzywkę i całkowicie zwariował... Tak się czułem. Jak oszalały narkoman. Ona była moim narkotykiem, osobistym i ulubionym. Nie było nic lepszego niż ona. Niż zapach jej skóry, ciepło ciała, jej ciche westchnienia. Pamiętałem to wszystko. Była dokładnie taka jak wtedy. Tak samo namiętna i tak samo spragniona. Można było mówić co tylko kto by chciał, ale wiedziałem, że ona tego chce.
Jej jęk tylko mnie utwierdził w tym przekonaniu, a pragnienie popędzało mnie coraz bardziej do działania. Nie myślałem. Nie myślałem normalnie jak zawsze, kierowałem się tylko pragnieniem i porządaniem, które powoli odbierało mi zmysły, odcinało od świadomości. Ciało zaczynało powoli kierować się własnym rytmem i własnymi zasadami. Całowałem ją jak szalony, a ona z łatwością dotrzymywała mi tępa. Czułem jej dłonie na sobie... To jeszcze bardziej mnie nakręcało. Ona sama mruczała za każdym razem, kiedy moje ręce dotykały jej odsłoniętej skóry na brzuchu.
Chciałem ją wziąć, po prostu. Nie zważałem dosłownie na nic. Nie obchodziło mnie co się stanie, pragnąłem tylko jej. Potrzebowałem tego i czułem, że ona też. Inaczej nie pozwalałaby sobie na to. To chyba logiczne... Chociaż w tym co się działo nie było żadnej logiki, żadnego pomyślunku. Rządziły instynkty, nic poza tym. Absolutnie.
Im dalej się posuwaliśmy, tym większy przyjemny skórcz czułem w żołądku. Całe napięcie zaczęlo kumulować się w dole, w wiadomym miejacu, moje dłonie zaczęły poszukiwać jeszcze innych fragmentów jej ciała. Nie wiedziałem co się ze mną stanie, kiedy się z nią złączę, ale wiedziałem... że jeśli nie umrę z przyjemności to przynajmniej stracę zdrowe zmysły. Nie mogłem tak po prostu tego znieść po takim czasie. I nie chodziło tylko o sam seks, o jej ciało. Chodziło o wszystko co czułem, co działo się w mojej głowie. O wszystkie doznania, ale nie tylko te cielesne. Budziło się we mnie coś czego dawno nie czułem, o czym dawno zapomniałem. I nawet nie spodziewałem się, że to jeszcze istnieje.


Zapomniałem się całkowicie i pewnie coś by z tego było, gdyby nie trzask zamykanych drzwi i kroki kierujące się w stronę salonu.
Dona oprzytomniała momentalnie. Odepchneła mnie od siebie i uciekła z salonu poprawiając się cała w biegu, a ja odwracając od niej wzrok zobaczyłem... syna. Kurwa. I co ja miałem zrobić?
Patrzył na mnie wielkimi oczami jakby nie miał pojęcia co zrobić czy powiedzieć. Nie byłem zdziwiony. Chyba nie co dzień jest świadkiem czegoś takiego. Nie wiedziałem gdzie podziać swoje oczy. Próbowałem zając czymś swoje ręce ale uczucie ciasności w spodniach skutecznie mnie rozpraszało. Po chwili jego mina się zmieniła. Chyba nieźle zaczęło go to bawić.
- Co to było tu na tej kanapie?? - zapytał podchodząc bliżej nawet nie rozbierając się z butów ani kurtki i wskazując na sofe, na której wciąz siedziałem. Spojrzałem na niego, ale jak mówiłem, nie miałem pojęcia co powiedzieć. Zaśmiał się, po chwili rechotał już cicho pod nosem patrząc na mnie.
- Ekhem... - mruknąłem. Nie wiedziałem czy lepiej będzie stąd zniknąć czy...
- Widzę, że wziąłeś sobie do serca moje słowa. - powiedział nagle siadając obok i cały czas mi się przyglądając.
- Co?
- No powiedziałem ci, że powinieneś lepiej się za nią zabrać no i proszę. Przychodzę do domu i co widzę?
- Przepraszam... - powiedziałem już naprawdę nie wiedząc co zrobić.
- Daj spokój. - mruknał. - Nie mam nic przeciwko... przecież wiesz. Ale jakby ci to powiedzieć... Mogłeś się z nią schować. - zaśmiałem się na co on też parsknął smiechem.
- Jakoś nie przyszło mi to do głowy. - mruknąłem.
- Przerwałem wam, ojej! - zaśmiał się. Teraz będzie się nabijał. Spojrzałem na niego lekko z ukosa mrużąc oczy.
- Daj spokój! - fuknąłem wstając. - Lepiej będzie jak już pójdę.
- No co ty? - popatrzył na mnie zaskoczony. Dla niego to było takie proste, a prawda była taka, że to było o wiele bardziej skomplikowane niż mu się wydawało. Uśmiechnąłem się.
- Tak chyba będzie lepiej.
- Weź... przestań! Ja i tak przyszedłem na chwilę, po portfel z kasą, zaraz wychodzę...
- Nie o to chodzi. - powiedziałem uśmiechając się wciąż. Przetarłem twarz dłonią. - Powinienem zostawić teraz twoją matkę w spokoju.
- Dupa jesteś nie facet. - wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Ty! Taki mądry jesteś. - oboje parsknęliśmy śmiechem. - Masz moje słowo, że jej nie odpuszczę. Przeszliśmy właśnie na kolejny wyższy poziom, ale teraz musze już iść... naprawdę.
- Speniałeś poprostu. - znów wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Nie mam cykora. Po prostu... teraz już nic nie zdziałam. Lepiej trochę odczekać. - spojrzał na mnie z ukosa.
- Mówisz... że obrałeś taktykę wojny podjazdowej?
- Co? - zaśmiałem się.
- No... Atakujesz, wycofujesz się szybko, by za chwilę znów zaatakować jeszcze mocniej.
- Mniej więcej. - zaśmiałem się kręcąc głową. Po chwili westchnąłem.
- Idę... później wpadnę. Może jutro. - wymruczałem spoglądając w stronę, w którą uciekła moja... Moja? Może niedługo moja kobieta. Serce waliło mi mocno za każdym razem, kiedy o niej myślałem, a teraz po tym wszystkim...
Młody próbował mnie jeszcze urobić i przekonać, żebym się teraz nie poddawał, że zawsze trzeba kuć żelazo póki gorące. Nie dałem się. Czułem, że teraz mógłbym tylko wszystko zaprzepaścić. Lepiej pozwolić jej nieco ostygnąć. Potem... będę działał dalej.



Cały czas byłam rozbita. Nie wiedziałam co myśleć. Korciło mnie, żeby do niego iść znów, ale z drugiej strony coś mnie powstrzymywało. Czułam się taka skrępowana, kiedy sobie przypominałam co się między nami wydarzyło. I miałabym teraz tak sobie do niego pójść... i co? Normalnie rozmawiać? Nie widziałam go już tydzień. Kilka razy ktoś pukał do drzwi, kiedy byłam sama, ale nawet nie otworzyłam. Nawet nie podeszłam zobaczyć kto to. Może to było głupie, ale... Mateusz zawsze normalnie wchodził, w końcu tu mieszka. Tata, mama i nawet Iwa zawsze pukali, ale zaraz potem wchodzili witając się od progu. Ten nie wszedł. Więc mogła to być tylko jedna osoba.
Billy.
Nie chciałam się z nim widzieć... To znaczy chciałam i to nawet bardzo... ale nie miałam odwagi. Miałam wrażenie, że zachowuję się jak jakaś nastolatka, która cyka się przed odezwaniem się do chłopaka, który jej się podoba, ale to wcale nie było takie proste, przynajmniej w mojej sytuacji. Nie wiedziałam jak to nazwać. Może mnie po prostu zauroczył. To było niebezpieczne, naprawdę. Nie chciałam ładować się w jakieś problemy i tak miałam ich dosyć, a Iwa jeszcze wciąż suszyła mi głowę.
Ostatnio u mnie była. Od razu zauważyła, że coś się ze mną dzieje nie tak i wszystko ze mnie wyciągnęła. Jak się mogłam spodziewać od razu zaczęła prawić mi kazania.
- Przecież ci mówiłam, żebyś trzymała się od niego z daleka! W co ty się chcesz ładować, w jakąs patologię?!
- Iwa, nie mam jak go unikać, uwierz mi, bo mieszka naprzeciwko mnie. - warknęłam zdenerwowana już jej gadaniem. - Poza tym... nie widziałam się z nim od tamtego czasu. To będzie już tydzień. - jakby odetchnęła.
- No. - mruknęła. - Chociaż tyle, naprawdę. Unikaj go dalej to będzie dobrze.
- Nie tak łatwo go unikać. Puka czasem do mnie. Troche mi głupio tak go traktować...
- Co ci ma być głupio, przecież to tylko jakiś przydupas! Upatrzył sobie głupią owcę i myśli, że uda mu się z tego coś wydębić! Mówię ci, żebyś się z nim nie zadawała! Wykorzysta cię i będzie po sprawie, a co z tobą wtedy będzie?
- Nic nie będzie, bo nie dam mu się w żaden sposób wykorzystać. - ciarki mnie przeszły. No tak. Ale gdyby wtedy Mateusz nie wrócił do domu JUŻ było by po ptakach.
- Właśnie zauważyłam. Już prawie mu się to udało. - wytknęła mi to co sama sobie pomyślałam. Przewróciłam oczami. - Nie przewalaj tak tymi oczami, bo wiesz, że mówię prawdę!
- Dobrze, może zmieńmy temat... - westchnęłam. Popatrzyła na mnie spod byka.
- Martwię się o ciebie. Przez to wszystko naprawdę wpakujesz się w jakies kłopoty. Zawczasu próbuję cię po prostu powstrzymać, bo wiem, że jeśli nikt nie będzie ci wiercił dziury w brzuchu to tak czy owak co byś sobie nie powiedziała to skończy się to w wiadomy sposób.
- To znaczy jaki?
- Taki, że wylądujesz z nim w łóżku! - parsknęłam śmiechem.
No naprawdę... Ale dobra, postanowiłam sobie coś i nie miałam zamiaru od tego odstępować. Bardzo długo nad tym myślałam. Na co mi to wszystko? Tylko dlatego, że facet jest podobny mam się z nim zadawać? Znaczy... możemy być znajomymi, ale nic poza tym. I już nawet nie chodziło o to, że nie chciałam robić Darkowi koło piór. Chodziło o mnie samą. Iwa miała rację, nie mogę się w to ładować bo zniszczy mnie to psychicznie. Ale trudno było się opanować.
Od tygodnia go nie widziałam, więc jakoś to było. Darek dzwonił kilka razy... U niego to nawet często. Pytał co u mnie, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Co miałam mu powiedzieć? Powiedziałam, że wszystko jest cacy tak jak zawsze. Porozmawialiśmy trochę o tym co robi na tej delegacji. Podobno miał już kilka szkoleń po osiem godzin i powiedział, że najchętniej to jebnąłby to wszystko bo potrafi się tym zmęczyć bardziej niż zwyczajną zmianą na magazynie. No tak. Myślenie boli.
Nie wiedziałam czy coś wyczuł może z mojego głosu... ale kilka razy pytał czy na pewno wszystko jest dobrze. Przecież nie mogłam mu powiedzieć co naprawdę się tu ostatnimi czasy działo. Natychmiast by się tu zjawił i urwał mi głowę chyba. I JEMU też przy okazji tak. W sumie to nawet nie wiedziałam czy Darek wie, kto jest naszym sąsiadem... Chyba nie. Byćmoże, że nawet go nie widział.
Musiałam też pomyślec jak to wszystko rozegrać. Nie mogłam zaszyć się na wieczność w domu, musiałam z niego wychodzić. Nie mogłam się bać za każdym razem, że gdzies go spotkam. Musiałam z nim powaznie porozmawiać i powiedzieć mu wprost o tym co postanowiłam. Żadnych romansów, tylko czysta sąsiedzka znajomosć. Nie będę 'Mody na sukces". Musiałam tylko zdobyć sie na to, żeby się z nim spotkać, a to już nie było takie łatwe. Serce waliło mi w piersi jak tylko pomyślałam o tym, że w końcu powinnam do niego iść i wszystko raz na zawsze wyjaśnić. Ale kiedyś będę musiała. Tak się nie da bez końca.
Mateusz robił krzywą minę za każdym razem kiedy o tym mówiłam. Twierdził, że tracę świetną okazję takim zachowaniem i myśleniem. W końcu powiedziałam mu, że to nie jest jego ojciec i koniec. I nigdy nim nie będzie choćby nie wiadomo jak dobrze się dogadywali i knuli razem za moimi plecami. Podejrzewałam, że mój synek znów będzie chciał coś wykombinować, więc od razu mu powiedziałam, że nie ma się nawet ważyć na to. Dwa dni się do mnie nie odzywał.
Z jednej strony to go nawet rozumiałam. Nie mówił o tym, ale wiedziałam doskonale, że chciałby mieć ojca, tak najzwyczajniej w świecie. Niestety... nie było to możliwe. Sama przez to cierpiałam choć w odmienny sposób niż on, ale wiedziałam co to znaczy. Od dwudziestu lat nie słyszałam jego głosu, nie czułam jego zapachu, ciepła, niczego. Brakowało mi tego strasznie, czułam się jak jakiś emocjonalny kaleka. Nie potrafiłam nikogo pokochać, bo wciąż kochałam jego. Ale właśnie ten facet, Billy, zdołał wywołać we mnie jakieś nowe reakcje. Chciałabym wiedziec dlaczego.
Billy nie był zły, to się czuło od razu jak tylko miało się z nim jakąś styczność. Miałam takie wrażenie, że coś ukrywa... Ale to było ulotne wrażenie. Szybko przy nim o wszystkim zapominałam, i własnie między innymi dlatego postanowiłam zakończyć to wszystko zanim się tak naprawdę jeszcze na dobre zaczęło. Podejrzewałam, że nie będzie zadowolony. Ale będzie musiał to zrozumiec. Byćmoże to właśnie pokaże jaki jest naprawdę. Jeśli się wścieknie to będzie znaczyło tylko jedno, że dupa z niego nie facet. A jeśli przyjmie to do wiadomości... to możemy zostać nawet przyjaciółmi. Ale nigdy nic poza tym.
Tego wieczoru Mateusz poinformował mnie żołnierskim obrażonym tonem, że idzie do kolegi i najprawdopodobniej będzie u niego nocować, więc zabrał kilka rzeczy. Ale zaraz pocałował mnie w policzek, więc wiedziałam, że ten jego foch już mu powoli przechodzi. Łobuz. Miałam więc wieczór tylko dla siebie. Ale jakoś nie wiedziałam co ze sobą zrobić... Wszystko w domu było zrobione... Zresztą, kto widział, żeby wolne wieczory spędzac na sprzątaniu. Ale wiedziałam, że jeśli się za coś nie wezmę dopadnie mnie ta moja zafajdana melancholia.
Tego dnia po prostu nie potrafiłam sobie niczego znaleźć. Niczym nie umiałam zając sobie rąk. Była dopiero godzina dziewiąta piętnaście, za wcześnie dla mnie na spanie. Nagle uświadomiłam sobie, że od dawna nie byłam na dachu. Uderzyło to we mnie jak jakiś grom. Poczułam się jakbym zaniedbała coś naprawdę bardzo ważnego. Nie umiałam sobie poradzić z tym uczuciem.
Przypomniałam sobie o nie otwartej butelce czerwonego wina. Stało sobie spokojnie w salonie w takiej specjalnej szafeczce. Było tam jeszcze kilka innych rzeczy... ale to może na później. Wstałam z fotela, na którym akurat siedziałam i podeszłam do mebla. Kiedy wyciągnęłam butelkę przyjrzałam się etykiecie. To było naprawdę bardzo dobre wino, na specjalne okazje. Dostałam je dwa lata temu na urodziny i tak stało, a im starsze tym lepsze. Podobno. Postanowiłam je wypróbować. Wzięła duży kieliszek i siadając napełniłam go. Nie bawiłam się w maniery, po prostu nalałam sobie do pełna.





Pierwszy łyk był dość intensywny. Wytrawna ciecz zapiekła mnie w gardło. Ale nie przejęłam się tym, porpawiłam drugim haustem i było lepiej. Siedziałam znów w tym fotelu i patrzyłam w ten kieliszek jak czerwone wino kołysze sie lekko. Nawet zaczęlam się nim nieco bawić i sama obracać kieliszek tak by ciecz się w nim poruszała. Szybko mi się to jednak znudziło, a myśli zaczęły krążyć zupełnie gdzie indziej... wokół pewnej małej skrzyneczki schowanej na dnie wielkiej szafy. 
Trwałam w bezruchu kilka minut, zanim w końcu podniosłam się i ze ściśniętym gardłem i sercem odstawiłam kieliszek na stolik i podeszłam do mebla rozsuwajac drzwi na boki. Przykucnęłam i w chwilę potem wyciągnęłam ładnie zdobioną blaszaną puszkę dośc dużą w kształcie prostokąta. Patrzyłam na nią kiedy wracałam na miejsce, wbijałam w nią po prostu oczy. Kiedy usiadłam pierwsze co zrobiłam to znów popiłam ze swojego kieliszka, jakby to miało mnie do tego przygotować...
Drżącymi palcami otworzyłam wieko i przestałam oddychać. Były tam umieszczone wszystkie zdjęcia jakie posiadałam. Zaczęłam je pokolei wyjmowac. Uśmiechnęłam się lekko trzymając w ręce zdjęcie mojego dziecka kiedy miał pięc lat. Uśmiechał się szeroko trzymając w rękach jakąs zabawkę. I te jego loczki. Do dzisiaj je ma zresztą...
Następne były podobne. Mój syn w różnym wieku, nie były poukładane chronilogicznie. Co jedno to inne, aż dotarłam do tych ze ślubu z Darkiem. Nie przykuwały już tak mojej uwagi. Szybko odkładałam je na bok na stos, który powoli robił się coraz większy. Dalej były przeróżne fotografie. I moje, i moich rodziców, misz masz. Do niektórych się uśmiechałam, kiedy przedstawiały coś komicznego. Kilka takich było. Aż w końcu dotarłam do najniższej warstwy.
Na pierwszym z brzegu byłam ja i Michael. W dniu ślubu. Ktoś strzelił nam idealną fotkę, kiedy się pocałowaliśmy. W tamtej chwili nie wiedziałam, że aż tak się w niego wczepiłam... On zresztą pod tym względem wcale nie był lepszy. Przyciągał mnie do siebie... jakby nie chciał puścić. Kilka było takich fotografi. 


Dalej też z nim. Przedstawiały różne momenty, najczęściej po prostu byliśmy razem. Trzymał mnie za rękę, całował... Czasami nie poznawałam siebie na tych zdjęciach. Nie chodzi o to, że minęło tyle lat i się postarzałam. Chodziło mi o to jaka byłam wtedy szczęśliwa. Na każdym zdjęciu uśmiech i w ogóle... błysk w oczach. A teraz? Nic już chyba z tego nie zostało.

Poczułam łzy w oczach. Wzięłam jedno zdjęcie na dłużej do rąk i patrzyłam w nie. Patrzyłam na niego, na jego twarz. Oglądałam ją jakbym widziała go poraz pierwszy. Nawet nie zauważyłam, kiedy łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Nie potrafiłam nad tym panować. Bardzo rzadko wracałam do tych zdjęć... zawsze oglądanie ich sprawiało mi ból. To były tylko wspomnienia, nie sprawią, że on do mnie wróci. Czułam się taka pusta... jakbym nie miała serca. Ale chyba jednak je miałam skoro wciąż...
Im dalej w tych zdjęciach tym gorzej się czułam. Zanosiłam się coraz większym szlochem. I nawet do połowy już opróżniona butelka mi nie pomagała. Starałam się normalnie żyć, jakoś się  z tym uporać, ale nie umiałam. Teraz na chwilę o tym zapomniałam bo pojawił się jakiś facet nie wiadomo skad i jak, ale... to niczego nie zmieniło. Nie sprawiło, że zapomniałam. On nie zniknął z mojego życia i nigdy się to nie stanie.
Kiedy butelka była już pusta a wszystkie zdjęcia przejrzane i wyrzucone na sofę na która się przeniosłam stwierdziłam, że to jedno wino to jednak za mało. Butelka stała na podłodze a ja lekko się chwiejąc podeszłam do szafki i wyciągnęłam z niej coś jeszcze nawet nie patrząc co. Smakowało ochydnie, gryzło w gardło, ale piłam. Sama nie wiedziałam dlaczego, nigdy nie topiłam smutków w alkoholu. Ale pomyślałam co tam, jeden raz jak się schleję... Przynajmniej nie będę nic czuła. Chociaż przez chwilę.
Zdjęcia były wszystkie porozkładane, chciałam je wszystkie widzieć na raz. Brałam raz po raz jedno i przyglądałam mu się. Na niektóre kapały moje łzy wsiąkając w papier i pozostawiając na nim ślady... Kiedy druga flaszka była pusta do połowy poczułam, że chyba osiągnęlam swój limit. Oczy same mi się zamykały i w niedługim czasie leżałam już w tych zdjęciach. Niby byłam świadoma, ale nawet się nie ruszałam. Nie miałam nawet pojęcia kiedy zasnęłam, ale chyba nawet przez sen czułam jak łzy płyną mi po twarzy...






Unikała mnie. Widziałem to wyraźnie. Nie pokazywała się, chyba w ogóle nie wychodziła z domu. Tylko z Matem miałem kontakt. Mówił, że jego matka zamknęła sie w sobie po tym jak nas przyłapał i nie chce się na mnie napatoczyć. Powiedział też, że coś sobie ubzdurała, ale nie chciał powiedzieć co dokładnie. Ale widać było, że jest na nią zły. Domyślałem się, co takiego mogła sobie ubzdurać. Że nie pozwoli mi się do siebie zbliżyc, że możemy się tylko 'przyjaźnić'. Kiedy go oto zapytałem, potwierdził prychając.
Nie mogłem jej do niczego zmusić, ale uzmysłowiłem sobie, że i tak postępowałem zbyt szybko. Musiałem zmienić taktykę. Postanowiłem ją przeprosić i obiecać, że nie będę jej więcej 'napastował'. Zaśmiałem się pod nosem na to słowo. Musiałem pozwolić jej ochłonąć a potem powolutku zacząc małymi kroczkami od nowa. Syna już sobie urobiłem, ale ona... Powinienem się tego spodziewać. Przeciez ją znam.
Próbowałem się do niej dobić, ale nie otwierała mi nawet drzwi. Nie było mi z tym przyjemnie.. ale uznałem, że to i tak najłagodniejsze symptomy jakie mogły wystąpić. Mogła kompletnie kazać mi się leczyć. Ale za którymś razem zacząłem się denerwować. Dzieciak mówił, że nic jej nie jest tylko ma cykora teraz przede mną... ale i tak do głowy przyszła mi myśl, że może jest chora? Chciałem wiedzieć co się z nią dzieje. Kiedy kolejnym razem nie otworzyła mi drzwi, kiedy kulturalnie pukałem postanowiłem po prostu wleźć tam sam. Może nie cechowało to żadnego dżentelmena, ale jeśli naprawdę coś się dzieje, a ja o tym nie wiem?
Zastanawiałem się tylko chwilę po czym nacisnąłem klamkę. Drzwi były otwarte co zaniepokoiło mnie o tej porze, było około 10.30. Ja tu się martwię otwartymi drzwiami, a sam o której godzinie do niej przychodzę? Normalnie jak stalker. Ale martwiłem się, to wszystko. Przeciez nie byłem psycholem trzymającym siekierę za plecami.
- Dona...? - zawołałem wchodząc do środka. W mieszkaniu było ciemno, nie paliło się żadne światło. - Wszystko w porządku? - odezwałem się znów nieco głośniej, ale nadal nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Teraz już naprawdę się przestraszyłem.
Zamknąłem za sobą drzwi i wszedłem szybkim krokiem do salonu. Nikogo... Skierowałem się już w stronę sypialni, ale wtedy ją zauwazyłem... Leżała na wielkiej sobie obok której właśnie przechodziłem... Jej oparcie w pierwszej chwili ją zasłoniło.
Ale nie tylko ją zobaczyłem. Na stole przed nią stał kieliszek, a obok butelka do połowy opróżnionej gorzkiej żołądkowej... Od kiedy ona pije? Podszedłem do niej i potknąłem się o butelkę wina, która poturlała się dalej po podłodze... Popatrzyłem na to wszystko lekko oszołomiony.
Zauważyłem, że na czymś lezy. To wyglądało jak jakieś papiery czy coś... Włączyłem małą lampkę w koncie która oświetliła ciepłym blaskiem całe pomieszczenie. I wtedy zrozumiałem co to.
przysiadłem obok niej. Twarz miała bladą, oczy lekko podpuchnięte, a na policzkach jeszcze ślady łez. I znowu to uczucie. Ściskało mi wszystkie bebechy w brzuchu, poczułem się po prostu jak gówno. Całkiem często mi to uczucie ostatnio towarzyszy... Wziąłem do ręki jedno zdjęcie i przyjrzałem mu się. W jednym miejscu miało mokry ślad, a przedstawioło... mnie i ją. Jak ją przytulałem. Oboje śmialiśmy się na tym zdjęciu. I było takich wiele innych. Wszystkie leżały porozkładane na całym siedzeniu a ona leżała na nich i spała. A w salonie panowała gorzelnia.
Z ciężkim sercem wstałem i pootwierałem oba okna, które tam się znajdowały. Do środka wpadło zimne powietrze, ale to akurat nam tu pomoże. Wróciłem do niej i nie bardzo wiedząc co zrobić, spróbowałem wziąc ją na ręce i zanieśc do pokoju i położyć ja do łózka. Nie bardzo mi to wyszło bo... obudziła się, kiedy próbowałem ją podnieść.
- Co...? - wymamrotała nie mając zapewne pojęcia co się właściwie dzieje.
- Spokojnie, to tylko ja. - mruknałem na co spojrzała na mnie i usiadła prosto... w miarę.
- Co tu robisz...? - jej twarz zaczęła pokrywać się rumieńcem, ale nie byłem pewny co go powodowało.
- Martwiłem się... Sorry, że wszedłem tu jak do siebie, ale chyba słusznie... - zacząłem, ale przerwała mi zanim zdołałem dokończyć swoją myśl.
- Nie potrzebuję pomocy. - burknęła, po czym zaczęła dźwigać się z siedzenia... Wyglądałoby to dość komicznie, ale nie było do śmiechu. Nie mogła się podnieść, co chwila siadała z powrotem na tyłek.
- Na pewno? - bąknąłem wciąż się jej przyglądając. Jak ją znam jeszcze nie miałem okazji widziec jej pijanej... A przynajmniej wtedy, gdy byliśmy razem.
- Na pewno! Nie widzisz, przecież w-wstaję! - czknęła. Nie no kurwa... Kiedy kolejnym razem cypnęła na dupę złapałem ją pod ramię i postawiłem na nogi z dziecinną łatwością. Była lekka... przynajmniej jak dla mnie. Spojrzała na mnie z zadziorną miną, która w tym stanie było po prostu powalająca. - I co?! Wstałam! - znów czknęła.
- Jasne... - mruknąłem patrząc jak odsuwa się ode mnie i kieruje się w stronę sypialni. Nagle potknęła się o leżącą na podłodze butelkę po winie. Od razy złapałem ją za ramiona by nie upadła. Lekko oszołomiona popatrzyła do okoła siebie, a potem na mnie.
Przeszywała mnie wzrokiem. Aż w pewnej chwili poczułem się trochę nieswojo. Miałem wrażenie jakby widziała dosłownie wszystko. Nie wiedziałem jak to określić... Po prostu... Było to piorunujące wrażenie.
Spoglądałem tak na nią w sumie nawet nie wiedząc co zrobić. Nie powinienem jej raczej zostawiać samej w takim stanie. Młodego nie było bo by się tu zjawił już dawno słysząc ten raban. A ona była pijana. W cztery dupy. Przymknęła oczy na moment... Myślałem, że zaraz mi tu uśnie na stojąco, więc objąłem ją lekko w pasie by się nie przewróciła... ale ona zareagowała na to w zupełnie nieprzewidziany dla mnie sposób.
Wpiła się momentalnie w moje usta aż zaparło mi dech. Otworzyłem szeroko oczy, ale po chwili... Nie no, nie mogłem przeciez wykorzystywać TAKIEJ sytuacji. Było mi strasznie gorąco, mimo zimnego powietrza z dworu, ale i tak... A ona stawała się coraz bardziej śmielsza. Zaczęła już rozpinać mi koszulę...
- Dona, uspokuj się.. - mruknąłem łapiąc ja lekko za nadgarstki i odsuwając ją nieco od siebie. Popatrzyła na mnie zła, a potem znów przywarła do mnie ustami nawet nie mruknęła. Trzymałem ją wciąz za ręce ale to jej nie przeszkadzało. Kiedy przyssała się do mojej szyi musiałem zareagować bardziej stanowczo.
- Dona, przestań.
- No co? Chyba mi nie powiesz, że tego nie chcesz. - powiedziała znów sie do mnie przyklejając, szczególnie do mojej szyi. Jakoś nie sprawiało mi to radości. Alkohol odebrał jej rozum po prostu. Obróciłem ją do siebie plecami i tak przycisnąłem krępując ręce. - Hej... Tak się bawimy? - zaśmiała się próbując się uwolnić.
- Opanuj się... Próbuję przywołać cię do porządku...
- Porządki będę robiła później.
- Dona...
- No co? Po coś się tu do mnie chyba pchasz, teraz masz idealną okazję... - wytrzeszczyłem oczy.
- Co takiego? Jaką okazję? O czym ty mówisz?? - wciąż próbowała mi się wymknąć.
- No mówię przecież... Możesz mnie teraz wziąć... Na każdy sposób, który ci przyjdzie do głowy. - odwróciła głowę i spojrzała mi w oczy. Co jej uderzyło do tej główki?
- Coś ci się chyba pomyliło...
- Nic mi się nie pomyliło. Po co innego byś się tu pchał i nie dawał mi spokoju? Zresztą, nieważne, jak widzisz sama mam na to wielką ochotę. No dalej... Bo uznam, że jesteś mięczakiem!
- Jutro rano uznasz, że jestem dżentelmenem, kochanie. - parsknąłem śmiechem.
Może nie było tak źle. Naburmuszyła się i zaczęła prychać pod nosem jak rozjuszona kotka. Za punkt honoru obrała sobie uwolnienie się ode mnie. W końcu ją puściłem. Pomyślałem, że każe mi spadać, ale nie o to jej chodziło. Chyba źle zinterpretowałem jej zachowanie, bo... znów wpiła sie w moje usta pozbawiając mnie tchu.
- DOna, smakujesz sama wóda, uspokój się!
- Nie piłam wódki. - stwierdziła najzwyczajniej w świecie.
- Nie? A co?
- Wino. - i ten niewinny ton głosu.
- A potem?
- Nic. Tylko wino. - popatrzyłem na nią.
- Tak? A co tu robi ta stojąca do połowy opróżniona gorzka zołądkowa? - popatrzyła na flaszkę po czym wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Przed chwilą jej tu jeszcze nie było. - po raz kolejny wytrzeszczyłem na nią oczy. Miałem ochotę się roześmiać, ale się powstrzymałem.
- Dobra. Idziemy do sypialni...
- Czyli jednak? - uśmiechneła się. Chciałem jej trochę przysrać, ale się powstrzymałem.
- Kładziesz się spać.
- Ahaaa... - zamruczała melodyjnie poczym się zaśmiała. - Tak to sie teraz nazywa. - zaczęła sobie naprawdę pozwalać. Nie, żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało... ale nawet sobie nie wyobrażałem, żeby robić tu cokolwiek kiedy ona nawet do końca chyba nie wie jak się nazywa.
- To sie nazywa pójście do łózka spać i to dosłownie! Nic poza tym. Idziemy. - chwyciłem ją za rękę. Poszła za mną posłusznie jak dziecko z lekkim uśmiechem.
Tam w sypialni posadziłem ją na łózku i rozejrzałem się do okoła. Patrzyła na mnie jakby na coś oczekiwała.
- Co?
- Nic. - i dalej na mnie spoglądała. Westchnąłem i usiadłem obok niej zaczynając rozpinać jej bluzkę. Uśmiechnęła się triumfalnie. Nawet tego nie skomentowałem. Kiedy ściągnąłem z niej górną część garderoby pozbyłem się dolnej. Pozostała w samej bieliźnie.
Kleiła się do mnie, musiałem być bardzo kreatywny, żeby jednocześnie odganiać jej łapki i szykował jej łóżko do spania.
- Przestań!
- Jestem niecierpliwaaaa. - zamruczała mi znów do ucha.
- Widzę. - burknąłem. - Kładź się. - i położyła się. Ale w poprzek łóżka. I zaczęła zaczepiać mnie swoimi stópkami. Znów westchnąłem po czym chwyciłem ją za nogi i okręciłem prosto w łóku kładąc na poduszki. Zaśmiała się głośno. Przestała, kiedy przykryłem ją kołdrą pod sam nos. - Dobranoc. - rzuciłem na co wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Dobranoc?
- Dobranoc. - powtórzyłem patrząc na nią z rekami wspartymi na biodrach.
- Żartujesz?
- Nie.
- To po co mnie rozebrałeś?!
- Chciałaś spać w ciuchach? - zapytałem spoglądając na nią z uniesioną brwią. Wciąz patrzyła na mnie nie dowierzając. - Naprawdę myslałaś, że...
- Myślałam. - usta jej zadrżały. No nie, teraz będzie płakać? Boże. Pomóż mi jakoś przetrwać do rana, aż wytrzeźwieje.
- Daj spokój...
- Ja wiem, że nie mam już dwudziestu lat... - zaczęła chlipać. Alkohol...
- Przestań. Jesteś piękna... - powiedziałem siadając obok niej.
- To dlaczego obabuliłem sie tą kołdrą że mnie spod niej nie widać?! - zabuczała znów. Nie wiedziałem czy się śmiać czy lepiej zachować powagę.
- Dona, skarbie... Porozmawiamy jutro. Jak promile wyparują ci z głowy. - popatrzyła na mnie przez chwilę, a potem pociągnęła nosem i zakopała się jeszcze głębiej zwijając się w kulkę. Chyba już nie płakała. Przez chwilę panowała cisza. - Zajrzę do ciebie jutro rano. - powiedziałem tak naprawdę nie mając pojęcia co powiedziec. Wysuneła czubek nosa znad pościeli.
- Idziesz sobie? - usłyszałem.
- No... chyba raczej powinienem... Zobaczymy się jutro. - pochyliłem się i pocałowałem ją w czoło. Kiedy się wyprostowałem i chciałem już iść złapała mnie za rękę. Lekko zaskoczony spojrzałem na nią.
- Nie zostawiaj mnie samej. - wyszeptała. Coś chwyciło mnie za serce.

Usiadłem z powrotem na skraju łózka i ścisnąłem mocniej jej dłoń w swoich. Po chwili przysunąłem ją sobie do ust i ucałowałem.
- Nie zostawię. Jeśli tylko będziesz chciała...
- Chcę. Teraz. - powiedziała uściślając. Uśmiechnąłem się. Wyciągnąłem powoli ręką, którą pogładziłem ją po policzku. Wtuliła się w nią przymykając zmęczone oczy.
- Posiedzę przy tobie... - mruknąłem na co pociągnęła mnie do siebie.
Nie zrobiła już nic wielkiego. Po prostu wtuliła się we mnie i tak została. Przez pierwsze kilkanaście minut jej oddech był niespokojny, ale potem zaczął się normować. Wiedziałem, że w końcu zasneła. Jutro będzie ją pewnie męczył kac morderca. I pewnie pierwsze co powie to zada mi pytanie, co ja tu u licha robię? Ciekawe czy będzie cokolwiek pamiętać...

środa, 16 listopada 2016

Resurrection. - 14.

Hello! :) Właśnie skończyłam, więc dodaję, nie ma po co czekać. Hm, myślę... że niedługo już zacznie się coś dziać. Więc zapraszam. :)
***



Kolejna szklanka wyleciała mi z rąk. I to w momencie, kiedy właśnie stawiałam ją na stole przed tatą. I to z całą jej zawartością.
- Cholera! - zaklęłam pod nosem i pobiegłam po ręcznik papierowy by wytrzeć kawę z  całego stołu i z podłogi. Miałam dobry pomysł by nie kłaść pod niego żadnego dywanu. - Przepraszam. - westchnęłam prostując się. - Zrobię ci drugą, poczekaj chwilę.
- Może ja sam sobie zrobię, córka, ty usiądź i odpocznij. Coś się stało? - zapytał zdawkowym tonem. Opadłam z westchnieniem na wielką sofę obok miejsca w którym siedział mój rodziciel. Popatrzyłam na niego przez chwilę.
- Nie. Dlaczego miało się coś stać?
- No nie wiem. Zachowujesz się jak nawiedzona. - zaczął wymieniać zalewając sobie kubek tym razem, nie szklankę. - Chodzisz z głowa w chmurach. Z rąk wszystko ci wylatuje, co najmniej jakbyś miała je dziurawe. - parsknęłam śmiechem. - Tak, tak. Wyglądasz jakbyś się zakochała! - wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Co takiego?! Tato, co ty opowiadasz...! - zaskoczył mnie nieco, aż nie wiedziałam co powiedzieć w pierwszej chwili. - Mam męża!
- Aha, więc mówisz, że w swoim mężu się zakochałaś. - powiedział znów wracając na swoje miejsce i patrząc na mnie wymownie. - W końcu. Tak by powiedział, gdyby to słyszał.
- Tata... Kocham Darka. Na swój sposób. - mruknęłam, choć wiedziałam, że prawdy w tym tyle co w prognozach pogody. Czyli gówno. Mój ojciec uśmiechnął się lekko pod nosem.
- Słuchaj... - zaczął nagle jakoś tak powściągliwie. Przeczuwałam, że zaraz zacznie mi o coś znowu truć tyłek. - Spotkałem Mateusza kiedy tu do ciebie szedłem. - o a jednak coś innego.
- A tak... Jechał do kina z kolegą. - stwierdziłam ostrożnie biorąc do ręki swoją kawę. Rozpuszczalną jeszcze byłam w stanie wypić. Normalnie nie przepadałam za żadną. Od zawsze wolałam herbaty wszelkiego rodzaju.
- Dojrzały ten jego kolega. - sarknął uśmiechając się ironicznie. Popatrzyłam na niego nie mając pojęcia o co mu chodzi.
- Ma tyle lat co on. - spojrzał na mnie wielkimi oczami.
- Naprawdę? Mnie wyglądał na co najmniej czterdzieści więcej.
- CO?! - o co mu znowu chodzi?
- No widziałem. Przed chwilą, wychodziłem z windy i o mało w tego człowieka nie wyrżnąłem. Kto to jest? - zamrugałam... A po chwili domyśliłam się o kogo może chodzić. Uśmiechnęłam się.
- Aha. Już wiem. - zaśmiałam się. Tata patrzył na mnie cały czas. - Nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego.
- Niczego sobie nie wyobrażam. JESZCZE. Więc kto to? Wygląda jakby gębę zdarł z NIEGO. - a więc mam rację.
- To Billy Jencins. Nagrywał teledyski do piosenek Michaela. Ostatnio wychodziła płyta... Komuś się zachciało, a oryginału nie ma. Więc wynajęli go do tego.
- Aha. I tylko fikał i gębą ruszał?
- No nie do końca. - parsknęłam śmiechem. - Ma bardzo podobny głos...
- Tego ci nie powiem, bo nawet nie pisnął słówka, kiedy mnie zobaczył. Ty mu powiedz co to znaczy kultura. Rozmawiać o pogodzie nie musiał, ale to zasrane dzień dobry mogłoby być. Ile on ma lat?
- Tyle, ile Mike miałby teraz. Gdyby żył. - zamyślił się nieco.
- Hm. - mruknął. - Nie podoba mi się ten facet. - zaśmiałam się na te słowa. - Wy coś ten? - akurat popijałam z kubka... Wiedział jaki moment wybrać. Przez chwilę jedyne co robiłam to tylko kaszlałam.
- Tato... no co ty, błagam cię... - wydyszałam. No, pomijając te pocałunki, które już były... to można uznać, że tak, nic się nie stało. Ojciec przyglądał mi się przez chwilę.
- Ostatnio naprawdę dziwnie się zachowujesz. Zastanawiam się po prostu czy on nie jest tego powodem. - nie wiedziałam jak rozumieć te słowa. Spojrzałam tylko na niego. - Wiesz, że nie popierałem cię w tym wychodzeniu za mąż za Darka. I nie mam zamiaru namawiać cię do romansów w podrobem Jacksonów. - wtrącił zanim zdążyłam coś powiedzieć. - Ale moim zdaniem to kolejny dowód na to, że i ja i mój wnuk mamy rację. - zmrużyłam lekko oczy.
- To znaczy? - już to nie raz słyszałam.
- Że nie powinnaś dusić się w tym pustym związku! Szczęścia w tym nie znajdziesz nigdy, aby tylko życie sobie zmarnujesz! Żyjesz tylko raz, dziecko. Ty nie pokochasz nigdy tego faceta. - spuściłam głowę. - A teraz ten, przypomina ci męża. Ja nie mówię ci, że masz być całe życie sama. - złapał mnie za rękę. - Ale przez te pięc lat, które siedziałaś z nim mogłaś znaleźć kogoś na kim naprawdę by ci zależało. Nie byłby to Michael Jackson, ale była byś z pewnością o wiele szczęśliwsza niż jesteś teraz.
- Tato, ale on mnie kocha... Co ja mam go tak nagle zostawić? - westchnęłam.
- Trudno. On też nie jest w tym szczęśliwy. Myślisz, że on nie wyczuwa tego? Dla was obu byłoby lepiej gdybyście się rozstali. - sam teraz westchnął. - Powtarzam ci to cały czas od tych pięciu lat a ty nadal swoje. Siedzisz w tym uparcie, a to się nie zmieni.
- Zmieniło się. Zalezy mi na nim. - upierałam się. Ale w głowie pokazał mi się obraz Billego. Dlaczego tak nagle...?
- Nauczyłaś się w to wierzyć, kochanie. Ale z prawdą to nie ma wiele wspólnego.
- Ja nie moge go tak nagle zostawić...
- A co, rozłożysz to na raty? Dziecko! Wóz albo przewóz! Pomyśl o sobie w końcu. Nie uszczęśliwicie się na siłę. Nie ma na to rady. Musisz w końcu to zrozumieć i przestać trwać w zawieszeniu. Za chwilę pokaże się ktoś kto naprawdę będzie coś dla ciebie znaczył, to odrzucisz go bo Darek będzie biedny? Zastanów się.
- Nikt taki się nie pojawi. - mruknęłam. I poczułam się po prostu strasznie. Z jednej strony pojawił się to przeświadczenie, że tak naprawdę po Michaelu już mnie nic dobrego w miłości nie spotka. A z drugiej... pojawił sie ten cały Billy. I coraz bardziej zajmował moje myśli. Odwiedzałam go z radością jakiej dawno nie czułam. To była euforia. Miałam motyle w brzuchu. Dawno się tak nie czułam... Tak po prostu dobrze. Od dawna. On jakby przywracał mi radość życia... Ale tylko kiedy byłam wtedy z nim. Kiedy wracałam do domu do siebie znów ogarniał mnie ten bezsens. Najchętniej wcale bym od niego nie wychodziła. I troche mnie to przerażało.
- Nie opowiadaj głupstw, dziecko. Na czterdziestce życie się nie kończy, uwierz mi.
- Moje skończyło się na już na dwadzieścia trzy. - westchnęłam wstając i łapiąc za swoją do połowy opróżnioną z kawy szklankę. - Zjadł byś coś może?
- Nie, dziękuję. - westchnął. - Jestem przejazdem tak naprawdę. Miałem coś do załatwienia w mieście wiec wpadłem przy okazji. Zobaczyć co u ciebie i młodego.
- No więc jak widzisz, wszystko dobrze. - powiedziałam z fałszywym uśmiechem. Patrzył na mnie jednoznacznym wzrokiem. Znów musiałam spuścić głowę.
- Dziecko. - podszedł do mnie. - Zrobisz co uważasz, ale pamiętaj co ci powiedziałem. - pokiwałam głową na znak, że rozumiem a potem przytuliłam się do niego.
Zawsze miałam w rodzicach ogromne wsparcie. Nigdy nie zostawili mnie z niczym samą. Teraz tata też starał się mi pomóc jak umiał. Ale co z tego, skoro jak nie chciałam mu na to pozwolić?





Nie mogłem wysiedzieć w miejscu. Byłem ciekawe czy jej ojciec już poszedł. Pewnie tak. W końcu to było już jakieś... trzy godziny temu.
Z kina wrócilismy godzinę temu. Seans był nawet fajny. Film komedia, trochę się naśmialiśmy. Dawno nie czułem się tak swobodnie. Byłem rozluźniony, nie martwiłem się o nic, młody zreszta był ze mną, nic nie mogło mu się przy mnie stać. Poza tym, wszystko jakby ucichło... Nie wiedziałem jak to potraktować. Czy mogłem trochę odetchnąć czy jednak wciąż mieć się na bacznosci? Dona i Mat nie mieli o niczym pojęcia. Nie wiedzieli kto tak naprawdę za tym wszystkim stoi, a ja nie miałem zamiaru ich o tym uświadamiać. Po pierwsze wzięliby mnie za nawiedzonego wariata. Może gdyby poznali całą prawdę... ale o tym też nie było mowy. Tak więc Dona pewnie czuje się już w miarę bezpieczna. Niech tak pozostanie.
Faceci wciąz patrzyli na mnie krzywo, ale chyba już nikt nie widział żadnego sensu w rozmowach ze mną. Każda kończyła się tak samo. Awanturą, po której zamykałem się w sypialni wypinając się na wszystko i wszystkich. Ja doskonale wiedziałem co robię. Po co miałem ją ranić takimi wyznaniami? Może myśleli, że postradałem już rozum z tego wszystkiego. Może mają rację, ale sam doszedłem do wniosku, że chyba nie będzie mi przeszkadzać, fakt, że ona nie będzie widziała we mnie MNIE. Ważnie by była ze mną, przy mnie. By pozwoliła mi być przy niej i naszym synu. To rzeczywiście zakrawało o obłęd, ale w tej sytuacji to było całkiem normalne rozwiązanie. Tak sobie mówiłem. I tak w to brnąłem nie myśląc już o tym jak to się może kiedyś skończyć.
Josh próbował jeszcze na inny sposób mnie wziąć. Powiedział, że jeśli kiedyś coś mi się stanie i z jakichś wyników badać wszystko wyjdzie... to ona mnie na miejscu zamorduje, albo naprawdę nie wiadomo co się stanie wtedy. I to jest właśnie tak, że ja zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę... Ale mimo wszystko dalej chcę się w to pakować. Bo po prostu dla mnie nie ma innej alternatywy by być z nimi. Janet może gadać sobie też co chce. Nie mogłem im o niczym powiedzieć, jeśli chciałem mieć z nimi jakiekolwiek relacje.
Jedyny tak naprawdę problem w tym momencie stanowił ten jej mężulek. Wiedziałem, że on jej sobie nie odpuści, ale wiedziałem też, że ja sobie nie odpuszczę. I miałem takie przeświadczenie, że jednak ona w końcu wybierze mnie. Może byłem egoistą i myślałem tylko o sobie, ale to nie była do końca prawda. Myślałem o niej, o synu. Nawet jeśli nie będą niczego świadomi to jednak będę przy nich. Tak jak to powinno być zawsze. Starałem się zablokować wszystkie ewentualne wyrzuty sumienia. Przekonywałem się, że robię słusznie. Nie słuchałem innych.
Sprawę jej ojca zostawiłem na później. Przecież chyba niczego sobie nie pomyślał? No bo niby skąd miałby się zacząć domyślać czegokolwiek? Może być najwyżej zdziwiony, że mnie z nim widział. Myślę, że wie kim jestem w świetle dnia dzisiejszego. Na pewno słyszał o tym koncercie na którym wystąpiłem i ja i Mat również... co było potem nawet nie chcę wspominać. Więc na pewno mnie widział choćby w telewizji. Prosta sprawa wytłumaczyć sobie, że po prostu zaprzyjaźniłem się z dzieciakiem i tak dalej. Proste i najlepsze tłumaczenie.
Wyszedłem więc w końcu z mieszkanie rozglądając się na boki i zapukałem do drzwi. Serce biło mi mocno. Do tej pory to ona odwiedzała mnie. Pomyślałem, że zrobie jej niespodziankę i tym razem sam ją odwiedzę. Miałem ze sobą bukiecik tulipanów. Pamiętałem, że lubi. Miałem nadzieję, że się z  nich ucieszy. I miałem nadzieję, że jej ojca naprawdę już tu nie ma. Nie sterczałem pod drzwiami i nie patrzyłem kiedy wychodził. A może powinienem?
Ale moje obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Otworzyła mi sama i spojrzała na mnie lekko zaskoczona. Uśmiechnąłem się lekko.
- Dzień dobry. - mruknąłem i wyciągnąłem zza pleców kwiaty. Kiedy je zobaczyła uśmiechneła się, ale widziałem, że próbowała to jakoś zatuszować. Nie ma głupich, skarbie...
- Dla mnie? - wymruczała biorąc je ode mnie i przyglądając się im przez chwilę.
- Oczywiście. A jak myślisz?
- No nie wiem, nie wiem... - zaśmiała się cicho i spojrzała znów na mnie. Oczy jej błyszczały. O to mi właśnie chodziło. By była szczęśliwa. - Wejdź. - zaprosiła mnie do środka.
W sumie to nawet nie musiała. Dla mnie sama ta chwila kiedy widziałem ją w drzwiach wystarczyła, bym zaczął po prostu fruwać. Te wszystkie reakcje od dawna były uśpione, dawniej też je wywoływała, ale od tamtego czasu minęło już tyle lat... że się od tego odzwyczaiłem. teraz było to jak coś nowego. Intensywnego.
- Piękne mieszkanie. - nigdy tam nie byłem, ale ładnie je urządziła. Ciekaw byłem czy młody jest w domu... Już nawet nie mogłem się zdecydować, czy zająć się nią czy starać się więcej czasu spędzić z synem... Kochałem ich oboje.
Popatrzyła na mnie znów z tym swoim uśmiechem i poszła dalej. A ja za nią. Nigdzie nikogo nie widziałem, więc odetchnąłem z ulgą. Naprawdę... chyba spodziewałem się, że jej ojciec zaraz wyskoczy zza jakiegoś mebla...


- Co takiego cię do mnie sprowadza? - usłyszałem w pewnym momencie i spojrzałem znów na nią. Stała dwa metry przede mną i patrzyła na mnie z rękami splecionymi za plecami. Kwiaty już stały ładnie w wazonie. Uśmiechnąłem się.
- Dawno mnie nie odwiedzałaś, stwierdziłem, że teraz sam to zrobię. - tworzyła szeroko oczy.
- Dawno? Człowieku... - zaśmiała się. - Niedawno byliśmy na kolacji... czy jak to zwać. Która uknułeś razem z moim synem. - wypomniała mi. Uśmiechnąłem się niewinnie.
- Sama nie chciałaś się zgodzić. Ale mam nadzieję, że teraz dasz się namówić.
- Przestań. Przyszedłeś znów mnie o to męczyć?
- Oczywiście. - powiedziałem szczerząc się i podchodząc do niej bliżej. Natychmiast się oddaliła wyciągając przed siebie ręce.
- Lepiej się do mnie nie zbliżaj, naprawdę... Mówię poważnie. To w windzie... nie powinno mieć miejsca... - powiedziała nieco rozgorączkowana. Zbliżyłem się znów do niej łapiąc ją za rękę. Chciała znów uciec, ale nie mogła, trzymałem ją mocno i przyciągnąłem do siebie. Patrzyła mi w oczy z odległości kilku centymetrów.
- Ale miało. I bynajmniej się nie sprzeciwiałaś.
- Zrobiłam to po to, żeby się od ciebie uwolnić. - powiedziała poważnym tonem.
- Zauważyłem potem. - przyznałem ze śmiechem. - Ale najpierw... odwzajemniłaś.
- Daj mi spokój. - burknęła i zaczęła mnie odpychać próbując mnie od siebie odsunąć.
- Nie dam. Już to mówiłem. Możesz być pewna że nie odpuszczę. - szepnął jej na ucho trzymając ją mocno.
- Przestań. - mruknęła chcąc znów mi uciec.
- Mat powiedział, że powinienem się za ciebie bardziej zabrać. Jak myślisz? Czy to co teraz robię podlega pod to co powiedział? - zaśmiałem sie mówiąc to. Rozpierała mnie radość. Niby uciekała, ale jakoś nie robiła tego tak by naprawdę się ode mnie uwolnić.
- Byćmoże. - mruknęła parskając śmiechem. Znów patrzyła mi w oczy. Chciałem coś powiedzieć, ale nie odezwałem się. Dobrze odczytała moje intencje bo sama zaczęła coś mruczeć..
- Puść mnie, musze dokończyć obiad...
- Masz coś na gazie?
- Jeszcze nie...
- No to czym się martwisz, kochanie? - szepnąłem znów przy jej uchu i pocałowałem je lekko. Wzdrygnęła się.
- Nie, dosyć. Mówię poważnie...
- Przestań. Nie walcz ze sobą chociaż przez chwilę. Tylko chwilę, dobrze? - wyszeptałem znów tak blisko niej, że niemal muskałem jej wargi. Czekałem na jakąś jej odpowiedź przez dokładnie pięć długich sekund, aż w końcu kiwnęła nieznacznie głową...
Pocałowałem ją delikatnie i czule, obejmując jej talię i przytulając ją. Nie wywierałem na niej żadnej presji, nie pogłębiałem tego za bardzo, po prostu... Składałem na jej ustach delikatne pocałunki. Zaczęła je odwzajemniać. Odtrącała mnie a jednocześnie pozwalała się coraz bardziej zbliżyć. Może jeszcze trochę przede mną, ale widziałem ją już na horyzoncie... Wiedziałem, że będzie znów w końcu moja.
Objęła mnie lekko w pasie i stała tak ze mną przez dobrą minutę, zanim się ocknęła. Odsunęła się i zamrugała kilkakrotnie powiekami, jakby budziła się z długiego snu...
- Cholera... - mruknęła. - Ja nie wiem co mi się stało, naprawdę... - mówiła chyba bardziej do siebie niż do mnie. Odwróciła się i poszła do kuchni, która była połączona z salonem, w którym z nią stałem.
- Nic złego nie zrobiłaś.
- Nie? Masz dziwne pojmowanie zła i dobra, panie Jencins... - przetarła policzki. No, może i prawda...
- Robisz to co naprawdę chcesz. Tylko tyle. - mruknąłem znów podchodząc do niej i obejmując ją od tyłu, lekko do siebie docisnąłem. Spojrzała na mnie lekko z boku.
- Dlaczego akurat do mnie się doczepiłeś? - dobre pytanie z jej perspektywy.
- Nie wiem. - powiedziałem tylko. A co miałem jej powiedzieć? - Jesteś wyjątkowa. To się wie od razu.
- Dobra... Puść mnie już, muszę zabrać się za gotowanie żarcia dla tego żarłoka. - zaśmiałem się na te słowa.
Usadowiłem się przy wyspie kuchennej i przyglądałem się jej przez cały czas. Po chwili gdy to zauważyła widziałem wyraźnie, że się peszy. Zaczerwieniła się lekko i znów coś wypuściła z ręki. Schyliliśmy się po to równocześnie w wyniku czego wylądowała o wiele bliżej mnie niżby pewnie chciała. Patrzyła na mnie z bliska zbierając z podłogi ten widelec... Podniosła się szybko. Może myślała, że znowu ją pocałuję? Nie omieszkałbym. Z uśmiechem wróciłem na swoje miejsce.
Nadal się jej przyglądałem, nie mogłem oderwać oczu. Tańczyła przy tych szafkach a ja wytrwale wodziłem za nią wzrokiem. W końcu chyba nie wytrzymała...
- Możesz przestać? - mruknęła zerkając na mnie przez ramię.
- Ale co? - udałem głupiego.
- Gapić się na mnie. - burknęła.
- Nie. - odpowiedziałem spokojnie wciąz na nią patrząc.
- Można wiedzieć dlaczego?
- Bo mi się za bardzo podobasz. - powiedziałem bez cienia krępacji. Zastanawiałem się tylko przez ułamek sekundy, po czym wstałem i podszedłem do niej powoli. Wyczaiła mnie i chciała uciec, ale oczywiście nie zdążyła. Powstrzymałem ją. W porę.
- Przestań. - mruknęła kiedy pozbawiłem ją możliwości wycofania się przyciskając lekko do blatu szafki.
- Ale ja nic nie robię. - odparłem z lekkim uśmiechem. Patrzyła na mnie ostrożnie. Chyba obrała sobie za punkt honoru naprawdę na nic mi nie pozwolić. Zobaczymy kto wygra...
- Robisz. I to dużo. Odsuń się. - zaczęła mnie od siebie lekko odpychać. - Bo naprawdę pomyślę, że jesteś psychiczny. - ostrzegła, na co zaśmiałem się głośno.
- Nie jestem psychiczny... chyba. Możesz mi wierzyć. - zapewniłem ją biorąc ją w ramiona i przytulając.
- To CHYBA jest bardzo wymowne. - stwierdziła odwracając ode mnie twarz.
- Spójrz na mnie.
- Nie. - burknęła zezując tylko w moją stronę. Uparta. Uśmiechnąłem się. Nie miałem zamiaru jej do niczego zmuszać. Postępować musiałem powoli i z rozwagą, więc po prostu przytuliłem ją do siebie. Oczywiście, jak mogłem się spodziewać, zaczęła się znów opierać i piszczeć, żebym ją puścił. Ale już po zaledwie chwili przestała się rozpychać i z cichym westchnieniem pełnym zrezygnowania objęła mnie w pasie i pozwoliła tulić. Byłem naprawdę szczęśliwy...
Może nie powinienem tego robić. Może powinienem zniknąć... Tak jak wtedy. Ale nie potrafiłem. Zrobiłem wtedy wielki błąd, życiowy można nawet powiedzieć. Teraz wiedziałem, że na pewno nie zrobię tego drugi raz.








Był uparty jak osioł. Ale nigdy nie potrafiłam tak do końca okłamywać samej siebie. Pamiętałam jak dziś co wyprawiałam na samym początku jak poznałam Michaela. Stawałam prawie na rzęsach byleby tylko jego i siebie przekonać, że nic do niego nie czuję. Ale i tak wyszło potem na jego. A później? To samo. Kiedy źle zinterpretowałam to co zobaczyłam wtedy z Janet, kiedy spotkał się z Lisą. To w ogóle była jakaś masakra. Uważałam, że czegoś mnie to nauczyło na przyszłość, że nie powinnam walczyć ze sobą, ale jak miałam nie walczyć z NIM? A co było jeszcze później? Też dokładnie to pamiętałam. Najpierw jak powiedziałam mu, że go nie kocham, co było po prostu... szkoda słów. A potem ta szopka z Madonną. To już było naprawdę mistrzostwo. Obojgu udało nam się wtedy zdobyć medal w tym całym wariackim maratonie składającym się z na siłę wmawianych sobie bzdur i pochopnie podejmowanych decyzji.
A teraz? To też była jakaś masakra, nie umiałam się od niego uwolnić i doskonale wiedziałam dlaczego. Nie dlatego, że może by był ode mnie silniejszy i siłą mi nie pozwalał. Wręcz przeciwnie, trzymał mnie tak lekko, że w każdej chwili mogłam mu uciec. I chyba nawet by mnie nie powstrzymywał tylko za chwilę ponowił swój atak. Ja po prostu nie chciałam się od niego uwalniać. Dobrze mi było przy nim, czułam się znów... po prostu dobrze. Inaczej nie umiałam tego nazwać. Stare tęsknoty przy nim całkowicie znikały. Jakby nigdy nic nie było. Sprawiał, że robiło mi się ciepło, kiedy mnie dotykał. Dosłownie tak samo jak było z Mike'iem. Każdy dotyk tego faceta przyprawiał mnie o dreszcze i drżenie rąk i kolan. Nie chciałam by wiedział jak na mnie działa. Wykorzystałby to z całą pewnością, z premedytacją przeciwko mnie.
Z drugiej strony czułam się też trochę winna. Bo Mike był niezastąpiony ale co ja mogłam za to, że tak za nim tęskniłam, że aż szukałam pocieszenia w facecie, który był do niego podobny? Naprawdę to było uderzające podobieństwo. Bałam się, że uwikłam się coś naprawdę ciężkiego i skomplikowanego, że tego się potem nie da już odkręcić. Czułam się winna, bo czułam jakbym zamieniała mojego ukochanego na kogoś pustego w środku, a jedynie z wierzchu go przypominającego... Ale nawet te myśli potrafiły mi uleciec z głowy, kiedy był tak blisko.
Wcale aż tak od niego nie odstawał... W ogóle od niego nie odstawał. Miał w sobie tyle ciepła... I chciał mi je okazywać chyba na każdym kroku. To jak się do mnie pchał, na chama po prostu, przyprawiało mnie o lęk i pewne obawy, ale też powodowało, że się uśmiechałam. W końcu tak prawdziwie, w końcu do kogoś innego niż tylko mój syn. Chyba powinnam się z tego cieszyć. Może rzeczywiscie tak ma być...?
Nigdy nie przestanę kochać Michaela, ale... Nie wiedziałam jak zakwalifikować to co się dzieje. Nie wiedziałam jak on sam by się na to zapatrywał. Mateusz uparcie twierdzi, że by sie cieszył, że znalazł się ktoś kto naprawdę zaczął mnie nęcić. Nawiasem mówiąc to skąd on wie, że ten facet w ogóle mnie nęci?
Nie uważałam by Michaela to zadowoliło, że wymieniam go sobie na jakiś nie wiem... fałszywy podkład. Nie wiedziałam jak to nazwać. Chciałam tylko jednego. By poczuć się znów tak jak kiedyś, jak wtedy, kiedy ON był jeszcze ze mną. I z wielką konsternacją stwierdziłam, że właśnie tak się czuję. Kiedy Billy jest blisko. Naprawdę nie wiedziałam czy to dobrze.
Nagle coś do mnie dotarło... A konkretnie... zapach spalenizny.
Odepchnęłam go od siebie tym razem skutecznie i dopadłam do jednego z garnków. Usłyszałam za sobą cichy chichot, ale nie zwróciłam na to uwagi, musiałam ratować co sie da!
- Nie panikuj tak. - usłyszałam znów bliżej siebie.
- Taki mądry jesteś! - fuknęłam. - To przez ciebie! Teraz muszę kombinować, żeby uratować z tego cokolwiek!
- Młody będzie zachwycony, jeśli zamówi sobie pizzę. - stwierdził.
- To po co ja to wszystko robię?! Dla parady?!
- Uspokój się, kochanie. - pogładził mnie po policzku. Gaz był już wyłączony, więc dalsze smrodzenie już mi nie groziło. Przełknęłam głośno ślinę patrząc mu w oczy.
- Jestem spokojna. - powiedziałam cicho. Nie ruszałam się z miejsca. Ale za chwilę wróciło mi czucie w całym ciebie. Nie mogłam aż tak dać się mu omotać, żeby robił ze mną co chciał. - Powinieneś już iść. - powiedziałam wymijając go i idąc do salonu. Usłyszałam, że idzie za mną. No i dobrze, odprowadzę go do drzwi...
- Dlaczego mnie wyrzucasz? - powiedział z nieco posmutniałą miną. Nie no, błagam, tylko nie to! Nie będzie mnie brał pod włos. Nie dam się.
- Bo za dużo sobie pozwalasz.
- Obiecuję, że już nie będę. - powiedział z uśmiechem. - Dzisiaj. - dodał, na co wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Słucham? - jego odpowiedzią był tylko wesoły smiech. - Idź już.
- Przecież obiecałem.
- Ale mnie to nie wystarczy.
- Jak to? - znów zmarkotniał. Albo tylko udawał.
- Normalnie. Zaraz pewnie znowu zaczniesz mnie zaczepiać.
- Obiecałem, że nie będę.
- DZISIAJ. - wytknęłam mu jego słowa. Wyszczerzył się znów.
- Tak, dzisiaj. To chyba dobrze, że dzisiaj będziesz miała spokój? - oczy mu się świeciły. Pokręciłam głową zrezygnowana. - Naprawdę chcesz, żebym wyszedł? - teraz jednak chyba spoważniał. Spojrzałam na niego.
I co miałam mu powiedzieć? Czy chciałam, żeby wyszedł? Dobre pytanie. Jeśli miałam być ze sobą szczera, to... Nie. Nie chciałam, żeby wychodził i zostawiał mnie samą. Mateusz był u kumpla znowu, ale nie o to chodziło. Czułam sie przy tym facecie zdecydowanie zbyt dobrze.
- No powiedz. - mruknął wciąż mi się przyglądając.
- To nie ma znaczenia co ja chcę. Mówię, że powinieneś już iść.
- Aha... I to co mówisz ma większe znaczenie od tego co czujesz? - kurde... jak on to robi, że zawsze mnie jakoś zagnie, bardziej lub mniej.
- Tak. - odpowiedziałam hardo patrząc wciąz na niego. Coś chyba musiało go we mnie rozbawić. Zaśmiał się cicho pod nosem. - Z czego się śmiejesz?
- Z twojej minki. Stoisz i patrzysz na mnie jak żołnierz.
- Mówię ci, że powinieneś wyjść, a ty się ociągasz. Jak mam więc według ciebie wyglądać?
- Jakbyś nie wyglądała i tak jesteś piękna. - powiedział i przyciągnął mnie do siebie. Nie zdążyłam nijak zareagować, nawet nie miałam czasu pisnąć. Zamknął mi całkowicie usta swoimi własnymi. Boże, znowu... Ja naprawdę powinnam to wszystko zakończyć.
Ale moje protesty były zbyt słabe. Nie chodzi tu o użycie siły fizycznej. Nie trzymał mnie mocno, tak jak mówiłam wcześniej. To była moja wina, bo to ja po prostu... nie chciałam tego przerywać. Chciałam czuć go blisko, jego ciepło i zapach... Wariowałam. Musiałam oszaleć. Tak, to na pewno to, inaczej bym się tak nie zachowywała na pewno...
Westchnęłam cicho w jego usta i objęłam go ostatecznie zapominając o wszystkim i pozwalając się całować. Nie był nachalny ani porywczy w tym co robił. Był delikatny. Czule gładził moje plecy, przytulał. Tego potrzebowałam. Idealnie to wyczuwał. Ciekawa byłam jak to robi.
Moje dłonie znalazły się na jego klatce piersiowej, ale nie zamierzałam go odpychać. On jednak chyba tak właśnie pomyślał, bo przycisnął mnie do siebie nieco bardziej. Mruknęłam cicho... Zaczęłam gładzić lekko jego ramiona, na co wyczułam, że się uśmiecha. Miałam ochotę go gdzieś uszczypnąć, naprawdę. Ale tylko wplotłam palce w jego włosy i przeczesywałam je raz po raz, co chyba mu się podobało...
Zamknął mnie ciasno w swoich ramionach jakby bał się, że naprawdę mu zaraz ucieknę. Nie miałam zamiaru. Ale to chyba nie chodziło o to. Zachowywał się tak, jakby czegoś mu strasznie brakowało. Jakby tego czegoś od dawna nie miał, nie smakował tego, a teraz nagle udało mu się to odnaleźć i nie może się tym nacieszyć. Jeszcze trochę i się tym upije. Ja już byłam pijana. Nie wiedziałam co się dzieje, ale to uczucie w mojej głowie... i brzuchu...
Nie potrafiłam w żaden sposób tego zakwalifikować, ale czułam się po prostu bezpiecznie. Sama mogłabym powiedzieć, że to też właśnie dla mnie jest coś, czego tak mi brak, a czego nie miałam przez tak długi czas... Ile razy mam mówić, że Darek mi tego nie zapewnia? Niby się stara, niby jest dobrze... ale tak naprawdę tego nie ma. Bezpieczne były ramiona TEGO faceta, tego mężczyzny, który teraz mnie obejmował nie pozwalając się oddalić ani na milimetr. Nie chciałam się oddalać. Chciałam tak z nim już pozostać...
A wtedy pociągnął mnie lekko i usiedliśmy na kanapie obok nie odrywając od siebie ust ani na moment. Nawet nie rejestrowałam sobie co to może oznaczać ani do czego prowadzić. Po prostu. Było mi dobrze, kiedy popchnął mnie na pozycji leżącej i poczułam na sobie jego ciało. Ani mi się śniło uciekać teraz. Czułam jakiś prad, który przepłynął od niego do mnie. Czułam jak po moich plecach zaczynają przebiegać cudowne dreszcze i jego dłonie jak wsuwają się pod moją bluzkę.
Znaczył nimi moją skórę, aż paliła. Jego dotyk był tak gorący... Czułam go na swoim brzuchu, biodrach, tuż pod biustem, na  bokach... Nawet udało mu się je pode mnie wsunać na chwilę... A potem poczułam jego usta na swojej szyi...
Westchnęłam przeciągle, co w pewnym momencie zamieniło się w cichy jęk przyjemności. O dziwo, żadna czerwona lampka mi się nie zaświeciła. Pozwalałam mu na to wszystko wikłając się w coś cudownego, ale i niebezpiecznego zarazem. On był cudowny... I już chyba nie widziałam, żadnej róznicy między nim a... Michaelem. Nie miałam pojęcia co się ze mną stało, ale przestałam pojmować wszystko rozumem, a zaczęłam sercem. Czułam, że on jest mi bliski, że naprawdę mu na mnie zależy. Że chce być ze mną, że chce mnie znów uszczęśliwić... Znów...? Dziwnie się poczułam, kiedy o tym pomyślałam...
Wycałował całą moja szyję z każdej strony, zajął sie nią troskliwie, nie omijając ani centymetra ciała. Potem zaczął powoli schodzić na dekolt. I wciąż nie stawiałam się. Po prostu tego chciałam. Czułam jak moje ciało zaczyna gotować się z jakiejś takiej dawno zapomnianej ekscytacji. Chciałam by mnie wziął tu na tej sofie. By brał mnie mocno i długo i nie obchodziło mnie nic. Uświadomiłam sobie, że pragnę tego faceta i że już dawno nie czułam takiego pożądania. Do nikogo. Tylko Mike tak na mnie działał. Co Billy miał w sobie, że wywoływał we mnie te same intensywne reakcje? Tak na dobrą sprawę wciąz był mi obcy, a udało mu się sprawić, że w jednej chwili zapragnęłam mu się oddać, cała.
Ale wszystko co dobre szybko się kończy i to powiedzenie jest idealnie wpasowane w tą całą sytuację. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy jego czuła dłoń zacisnęła się na mojej piersi, drzwi frontowe się otworzyły i do środka wpadł mój synek.
jak na komendę odepchnęłam od siebie faceta i poprawiłam na sobie podrolowaną  niemal pod samą szyję bluzkę, zaczęłam poprawiac włosy czmychając stamtąd do sypialni. Facet sam się będzie tłumaczył.
Nie wiedziałam czy Mateusz coś widział czy nie, nic nie słyszałam. Zamknęłam się w swojej sypialni i usiadłam na łózku zakrywając twarz dłońmi. Co to było?! Wciąz drżały mi ręce i nogi, wciąż czułam na sobie jego dotyk. Jego zapach wrył mi się w umysł, nie mogłam go z niego wyrzucić. Czuły dotyk też pozostał w pamięci...
Miałam nadzieję, że mimo wszystko on się stąd ulotni bo chyba nie zdzierżę teraz w jego obecności. Może powinnam zacząć go unikać? To będzie niezwykle trudne zadanie biorąc pod uwagę to, że mieszkamy obok siebie. Coś musiałam zrobić. Musiałam to wszystko dokładnie sobie przemyśleć, poukładać w głowie i postanowić raz na zawsze. A co to się jeszcze okaże.

niedziela, 13 listopada 2016

Resurrection. - 13.

WItam. :) I jest, już myślałam, że tego dzisiaj nie skończę. xD Ale chyba całkiem dobrze mi idzie, myślałam, że będę miała lecia, ale nia. :) Więc zapraszam i do następnego. :]
***



Siedzieliśmy w tej knajpie, patrzyłam na niego już jakiś czas. Milczał. Chyba nie wiedział co powiedzieć na moje ostatnie słowa. Sama chyba bym nie wiedziała. Ale taka była prawda. Mimo, że on mnie zafascynował, to wiedziałam, że miłością mojego życia jest i zawsze będzie tylko Mike. Ten prawdziwy, żaden jego sobowtór. Ale dlaczego do chuja ten tu tak mi się podobał? Dlaczego ciągnęło mnie do niego, dlaczego mimo tego, że byłam zła za te konspiracje, cieszyłam się, że mogę znów spędzić z nim trochę czasu?
Przy nim czułam się zupełnie inaczej niż z Darkiem. Z moim obecnym mężem na każdym kroku mogłam spodziewać się awantury. Z Mateuszem żarł się non stop, to było naprawdę męczące. A tu widać, że młody szybko dogadał sie z tym całym Billym i całkiem dobrze się rozumieją, skoro uknuli to wszystko przeciwko mnie. Już ja sobie z nim pogadam. Nawet nie chciałam myśleć o powrocie Darka za te trzy tygodnie. Teraz, kiedy go nie było, a pojawił się Billy... Czułam się o wiele swobodniej niż zwykle. A nie powinno tak przeciez być, prawda? Nie powinnam czuć się tak dobrze przy obcym facecie. A tak się właśnie czułam. Miałam ochotę się uśmiechać, kiedy tak na niego patrzyłam, kiedy zmarnowany szukał pewnie w głowie jakiejś odpowiedzi. Ale najwyraźniej jej nie znajdował.
Pani w końcu przyniosła nasze zamówienia. Natychmiast zajęłam się zawartością mojego talerza, tak naprawdę by robić cokolwiek. On poszedł za moim przykładem. Przez jakiś czas nikt nic nie mówił. Nieźle, pomyślałam. Będziemy tak siedzieć cały czas?
- Opowiedz mi coś o młodym. - powiedział nagle ni z tego ni z owego. Aż na niego spojrzałam lekko zaskoczona.
- A na co ci coś wiedzieć?
- Tak po prostu. To fajny dzieciak... - wbił wzrok w swój talerz. Zastanowiłam się. Co niby miałam mu opowiadać? Sama wiedziałam o moim synu chyba wszystko. Jakże by inaczej? Ale co miałam jemu powiedzieć?
- Ale co chciałbyś wiedzieć? - nawet nie wiedziałam od czego zacząć.
- Tak po prostu... po trochu ze wszystkiego. - uśmiechnał się zachęcająco.
- Po trochu ze wszystkiego... - zastanowiłam się.- Pomyślmy... - mruknęłam.
- Nie śpiesz się. Mamy dużo czasu. - wymruczał znów patrząc na mnie.
- Jasne. - odchrząknęłam cicho. - Więc, począwszy od tego, kiedy się urodził. Miałam to szczęście, że był stosunkowo spokojnym dzieckiem. Nie płakał za bardzo, noce przesypiał spokojnie. - wzruszyłam ramionami. Troche mnie to krępowało, opowiadanie o nim. - Kiedyś nie był taki śmiały.
- Tak? - zainteresował się nagle. Patrzył na mnie wyczekująco, aż rozwinę nieco swoją myśl.
- Tak. Do dziesiątego roku życia był raczej... powściągliwy. Wobec tych, których kompletnie nie znał. Byłam trochę zdziwiona, bo gdy pierwszy raz odwidziałam z nim rodzinę Michaela wcale się nie krępował. Kiedy przyjechały do moich rodziców Janet i LaToya też się nie wstydził. Ale ogółem... Kiedy mieszkaliśmy w Australii, chował się zawsze za mną, kiedy ktoś przyszedł. Cały czas był tylko ze mną. - westchnęłam. - Ale był kochanym dzieckiem. - uśmiechnęłam się i zobaczyłem, że sam się uśmiecha. Miał jakieś takie zamglone spojrzenie. Może to sobie wszystko wyobrażał. - Tylko raz wykazał się większą odwagą w stosunku do obcego dla niego człowieka.
- To znaczy? - naprawdę wydawał się być bardzo zainteresowany.
- Kiedy miał siedem lat przyczepił się do mnie taki jeden. Nie chciałam się z nim spotykać, ale w końcu pomyślałam, że czemu nie. - wzruszyłam ramionami. Słuchał uwaznie. - To nie trwało długo. Facet na początku robił bardzo dobre wrażenie. Kwiatki, szmatki i tak dalej, Mateusza traktował jak najlepszego kumpla, wyobraź sobie. - parsknełam śmiechem.
- I co dalej?
- Starał się dopóki pierwszy raz się z nim nie umówiłam. - zrobiłam krzywą minę. - Nie czułam tego z resztą, zmuszałam się do tej znajomości. Ale myślałam, że może to tylko na początku, że potem będzie pewnie lepiej. Ale nie było. Wcale mnie nie interesował. - wpakowałam sobie jeden kęs do ust. - Tak po trzeciej randce, jesli dobrze pamiętam... zaczęły się pierwsze cyrki. Ja nie wiem za kogo on się miał, ale na pewno nie był normalny. - popiłam swoją colę.
- Co zrobił?
- Moje dziecko zaczęło mu przeszkadzać. - wyjaśniłam. Wytrzeszczył na mnie oczy.
- Jak przeszkadzać, nie rozumiem??
- Normalnie. Na początku starał się go upychać po znajomych, żeby jak sam stwierdził móc pobyć choć trochę tylko we dwoje. Stwierdziłam, że raz czy dwa to nic złego, ale potem przestało mi się to podobać, bo najchętniej to wywalałby go komuś codziennie. Kiedy mu to wytknęłam wściekł się i powiedział, że przez tego dzieciaka nie może mnie nawet dotknąć, bo mały wszędzie za mną łazi. - prychnęłam. - Po pierwsze to ja nie wiem co on sobie wyobrażał, że po pary tygodniach wskoczyłabym mu już do łóżka? - parsknęłam znów śmiechem. - Awantura... Potem przez jakiś czas był spokój. A potem znowu to samo. A finał był naprawdę spektakularny. - patrzył na mnie w lekkim napięciu.
- Co się stało?
- Wściekł się znowu jednego razu i powiedział, że albo pozbędę się tego bachora, albo on sam to zrobi. - wytrzeszczył znów na mnie oczy. W następnej chwili zacisnął zęby i dłonie w pięści. Nic nie powiedział. - Możesz sobie wyobrazić co zrobiłam.
- Co?
- Wykopałam fagasa za drzwi... a raczej próbowałam.
- Próbowałaś...?
- Mhm. Raczej był silniejszy ode mnie. Moje dziecko na to patrzyło...
- NA CO?! Zgwałcił cię?!
- Nie. - zaśmiałam się. Dlaczego każdy komu o tym opowiadałam od razu zakładał taki scenariusz? - Ale musiałam się z nim troche posiłować zanim udało mi się go wypchnąć z domu. Sąsiad usłyszał moje wrzaski i mi pomógł. Ale zanim do nas przybiegł, ten gnój zdążył wystrzelić mi z liścia. - przez chwilę nic nie mówił, tylko patrzył na mnie wielkimi oczami w milczeniu.
- Uderzył cię?
- No... tak jakby. I własnie wtedy mój synek jakby... się przebudził. Musiałbyś to widzieć, jak wystartował, jak mu przygrzmocił w klejnoty, to od razu debilowi odechciało się dalszej szarpaniny. Mój mały bohater. - zaczęlam chichotać. Billy po chwili sam się uśmiechnał, ale wyglądał na rozeźlonego. - Od tamtej pory zrobił się taki bardziej otwarty. Już sie za mną nie chował. Nie wiem, może poprzysiągł sobie, że będzie mnie bronił. I bronił. Prawie stanął na głowie, kiedy wychodziłam za Darka, ale nie wiele zdziałał. - wyciągnął rękę i złapał mnie znów za dłoń. Ścisnął ją lekko. Spojrzałam mu w oczy...
- Niech ja tylko się dowiem, co to za...
- Daj spokój. - przerwałam mu zanim jeszcze skończył. Westchnęłam. - Głupich nie sieją, sami się rodzą. - skwitowałam całość. Skrzywił się lekko. Ale to nie było do niego...
- Chciałbym sobie porozmawiać z tym... damskim bokserem. - powiedział bardzo wymownie. - Jak się nazywa? - dodał całkiem niewinnie.
- Wincenty Witos. - mruknełam patrząc na niego.
- Ok. Dziękuję. - nie no, błagam, dał się nabrać! Zaśmiałam się. - Co?
- Chyba nie myślałeś, że naprawdę powiem ci jak on się nazywa?
- Myślałem...
- Daj spokój. - powtórzyłam. - Nie rób głupot...
- Głupot? On cię uderzył...
- To było jakies dziesięć lat temu, człowieku. Myślisz, że ja w ogóle pamiętam jak on się nazywał? - powiedziałam lekceważąco i uśmiechnęłam się patrząc na niego. - Wiem tylko tyle, że był tam jakimś urzędasem, nic więcej.
- Na pewno. - chyba mi nie wierzył.
- Na pewno!
- W sumie to powiedziałas mi wystarczająco dużo. - stwierdził nagle grzebiąc widelcem w swoim talerzu. Otworzyłam szeroko oczy.
- Słucham?
- Tak... Urzędnik... Ustrój mają tam niezbyt skomplikowany. Wystarczy mi kilka dni, żebym dowiedział się co to za typ...
- Powiedziałam, żebyś nie robił głupot, Billy. - powtórzyłam. Spojrzał na mnie tak jakoś, kiedy wypowiedziałam jego imię. Uśmiechnał się raczej... smutno... Nic nie powiedział. - Ej.
- Co? - mruknął wciąż grzebiąc w swoim jedzeniu.
- Masz mi obiecać, że nie będziesz nigdzie grzebać.
- Ja nie będę.
- BILLY! Nie rób jaj! - zaśmiał się.
- Nie robię.
- OBIECAJ mi, że nie będziesz nic robił. Ani ty ani nikt inny! - patrzyłam na niego zdenerwowana. Jeszcze tego mi brakowało, jakbym nie miała dość teraz swoich problemów. Popatrzył na mnie lekko z ukosa.
- Dla ciebie wszystko. - odetchnęłam trochę, choć ten komentarz nieco mnie skrępował.
- No...
- Ale nie ma nic za darmo. - dodał chytrze. Aż zawarczałam.
- Co chcesz w zamian?! Wiadro kartofli?! - znów zaczął się śmiać. Nie wiedziałam skąd u niego teraz to poczucie humory.
- Nie, akurat to mi nie potrzebne... - odchrząknał cicho pod nosem. - Umówisz się ze mną na taką prawdziwą kolację. Z prawdziwego zdarzenia.
Patrzyłam na niego wielkimi oczami jak spodki. Co on sobie wyobraża?!
- Dopiero co ci powiedziałam, że mam męża i że mi na nim zależy...
- A ja ci powiedziałem, że mnie zalezy na tobie i nie mam zamiaru odpuścić. Mam ci to udowodnić? - mam uciekać? Czy jeszcze chwile poczekać?
- Niby jak? - pochylił się w moją stronę z uśmiechem.
- Nie dam ci spokoju, dopóki się ze mną nie spotkasz.
- Ale co ci to da? Nawet jeśli się zgodze to tylko dla świętego spokoju, żebyś się ode mnie odczepił, a o powtórce nie będziesz miał co marzyć. - wyrecytowałam jak żołnierz.
- Jesteś pewna? - coś w jego głosie wzbudziło moje podejrzenia.
- Co masz zamiar zrobić?
- Nic. - odparł niewinnie. - Jestem kreatywny. Możesz być pewna, że ci się spodoba i będziesz chciała powtórki. - zmrużyłam oczy.
- Nie sądzę.
- Ale ja tak. - wyszczerzył się znów. Miałam ochotę trzasnąc go w papę ale się powstrzymałam. Wkurzał mnie, ale z drugiej strony schlebiał mi, że tak chce się starać. Głupota ludzka, postanowiłam zaczekać i zobaczyć co z tego wyniknie.
- Możesz robić co chcesz. - rzuciłam niedbale zakładając ręce na piersi. - I tak nic nie zdziałasz. Przez pięć lat nie zdradziłam Darka i teraz też tego nie zrobię.
- To nie byłaby żadna zdrada. - powiedziałam łagodnym tonem. Aż na niego znowu spojrzałam.
- Jak to nie? A co to twoim zdaniem by było?
- Zdradzasz, jeśli w ogóle w jakikolwiek sposób jesteś związana z partnerem. A ty jesteś z nim tylko dlatego, bo wydaje ci się, że musisz. W jakiś pokraczny sposób chcesz w ten sposób mu się za coś odwdzięczyć. Chciałbym tylko wiedzieć za co. Dona, to małżeństwo istnieje tylko na papierze, nawet jeśli chodzisz z nim do łózka to mało co cię z nim łączy. Nawet Mateusz jest... - zająknął się, a potem dokończył. - ...twojego pierwszego męża. Powiedziałbym nawet więcej, ale nie chcę cię urazić.
- CO byś powiedział?? - ukuło mnie to, ale jakby to powiedzieć... powiedział prawdę. Byłam takim typem osoby, że nie umiałam się wkurzać o coś co sama wiedziałam, że jest prawdziwe. Nie kłamał. Ale to nie znaczyło, że otwarcie powiem, że ma rację.
- Powiedziałem, że nie chcę cię urazić.
- Powiedz, jestem bardzo ciekawa!
- Ok, jak chcesz. Tylko pamiętaj, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. - pogroził mi paluchem przed nosem. - Powiedz mi - zaczął. - Kiedy ten... twój mąż - powiedział z obrzydzeniem. - cię dotyka albo kiedy się z nim kochasz to co sobie wyobrażasz? - wytrzeszczyłam na niego oczy. Czułam, że momentalnie purpurowieję. Co on sobie wyobraża???
- Nie bądź świnia.
- To tylko pytanie, ale według mnie jak najbardziej na miejscu. - wzruszył ramionami.
- NA MIEJSCU???
- Tak. - popatrzył mi w oczy. - Nie kochasz go, nie jesteś z nim szczęśliwa...
- Nawet jeśli kogoś sobie wyobrażam to ty wiesz KTO to jest i tu właśnie wracamy do punktu zero i tego co ci powiedziałam! Kocham tylko jednego faceta, a żaden inny PODOBNY mi go nie zastąpi! - zdenerwowałam się naprawdę. Zaczęłam zbierać swoje rzeczy i ubierać się. - Zdążyłam za siebie zapłacić, cześć! - rzuciłam tylko i wyszłam szybko na dwór kierując się do swojego samochodu.
- Zaczekaj! - usłyszałam za sobą, ale nie zareagowałam. Po chwili poczułam jak łapie mnie za ramię. - Przecież wiesz, że nie chciałem cię zranic... Ale przyznałaś mi właśnie rację. - spojrzałam mu w oczy, ale nie byłam w stanie nic konstruktywnego powiedzieć. Westchnęłam tylko.
- Daj mi spokój. - chciałam wsiąść do auta, ale oczywiście znów mnie powstrzymał.
- Proszę cię. - dotknał mojego policzka. Mimo panującego mrozu dłonie miał ciepłe. Było to miłe uczucie przy tym ostrym szczypaniu. - Odwiozę cię. Chyba nie myślisz, że pozwolę ci jechać samej po tym jak... zjedliśmy razem kolację... chyba tak to można nazwać? - uśmiechnął się lekko. Prychnęłam.
- Nie potrzebuję, dzięki, możesz wracać sam. - nie miałam zamiaru tak łatwo dać sie przekabacić.
- Daj spokój.
- Ty daj! I idź mi stąd już! Bo cię rozjadę! - pogroziłam mu paluchem przed nosem. Zaśmiał się wesoło.
- Jestem bardzo ciekawy. - powiedział i przeszedł kawałek dalej ustawiajac się przed maską mojego samochodu. Cudak.
- Daj spokój.. - westchnęłam. - Mówię to już któryś raz.
- Ja też. - patrzeliśmy na siebie jakiś czas, po czym zacisnęłam usta i zatrzasnełam drzwi auta, które otworzyłam i zamknęłam całe.
- Niech ci będzie. Ale potem się ode mnie odczepisz! - podszedł do mnie. Bardzo blisko.
- Nie. - powiedział z szerokim uśmiechem. Fuknęłam pod nosem. Był naprawdę niemożliwy.












Zachowałem się trochę po świńsku, ale taka była prawda. Powiedziałem to co myślałem, a przede wszystkim wiedziałem, że mam rację. I udało się. Trochę ją sprowokowałam i w końcu sama to powiedziała. Trochę okrężnym sposobem, ale jednak. To w końcu Dona. Ona nigdy nie mówiła o niczym wprost. Zawsze krążyła wokół sprawy, ale koniec końców zawsze umiała ją rozwiązać...
Miałem wielką ochotę znów ją pocałować, i chyba nawet to wyczuła w jakiś sposób, bo odsunęła się ode mnie na krok. Mógłbym ją złapać za ramiona, przycisnąć do siebie i zrobić to na co mam ochotę. Nie miałaby zbyt wiele siły by mi uciec w takim wypadku. Ale nie zrobiłem tego. Nie chciałem jej zmuszać. Chciałem zbliżyć się do niej powoli, tak by ona nawet sama nie wiedziała, że jestem już tak blisko. Nie mogłem popełnić błędu.
Wsiadła łaskawie do mojego auta, kiedy otworzyłem jej drzwi. Jej mina była zabójcza, musiałem gryźć się w usta, żeby nie zacząć się śmiać.
- Ciekawe co będzie z moim samochodem. Zdechnie na tym mrozie. - burknęła znów. Patrzyła na swój samochód wciąz przez boczną szybę, kiedy ja wsiadałem do środka. Zaśmiałem się cicho.
- Nic mu nie będzie, nie martw się. Przyjedzie za nami. - spojrzała na mnie.
- Jak to?
- Wyślę przyjaciela by go przyprowadził. - odparłem. Miałem oczywiście na myśli jednego z facetów. Młody pójdzie bez oporów. Reszta pewnie będzie znów smęcić... Nic nowego.
- Aha. - mruknęła tylko. - Żeby mi nic nie zginęło. - palnęła chwilę później. Aż na nią spojrzałem. No naprawdę...
- Ale teraz powiedziałaś, wiesz? - prychnąłem.
- No co? Nie pozwalam się nikomu obcemu zbliżać ani do siebie, ani do mojego samochodu. Patrzcie jaki zdziwiony! - roześmiałem się znów.
- Nie bój się, wszystko będzie na swoim miejscu. - zapewniłem ją po czym w końcu odpaliłem silnik. Mógłbym tak patrzeć na nią bez przerwy przez cały czas, ale trzeba było ruszać, w aucie było jeszcze chłodno. Zaczęła rozcierać sobie ręce. - Znowu nie wzięłaś ze sobą rękawiczek. - upomniałem ją. Spojrzała na mnie spod zmrużonych oczu.
- Nie twój interes.
- Mój, mój. - zarechotałem widząc jej wkurzenie. Ciekaw byłem czy zdawała sobie sprawę jak słodko teraz wygląda. Wyciągnąłem swoją rękę i złapałem lekko jej dłoń... palce miała skostniałe. Próbowała odepchnąć od siebie moją rękę, ale nie pozwoliłem jej na to. Złapałem ją i w końcu splotłem razem nasze palce. Znieruchomiała na moment. Kiedy na nią spojrzałem zobaczyłem jak poczerwieniała. Lekki uśmiech natychmiast pojawił mi sie na twarzy...
- Weź... przestań. - wymruczała chcąc znów oswobodzić się z mojego uścisku.
- Uspokój się. Prowadzę. I to jedną ręką.
- Twój problem. - odwróciła ode mnie twarz i zaczęła uporczywie wpatrywać się w obraz za oknem. Ciekawe czy cokolwiek tam widziała...
- Przepraszam za tą... niegrzeczność z mojej strony. - powiedziałem w końcu bo chyba naprawdę nie chciała dać się urobić. Ale za rękę trzymałem ją nadal.
- Niegrzeczność. To łagodnie powiedziane, naprawdę. - fuknęła. Zagryzłem wargę.
- Jesteś wyjątkowo słodka, kiedy się złościsz, ale teraz już przestań.
- Co, zemdliło cię od nadmiaru cukru? - sarknęła. Musiałem się zaśmiać. To było do niej bardzo podobne.
- Nie, wręcz przeciwnie. - mruknąłem. Po chwili na mnie spojrzała. - Jeśli nie przestaniesz mogę nie pozwolić ci wrócić do domu. - stwierdziłem wesoło. Parskneła śmiechem.
- Mieszkam naprzeciw ciebie.
- A to kolejna okoliczność sprzyjająca, naprawdę. - popatrzyła znów na mnie, na mój szeroki uśmiech. - Porwę cię do siebie i już nie wypuszczę.
- Ta, jasne. - wyśmiała mnie. Patrzyłem na nią tylko przez trzy sekundy.
- Chcesz się przekonać? - byłem naprawdę zdolny do wszystkiego. Oczywiście, że nie zrobiłbym jej krzywdy. Nigdy tego nie zrobiłem... jeśli chodzi o stan fizyczny. Ale to będzie nie zły widok, jej mina, kiedy zapakuję ją do siebie, do swojej sypialni i tak się z nią zamknę, a klucz wyrzucę choćby przez okno. Czułem się jakby naprawdę mi odbiło. Upajała mnie swoją obecnością.
- Nie zrobisz tego. - powiedziała z przekonaniem, nawet na mnie nie spojrzała.
- Skąd ta pewność? - zagadnąłem zerkając na nią.
- Po prostu. I patrz na drogę, bo zaraz się na czymś rozwalimy. - westchneła. Zachichotałem ale do końca drogi już nic nie mówiłem. Uśmiechałem się tylko przez cały czas co chyba musiało ją denerwować, bo zerkała na mnie co jakiś czas.
- W końcu zaparkowałem na swoim miejscu w podziemnym garażu. Wyskoczyła od razu z tego samochodu i już mknęła przed siebie do wind.
- Hej, zaczekaj! - poleciałem za nią jak jakiś pies normalnie. Nawet się nie odwróciła. Wcisnęła guzik i zaledwie chwilę potem drzwi się otworzyły. Wszedłem tam za nią.
- Nie mogłem pojechać drugą?! - fuknęła zakładając ręce na piersi i patrząc na mnie ze śmieszną minką.
- Nie! - zaśmiałem się i podszedłem do guzików po czym wcisnąłem ten zatrzymujący. Winda stanęła...
- Co ty robisz? - chyba ją zaskoczyłem. Podszedłem do niej blisko. - Bo pomyślę sobie, że jesteś psycholem rodem z Gniezna! - uśmiechnąłem się lekko.
- Nie zrobię ci krzywdy. Nie gadaj takich głupot. Zrobiłem ci coś kiedyś? - to pytanie miało podwójne dno, ale ona go nie dostrzegła...
- Nie. - odpowiedziała spoglądając na mnie spod rzęs. - Jak na razie nie. - uściśliła. Przysunąlem się do niej jeszcze bardziej. Nie napierałem na nią. Sama wcisnęła się w ścianę. Pogładziłem ją po policzku na co przełknęła głośno ślinę. Nie odrywała ode mnie wzroku. Wyczuwałem jej szybki oddech, kiedy dotknałem palcami jej policzka. - Nie waż się... robić cokolwiek. - powiedziała nagle. Popatrzyłem na nią przez moment.
- A jeśli zrobię?
- To  wtedy...
- Co wtedy? - wyszeptałem pochylając się nad nią. Gdyby mogła to pewnie wtopiłaby się w tą ścianę... Zaniemówiła na chwilę...
- Dostaniesz w łeb! - zapiszczała prawie, widząc że jestem coraz bliżej niej.
- Powiedziałem ci, że ci nie odpuszczę. I że ci to udowodnię...
- Miałeś się nie zbliżać.
- Pech, że znalazłaś się razem ze mną w tej samej ciasnej windzie... - mruknąłem znów patrząc jej w oczy. Nie śpieszyłem się. Dopóki nie odblokuję mechanizmu, nikt nam nie przeszkodzi...
- To ty się tu za mną wpakowałeś! - wytkneła mi. Teraz już widać było wyraźnie jak jej klatka piersiowa poruszała się w oddechu... Nie miała pojęcia jak mnie tym kusi... Uśmiechnąłem się. Już chciałem musnąć jej usta po raz pierwszy kiedy jakimś cudem dała rade jeszcze odsunąć się ode mnie na milimetr. - Będę gryzła! - ostrzegła mnie patrząc na mnie wielkimi oczami. Źrenice miała rozszerzone... No chyba nie ze strachu? Gdyby naprawdę się bała, już dawno by jej tu nie było, a zawartośc moich gaci licho by się przedstawiała. Znałem ją doskonale. Stała nieruchomo i nic więcej. Nie przygważdżałem jej, mogła spokojnie się wywinąć. Ale tego nie robiła.
Uśmiechnąłem się znów.
- Nie będziesz. - szepnąłem jej na ucho na co poczułem jak drży.
- Nie rób... - jęknęła, chyba już tracąc powoli swój animusz.
- Ciii... - szepnąłem znów i objąłem ją w końcu w talii. Nawet nie pisnęła.
Moment w którym nasze usta się ze sobą zetknęły będe pamiętał bardzo wyraźnie. Prąd jaki mnie wtedy przeszedł był nie porównywalny z niczym. A po chwili poczułem ja obejmuje mnie za szyję. Nieśmiało i powoli, a za chwilę jedna jej ręka zanurzyła się w moich włosach. Aż zamruczałem. Uwielbiałem to, zawsze...




Pogłębiłem nieznacznie pocałunek na co już sama zareagowała. Z wielką aprobatą przyjąłem jej język, a ona sama zaczęła zapalczywie mnie całować. Aż mnie to trochę oszołomiło. Ten nagły wybuch entuzjazmu nieco zbił mnie z tropu. Ledwo nadążałem za jej tempem, czułem jej dłonie we włosach na policzkach, karku, wszędzie, gdzie tylko miała dostęp... czyli niemal na całym ciele. Tak bardzo pragnąłem jej bliskosci i dotyku, że nawet ten płaszcz, który miałem na sobie nie był jakąś wielką przeszkodą.
W końcu udało mi sie jej dorównać i stwierdziłem, że to mogłoby trwać bez końca. Mogłbym słuchać jej przyspieszonego oddechu, kiedy raz po raz w trakcie wciągała powietrze głęboko do płuc. Przycisnąłem ją do siebie nie zwracając już uwagi na kompletnie nic, istniała dla mnie tylko ona... Do tego stopnia się zapomniałem, że nawet nie wiedziałem, kiedy popchnęła mnie na ścianę przeciwległą do tej w która ona sama się wciskała, a jej obie dłonie znów wplotły się w moje włosy. Zatraciłem się w tym kompletnie...
W pewnym momencie poczułem lekkie szarpnięci i usłyszałem miękki zgrzyt... Winda znów ruszyła i jechała w górę. Jakim sposobem...? Nie przestawała mnie całować, więc prześwit tej świadomości trwał naprawdę bardzo krótko, nie zainteresowałem się tym wcale. Obejmowałem ją wciąz ciasno by mi nie umknęła. Nie miałem zamiaru jej już wypuszczać, nigdy. Zamruczała cicho i zassała czubek mojego języka... Odleciałem całkowicie...
Nawet się nie zorientowałem, kiedy winda się zatrzymała, a drzwi rozsunęły. Oderwała się ode mnie i wystartowała z tej winy... Po zaledwie chwili już jej nie było. Puste dłonie paliły mnie żywym ogniem, wciąż czułem jej usta na swoich... Powoli przeciągnałem językiem po swoich wargach. Chwilę mi zajeło zanim dotarło do mnie co się stało. A jej już dawno nie było...
Cwaniara! Dopiero zakumałem co się stało. Nawet jeśli wyglądała na taką co się kompletnie zatraciła w pocałunku, przynajmniej jakaś część jej świadomości musiała pełnić dyżur. Obróciła moją własną broń przeciwko mnie. I tym samym mi sie wymknęła. Kiedy dotarłem pod swoje drzwi i spojrzałem na drzwi jej mieszkania, uśmiechnąłem się. Była niesamowita.
Czas do wieczora minął bardzo szybko. Miałem ochote iść tam do niej i zapukać, ale się powstrzymałem. Miałem takie dziwne przeczucie, że nawet by mi nie otworzyła. Nawet to rozumiałem. Pewnie czuła sie teraz nieswojo i w ogóle... Ale jeśli czuła się tak jak ja, nie miałbym nic przeciwko.
Miałem stado motyli w brzuchu. Nie wiedziałem, może zaczynałem za dużo sobie pozwalać, może robiłem sobie zbyt wielką nadzieję, ale czułem, że ona zaczyna powoli się poddawać. Mówi jedno ale robi drugie. Jak zawsze zresztą. Zacząłem przypominać sobie jak to było na samym początku, kiedy zaczęła u mnie pracować. Ta zabawa w kotka i myszkę. Wtedy byłem tym zirytowany, ale teraz wspominałem to z uśmiechem. Cieszyłem się, że mogłem mieć taką kobietę... i miałem nadzieję, że Bóg pozwoli mi ją odzyskać.
Ostatnimi czasy właśnie bardzo często uciekałem się do religii. Jaka by ona nie była, to nie było ważne, Bóg jest tylko jeden, ale nosi wiele imion. Nigdy nie byłem zbyt religijny, ale przez te dwadzieścia lat bardzo często z nim rozmawiałem... Lub jak to nazwać... Modliłem się. Przynosiło mi to jakąś ulgę, ukojenie w tym wszystkim. Nawet jeśli jestem sam sobie winny, to coś zawsze dodawało mi otuchy.
Nie wierzę w żadne cuda niewidy, ale wiem, że coś tam jest po drugiej stronie. I chyba jednak mam jakieś anioła stróża, skoro jeszcze żyję mimo wszystko. Przez te lata było wiele niebezpiecznych sytuacji... Ale o tym może innym razem.
Nagle usłyszałem dziarskie pukanie do drzwi. Lekko zaskoczony podźwignąłem się z łóżka, na którym leżałem odłogiem ostatnią godzinę i poszedłem otworzyć. Serce mi zadrgało, kiedy pomyślałem, że może to ona... Ale to nie była ona. Ale i tak nie mniej się ucieszyłem.
- O, cześć... - powiedziałem od razu się uśmiechając. Młody patrzył na mnie z takim samym bananem na twarzy.
- Mogę wejść?
- Jasne, wchodź! - no jakże by inaczej? Wpuściłem go do środka i poprowadziłem do kuchni. - Chcesz coś do picia? To co ostatnio? - oczywiście, że zapamiętałem jaką herbatę pił.
- Nie, dzięki. Ja tylko na chwilę. - powiedział, ale usiadł przy stolę. Nie wiedziałem czemu, może stałem się przewrażliwiony, ale zaniepokoiłem się.
- Coś się stało? - zapytałem siadając obok niego. Zaśmiał się.
- Nie, chyba. Powiedz mi, było coś?? - wypalił nagle. Aż wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Ale co...?
- No nie wiem, ty masz mi powiedzieć! - rozgorączkował się. - Wiesz co się teraz dzieje w domu?
- CO?
- Mama ma normalnie dziurawe ręce! Wszystko jej z rąk leci, zbiła już trzy szklanki. Za chwilę będzie musiała lecieć kupić nowe, bo nie będzie w czym pić. - patrzył na mnie cały czas z uśmiechem.
- Mówisz, że wszystko jej leci z rąk... - uśmiechnąłem sie sam pod nosem.
- No, właśnie, dlatego masz mi powiedzieć co było! - aż podrygiwał z tyłkiem na krześle.
- No co, co? Nic nie było. - mruknąłem uśmiechając się wciąż.
- Tak, jasne! Gadaj! Po twojej minie też widać.
- Ja nic nie wiem.
- GADAJ!
- No co mam ci powiedzieć... - spojrzałem w końcu na niego. - Hm... Zabrzmi to trochę dziwnie... Przyszpiliłem ją w windzie.
- CO?!
- No... - spojrzałem na niego niepewnie.
- Jak przyszpiliłeś?
- Normalnie. Mam ci tłumaczyć te rzeczy? - gęba od razu mu się zaczęła szczerzyć. - Ale nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego. Nic wielkiego się nie stało. - mina mu zrzedła.
- Jak to?!
- Tylko ją pocałowałem.
- Tylko?! Chyba aż! Zresztą, wiesz co?! Mogłeś się bardziej postarać. - wywaliłem na niego oczy.
- Co proszę? - zaśmiał się wesoło. Parsknąłem śmiechem.
- A tak z innej beczki - zaczął znów. - Idę z kumplem do kina. Chcesz się zabrać z nami? - teraz też mnie zaskoczył.
- Ja?
- A kto? Chyba mówię, nie? Idziesz czy nie? Za dwie godziny się zaczyna, więc trzeba już wyjechać, bo się spóźnimy albo miejsc nie będzie.
- Ale... Nie będzie ci wstyd, że będziesz wyglądał jakbyś przyszedł z ojcem? - ou... Parsknął śmiechem.
- Daj spokój, proszę cię! Ruszaj dupę!
- Nie rozumiem polskiego. - mruknąłem patrząc na niego.
- To tak jakby przedpremiera. Po angielsku z polskimi napisami, więc dla ciebie w sam raz, dla mnie bez różnicy, a Fabian się trochę pomęczy, ale też zrozumie. Dalej! - zniecierpliwił się.
- Co ty tak nagle... - mruknąłem znów, ale wstałem w końcu.
- Przestań ględzić, człowieku! Zamiast zabrać się porządnie za moją matkę, to ty tylko buzi potrafiłeś dać, wiesz co?! - chyba spodobało mu się kłucie mnie w dupę.
- Dobra, już idę, zamknij tą swoją niewyparzoną buzię! - burknąłem, ale uśmiechnąłem się pod nosem. Zaśmiał się głośno.
Po zaledwie kilku minutach wyszliśmy w końcu z tego mieszkania. Młody powiedział, że musi tylko zabrać kasę i po chwili już całkiem gotowy wrócił i w końcu, jak sam powiedział, wyjechaliśmy. Jego kolega miał sam na własną rękę dostać się pod kino. Zanim jednak w ogóle wyjechaliśmy z podziemnego garażu, znów dał o sobie znać chyba mój pech.
Dotarliśmy do wind i właśnie w tym momencie otworzyła się jedna. Myślałem, że się przewrócę. Nie lubiłem spotkań z zaskoczenia, zwłaszcza teraz. A właśnie teraz napatoczyłem się na mojego teścia, ojca Dony. Kiedy nas zobaczył wytrzeszczył oczy. Ja sam nie wiedziałem co zrobić. Nawet się nie odezwałem. Patrzyłem tylko na niego zastanawiając się co sobie myśli w tym momencie. Raczej... musiało go zdziwić, że widzi mnie ze swoim wnukiem. Ale nie miał zbytnio okazji okazać tego zaskoczenia bo młody jak na komendę zagadał go do tego stopnia, że zdążył sie tylko przywitać. Po chwili weszliśmy do windy, ale zanim drzwi się zasuneły widziałem jak wlepia we mnie oczy.
No cóż... nie wiem co sam pomyślałbym na jego miejscu, ale... znałem faceta dość dobrze, by móc się spodziewać przynajmniej JAKICHŚ, choćby najmniejszych problemów...